"Największym
problemem wynikającym z tego, iż konserwatyści nie zdobyli się na
własną metapolityczną analizę i ocenę PRL jest to, że narracja KOR
całkowicie zdominowała dyskusję na ten temat. Największą zbrodnią PRL i
rządów Jaruzelskiego jest rzekomo to, że nie służyły one realizacji tzw.
„wartości europejskich”. Po rzekomym odzyskaniu przez nas suwerenności
wartości te mogły w pełnej krasie zajaśnieć nad głowami nadwiślańskich
polityków. Co konserwatyści zrobili w kierunku tego, aby Polacy mieli
inne, niż siane przez środowiska korowsko-masońskie przekonanie, iż
największą zbrodnią PRL było gwałcenie „wartości demokratycznych”?
Odpowiedź jest jasna: nie zrobili nic. Oficjalnej propagandzie w duchu
Gazety Wyborczej nie została przeciwstawione żadna inna spójna i
przekonywująca narracja, która mogłaby odciągnąć ludzi spod wpływów
propagandystów GW, a teraz także i „Gazety Polskiej”, które w tej
kwestii mówią dokładnie tym samym językiem".
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Adam Wielomski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Adam Wielomski. Pokaż wszystkie posty
1.21.2015
3.12.2014
Między Wielkim Zachodem a Katechonem, czyli więcej rozsądku, Panowie!
Aż
chciałoby się powiedzieć: nie mój cyrk, nie moje małpy. Niestety, trudno
nie zareagować na to, co się dzieje w polskiej przestrzeni publicznej
wokół sprawy ukraińskiej. Dostrzegam jednak pewną pozytywną stronę tegoż
„cyrku”: działa on jak papierek lakmusowy, za pomocą którego można
wykryć, u kogo działa jeszcze zdrowy rozsądek. Niestety, wyniki „testu”
są dość zatrważające… Co więcej, także w obozie konserwatystów, którzy
przecież – przynajmniej w teorii – zdrowy rozsądek szczególnie cenią.
Jeśli
przyjrzeć się wypowiedziom byłego i aktualnego prezesa Klubu
Zachowawczo-Monarchistycznego (KZ-M), Artura Górskiego i Adama
Wielomskiego, trudno nie popaść w przygnębienie… Pierwszy z nich wyznaje
wiarę w Wielki Zachód, którego Polska powinna bronić przeciwko Rosji,
drugi natomiast w Putina-Katechona, który obroni Polskę przed tym samym
Zachodem. Niestety, oba stanowiska są równie błędne, czy wręcz –
obłędne.
Zacznijmy od credo posła Artura Górskiego. W jednym z jego komentarzy padają słowa: „dogmat
obrony wolności jest w USA ponadczasowy i ponadpartyjny. Zrozumie to
każdy, kto uważnie słuchał konferencji prasowej sekretarza stanu USA
Johna Kerrego w Kijowie. Ten demokrata mówił wczoraj językiem
przedstawiciela ekipy… Ronalda Reagana. Mówił bez umizgów wobec Rosji i
bez ważenia słów w stylu miękkiej, europejskiej dyplomacji. W Ameryce
duch Zachodu jeszcze nie umarł”. Poseł Górski na pewno automatycznie użył wyrażenia „dogmat obrony wolności",
ale fakt użycia takiego sformułowania mówi trochę na temat kondycji
światopoglądowej formacji politycznej, którą poseł reprezentuje.
Sformułowanie to bowiem dobrze wskazuje na quasireligijny charakter
zachodniej koncepcji wolności, która ma swoje korzenie w Oświeceniu i do
której odwoływały się wszystkie nowożytne rewolucje. Natomiast do
konserwatyzmu, jaki swego czasu reprezentował poseł Górski, nie ma to
się nijak!
W innym komentarzu Artur Górski stwierdza, iż: „W Europie mamy największy kryzys od rozpadu Jugosławii”.
Niestety, poseł PiS, podobnie jak cała jego partia i znienawidzone
przez nią PO, powiela zachodnią propagandę na temat rozpadu Jugosławii.
Nie, Panie Pośle, Jugosławia się nie rozpadła. Ten kraj został w sposób
planowy i celowy rozbity, głównie za sprawą RFN i USA. Szczególnie RFN
było zainteresowane zniszczeniem swojego „odwiecznego” wroga na
Bałkanach, czyli Serbii. Oczywiście przy pomocy swojego równie
„odwiecznego” sojusznika, Chorwacji, w której – podobnie jak na Ukrainie
– faszyzm przybrał szczególnie brutalną postać. Serbia została
zniszczona, bo nie znalazła żadnego wsparcia ze strony Rosji. Oderwane
zostało od niej terytorium uważana za jej kolebkę. A ponieważ niszczenia
niezwykle cennych kosowskich zabytków dopuścił się Zachód i także – tym
razem – jego muzułmańscy sojusznicy, nikt się tym nie oburzał! Tak
Panie Pośle, kiedy Rosja broni swojej mniejszości na Krymie, pisze Pan: „Ukrainie grozi nie tylko wojna domowa, inspirowana przez Moskwę, ale także otwarta agresja Rosji i aneksja Krymu”.
Kiedy Jugosławia została pogrążona w inspirowanej przez Zachód – a
przede wszystkim USA i RFN – wojnie domowej i kiedy Serbię ograbiono z
jej terytorium, tworząc jedno z najbardziej mafijnych państw świata, i
to w środku Europy, to nazywało się to „dogmatem obrony wolności” w praktyce! Skąd ta schizofrenia, Panie Pośle?
Artur Górski stwierdza dalej: „Należy
pamiętać, że Władimir Putin jako samowładca jest nieprzewidywalny. Jak
powiedziała do prezydenta USA Baracka Obamy kanclerz Niemiec Angela
Merkel, Putin "jest odrealniony, żyje w innym świecie". Żyje w świecie
marzeń o imperialnej Rosji, przekonany o potędze swojego państwa i
słabości Zachodu”.
Dobrze zdaję sobie sprawę z tego, że wypowiedzi przywódców USA i RFN są
dla posła Górskiego ostatnią wyrocznią. W końcu reprezentują oni ten
Wielki, Oświecony Zachód, do którego tęsknie wzdychamy, nie
dostrzegając, że ten Zachód traktuje nas jak białych murzynów. Nie,
Putin, w przeciwieństwie do posła Górskiego, polskich polityków,
dziennikarzy i wyborców, jak najbardziej twardo stąpa po ziemi, i
dokładnie wie, co USA i RFN mogą zgotować jego państwu. Dokładnie to
samo, co zgotowali Polsce, a czego „odrealnieni” Polacy, żyjący w
przekonaniu o własnej wolności, nie dostrzegają.
To „odrealnienie" posła Górskiego staje się szczególnie widoczne, kiedy oburza się na prezydenta Janukowicza, za to, że ten „Z własnego kraju uciekł chyłkiem, by z terytorium Rosji potępiać nową ukraińską władzę.”
Panie Pośle, czy naprawdę Pan nie pamięta, w jaki sposób ten rzekomo
cywilizowany Zachód potraktował Saddama Husseina, Osamę bin Ladena oraz
Kadafiego? To właśnie w momencie mordowania tych osób Zachód pokazał
swoją prawdziwą, bestialską twarz! Jak bardzo trzeba być „odrealnionym”,
żeby tego nie dostrzegać?! Tak na marginesie, śmierć Miloševica także do dziś nie została wyjaśniona. Prezydent Janukowicz doskonale wiedział, co go czeka, jeśli wpadnie w łapy Zachodu. Uciekał, bo dobrze znał jego mało cywilizowane zwyczaje.
Poseł Górski stwierdza dalej: „Nowy
rząd na Ukrainie jest rządem jedności narodowej wszystkich sił
politycznych, które chcą niezależności Ukrainy od Moskwy i które
utożsamiają się z Europą. Jeśli nawet formalnie dążą do integracji z UE i
zapraszają NATO, to właśnie w celu utrwalenia niezależności od Kremla.
Chcą, aby ich państwo było traktowane przez Rosję jako partner
gospodarczy, a nie jako twór politycznie zwasalizowany. Nie chcą, by
Ukraina była kolonią rosyjską”.
Cóż, jako przedstawiciel państwa zwasalizowanego przez Berlin, pan
poseł Górski zdaje się twierdzić, iż lepiej być wasalem Niemiec niż
Rosji. Niemcy finansują w końcu UE, która z kolei chętnie trzyma na
swoim garnuszku polskie lumpenelity… W kwestii utożsamiania się z Europą
dodam jeszcze, że z tych słów należy wnioskować, iż poseł Górski
utożsamia się z tzw. wartościami europejskimi, czyli prawdziwie
neobolszewickim programem zniszczenia człowieka. Niestety, ale innej
Europy na tym magicznym Zachodzie w tej chwili już nie ma! Rewolucja
bolszewicka była dziełem Zachodu (podrzuconym Rosji, żeby ją zniszczyć),
i ten Zachód w swoim nowym wydaniu zupełnie podbiła. Cóż, poseł Górski
widocznie hołduje tradycji polskiej martyrologii i najpierw będzie
walczył o to, żeby Polska była jak najbliżej tego Zachodu, po to, by
potem ją przed nim bronić…
Pozwolę sobie skomentować także te oto słowa Górskiego: „O
mistyfikacji ze strony Rosji świadczy to, że Putin wysłał wojska
rosyjskie na Krym bez emblematów i okłamuje opinię publiczną, że to nie
są wojska rosyjskie”.
Widocznie Putin sporo nauczył się od Zachodu, który lubi, za pomocą
swoich płatnych najemników, destabilizować państwa posiadające
niewygodne dla siebie rządy… Ale ponieważ w tym przypadku chodzi o
Rosję, więc należy stosować specjalne kryteria oceny. Sporządzone
specjalnie dla Rosji.
Pan Poseł stwierdza także, że Putin „uważa, że Europa gnije”. No cóż, czy nie ma racji? I dalej o Putinie: „Jest
przekonany, że UE i Amerykanie nie będą w stanie mu się przeciwstawić,
gdyż nie zdecydują się na otwartą konfrontację i konflikt. A jeśli nawet
wprowadzą ograniczone sankcje, Rosja, która kontroluje energetycznie
znaczną część Europy, nie tylko nie boi się tych sankcji, to nawet może
wprowadzić swoje sankcje, choćby zakręcając kurki z gazem i ropą. Unia
Europejska ma tego świadomość i mimo twardej retoryki, zna ograniczoność
swoich możliwości”. Jedni zakręcają kurki z gazem i ropą, a inni – dotacje europejskie. Ja tu nie widzę żadnej różnicy…
Stwierdzenie Górskiego, iż: „W interesie Polski jest integralna terytorialnie, niepodległa, maksymalnie suwerenna Ukraina, wolna od rosyjskich wpływów”,
można skwitować pytaniem: a co z niemieckimi wpływami? Zważywszy na to,
że to właśnie w Niemczech, USA i w Kanadzie po II wojnie światowej
schronienie znaleźli banderowcy, nie jest to pytanie bynajmniej
retoryczne… Może panu Górskiemu należy przypomnieć, że sam Bandera po
wojnie spokojnie sobie żył w Monachium, do czasu, gdy został
„sprzątnięty” przez agenta KGB. Ach, ci agenci KGB, oni jakoś tych
banderowców nie lubią…
Na deser zostawiłam wypowiedzi, które napawają mnie szczególnym niepokojem: „Ale
też nasze poparcie dla aspiracji narodu ukraińskiego może przełamać
wzajemne niechęci, wynikające ze zbrodni Banderowców na Polakach” oraz „Ukraińcy,
którzy nie lubili Polaków, mogą stać się naszymi przyjaciółmi. Polacy,
którzy nie mieli zaufania do Ukraińców, mogą teraz podać im braterskie
dłonie”.
Właściwie, to wypowiedzi te napawają mnie przerażeniem. Panie Pośle, a
co Ukraińcy zrobili w tym kierunku, żeby wnuki ich ofiar mogłyby podać
im dłoń? Czy prosili o przebaczenie? I tak na marginesie, retoryka
„braterskich dłoni” godna jest bolszewika, a nie rzekomo konserwatywnego
polityka.
I na samo zakończenie należy odnieść się do tegoż wyznania wiary posła Górskiego: „Wspólnie
wybieramy Europę i Amerykę, wspólnie przeciwstawimy się roszczeniom
rosyjskiego, azjatyckiego niedźwiedzia. To nasz wspólny, żywotny interes”. Jaką Europę? Jaką Amerykę? I na jakich zasadach?!
Niestety,
ale z wypowiedzi posła Górskiego tchnie najprawdziwszy „duch Zachodu”:
jakobinizm, obłuda i kiedy przychodzi co do czego, brutalność. Stąd
nietrudno zgodzić się ze słowami Adama Wielomskiego, kiedy ten pisze: „Czytam
wpisy Artura Górskiego i jestem zdruzgotany. Zwykle ludzie w młodości
są jakobinami, a na starość przechodzą na pozycje konserwatywne. Tutaj
obserwujemy proces odwrotny”. Jednakże z dalszym ciągiem wypowiedzi Wielomskiego jest już trudniej się zgodzić: „Rewolucjonista, zwolennik Majdanu, wróg konserwatywnej władzy Katechona”. Oczywiście, wszystko rozbija się o obwołanie Putina Katechonem.
Co
Wielomski miał na myśli, dokładnie wyjaśnia oświadczenie redakcji
portalu konserwatyzm.pl, pt. „Apel do Prezydenta Federacji Rosyjskiej
Władimira Putina o nieprzyjęcie pokojowej nagrody Nobla w przypadku jej
uzyskania”. W oświadczeniu tym czytamy: „Apelujemy
do prezydenta Rosji Władimira Putina o nieprzyjęcie pokojowej nagrody
Nobla w przypadku jej uzyskania. Katechon nie ma na ziemi władzy nad
sobą ani równego sobie (Hi 41,25). Władimir Putin jest naszym zdaniem
rodzajem katechona, czyli tego, który powstrzymuje przyjście
politycznego antychrysta. Za jego prezydentury Rosja odrodziła się
ekonomicznie, militarnie i politycznie po latach jelcynowskiej smuty i –
ku zaskoczeniu wielu – stała się jedynym racjonalnym mocarstwem,
stojącym na straży przestrzegania prawa międzynarodowego, obrońcą
legalnej władzy przed fanatyzmem islamskim i rewolucyjnym”.
Śmiem
przypuszczać, że Putin, gdyby dowiedział się o tym, że został obwołany
Katechonem, w pierwszej chwili bardzo by się tym zdziwił… Jednakże na
pewno szybko dostrzegłby propagandową wartość takiej wizerunkowej
„stylizacji”. W tej kwestii Artur Górski ma rację – retoryka trzeciego
Rzymu na pewno szybciutko stałaby się jednym z najważniejszych elementów
rosyjskiej propagandy…
Dokonana
przez Adama Wielomskiego „katechonizacja” Putina stanowi dla mnie
przejaw innego rodzaju niż u Artura Górskiego quasireligijnej
egzaltacji. Owszem, Putin jest politykiem niezwykle skutecznym, który
dba o interesy swojego kraju. Ale stawianie go na czele kontrrewolucji
jest, mówiąc delikatnie, także przejawem „odrealnienia”. Prawdziwa
kontrrewolucja wymaga czegoś więcej niż bronienia swojego stanu
posiadania przed Zachodem, czy nawet zakazywania pederastii.
Kontrrewolucja wymaga zdecydowanego odrzucenia retoryki rewolucyjnej, a
tego u Putina nie widać. Czy Putin obruszał się, kiedy Gerhard Schröder
nazywał go „kryształowym demokratą”? Nie bardzo. Czy Putin kiedykolwiek
krytykował doktrynę praw człowieka? Nie, on ją tylko interpretuje po
swojemu. Jeśli chodzi o jego stosunek do cerkwi, można spekulować, na
ile wynika on z głębokiej religijności, a na ile z politycznej
kalkulacji. A być może ze zwykłej próżności – w końcu trudno kreować się
na cara bez błogosławieństwa cerkwi. Na pewno zdjęcia z cerkiewnym
wystrojem w tle bardzo ładnie wychodzą …
Podstawowy
problem z „katechonizacją" Putina polega jednak na tym, że jest ona
przejawem wulgaryzacji idei Katechona, który przestaje należeć do
porządku duchowej walki dobra ze złem, a zostaje wtłoczony w polityczną
retorykę starcia liberalizmu z antyliberalizmem. Nie rozumiem, skąd Adam
Wielomski bierze swoją pewność, że Antychryst nie okaże się być
antyliberałem…
Wracając
do Putina, należy jeszcze stwierdzić, że tak jakoś zawsze bywało, iż
Rosja prędzej czy później z tymże Zachodem się porozumiewała – własne
interesy zawsze przeważały nad jakimś politycznym idealizmem. Tak, Putin
jest realpolitykem, w przeciwieństwie do obu panów z KZM-u, którzy są
przedstawicielami dwóch form egzaltowanego idealizmu.
Jak
więc powinna kształtować się nasza polityka i w stosunku do Zachodu i
Rosji? Rafał Brzeski pytany o to, czy Polacy powinni stawiać na Niemców,
czy na Rosję, zawsze odpowiada: na samych siebie (a mnie w tym momencie
przypomina się transparent z filmu „Ubu Król”: „Obce mocarstwa
gwarancją naszej niepodległości”…). Oczywiście nie będę tutaj
przedstawiać swojej wizji polskiej polityki, bo nie sposób tego zrobić w
ramach tego tekstu. Na pewno jednak trzeba stwierdzić, że Polska, taką
jak chciałabym ją widzieć, jest obca cywilizacyjnie zarówno w stosunku
do współczesnego Zachodu, jak i do Rosji. Dlatego moim zdaniem
powinniśmy stworzyć własny pomysł na zagospodarowanie europejskiego
centrum. Od razu zaznaczam, że nie mam tutaj na myśli żadnego projektu
politycznego odwołującego się do koncepcji międzymorza. Moim zdaniem,
powinniśmy stać się ośrodkiem, który będzie promieniował na całą Europę,
i to poprzez konsekwentną walkę o urzeczywistnienie nowej koncepcji
wolności. Powinniśmy odrzucić zarówno jakobińskie rozumienie wolności,
jak i wystrzegać się wschodniego „zamordyzmu”, który jest nam zupełnie
obcy. Chcemy kontrrewolucji? To zacznijmy ją przeprowadzać przeciwko
brukselskiemu molochowi, który administruje nowoczesnym
lumpenproletariatem za pomocą nowoczesnych lumpenelit. Ale róbmy ją,
stosując metody stosowane przez Polaków zamieszkałych w zaborze pruskim,
czyli przez pracę u podstaw. Zacznijmy gromadzić we własnych rękach
kapitał (a nie zapożyczać się u światowej finansjery), bo niezależność
materialna jest podstawą prawdziwej wolności i suwerenności. Wydzierajmy
możnym tego świata media, zacznijmy wychowywać naród po swojemu: w
duchu umiłowania do wolności, która zakłada realną odpowiedzialność za
najbliższe otoczenie. Zwalczajmy natomiast propagandę wolności urojonej,
bo de facto zadekretowanej przez urzędników. Zamiast biernie kopiować
to, co Zachód dyktuje, i cieszyć się jak małpki, które zostały
pogłaskane po główce, bo były grzeczne, zacznijmy szanować samych
siebie, własną kulturę i własną pracę. Jak mamy obronić się przed Rosją?
Cóż, Rosja szanuje tych, którzy szanują samych siebie i potrafią
stanowczo bronić własnych interesów. Niestety, poseł Górski, jak i
większość Polaków myli stanowczość z histerycznością. A dopóki
zachowujemy się jak omdlewająca dziewica, szukająca silnego ramienia –
narażamy się na niebezpieczeństwo, że zostaniemy zgwałceni… Wszak w tej
chwili trudno nas za cokolwiek szanować. Za to, że grzecznie
implementujemy wytyczne płynące z Brukseli? Ciągle patrzymy na siebie
tak, jak chciałby widzieć nas Zachód: jak na uczniaków, którzy wzorowo
odrobili zadanie domowe. A może najwyższy czas, żebyśmy spojrzeli na
siebie oczami Putina? To byłaby dobra lekcja dla polskich lumpenelit,
które może w końcu nawiązałyby kontakt z rzeczywistością i zauważyły, że
jesteśmy biedną, wymierającą i politycznie nic nieznaczącą neokolonią
Wielkiego Zachodu.
12.07.2012
Między pruskim a tomistycznym konserwatyzmem
Jest wiele poglądów na temat tego, czym jest konserwatyzm.
Można by nawet zaryzykować twierdzenie, że konserwatyzmu jako takiego, czyli
nazwijmy to "bezprzymiotnikowego", po prostu nie ma. Każdy, kto uważa
się za konserwatystę, musi więc być w stanie dokładniej sprecyzować, jakiej
tradycji myślenia konserwatywnego hołduje. Nie oznacza to jednak, że niemożliwa
jest dyskusja między tymi różnymi tradycjami. A tym bardziej ich wzajemna
krytyka.
Jednym z najbardziej płodnych polskich przedstawicieli konserwatyzmu jest Adam Wielomski. Nie zamierzam w ramach tego tekstu rekonstruować całości jego poglądu na istotę konserwatyzmu. Chciałabym natomiast skoncentrować się na kilku poczynionych przez niego uwagach. Adam Wielomski mówi bowiem o konserwatyzmie jako takim, właśnie "bezprzymiotnikowym", co moim zdaniem może wprowadzać w błąd mniej oczytanych czytelników. Przede wszystkim jednak jego formuła konserwatyzmu powiązana jest z określonymi założeniami filozoficznymi, których żaden tomista nie omieszka skrytykować.
Jednym z najbardziej płodnych polskich przedstawicieli konserwatyzmu jest Adam Wielomski. Nie zamierzam w ramach tego tekstu rekonstruować całości jego poglądu na istotę konserwatyzmu. Chciałabym natomiast skoncentrować się na kilku poczynionych przez niego uwagach. Adam Wielomski mówi bowiem o konserwatyzmie jako takim, właśnie "bezprzymiotnikowym", co moim zdaniem może wprowadzać w błąd mniej oczytanych czytelników. Przede wszystkim jednak jego formuła konserwatyzmu powiązana jest z określonymi założeniami filozoficznymi, których żaden tomista nie omieszka skrytykować.
8.13.2012
Powstanie warszawskie. Kość niezgody
Rokrocznie wokół obchodów rocznicy wybuchu powstania
warszawskiego dochodzi do ostrych słownych przepychanek między
"patriotami" i "racjonalistycznymi realistami".
Przepychanek, bo trudno to nazwać dyskusją. I tak, z jednej strony mamy apologetów
powstania, którzy z ulubieniem powtarzają twierdzenie o odniesieniu przez
Polaków zwycięstwa moralnego. Natomiast druga strona odpowiedzialnością za
śmierć wielu tysięcy osób oraz zniszczenie stolicy obarcza (wyłącznie) dowódców
powstania. W ubiegłym roku miał się nawet odbyć sąd nad powstaniem warszawskim.
Oskarżycielami dowódców zbrojnego zrywu mieli być prezydent miasta Stalowej
Woli, Andrzej Szlęzak, oraz Janusz Korwin-Mikke. Ostatecznie do procesu nie
doszło. Naprzeciwko siebie stoją więc
dwa obozy: pierwszy głośno wykrzykuje patriotyczne hasła, a drugi zaciekle
"pałuje" patriotów.
Niestety, zarówno "patrioci", jak i "racjonaliści"
wykazują się fundamentalnym brakiem przytomności politycznej. Obchodzenie rocznicy
wybuchu powstanie jest ważne. Nawet bardzo ważne. Wszystko jednak rozbija się o
sposób upamiętniania tego wydarzenia.
Powstanie warszawskie jest wydarzeniem o wielkim znaczeniu
historycznym i powinno wreszcie znaleźć godne miejsce w światowej kulturze
pamięci dotyczącej II Wojny Światowej. Jednak architekci kultury pamięci sobie tego nie życzą. W tej chwili to
Holokaust zajmuje w niej centralne miejsce. Pokazanie martyrologii narodu
polskiego doprowadziłoby do pewnego zrelatywizowania takiego obrazu niemieckich
zbrodni. Co więcej, architekci kultury pamięci dbają o to, by światowej opinii
publicznej Polska kojarzyła się przede wszystkim – a najlepiej wyłącznie – z
"polskimi obozami koncentracyjnymi". Natomiast faktyczny przebieg
okupacji niemieckiej w Polsce jest wielkim tematem tabu. Światowa opinia
publiczna nie ma ŻADNEGO pojęcia o tym, z jak wielką brutalnością Niemcy
traktowali Polaków. Zamiast tego karmiona jest propagandą, która Polaków przedstawia jako nacjonalistów i
antysemitów, którzy gorliwie pomagali Niemcom w mordowaniu Żydów. Utrwalaniu takiego
właśnie obrazu służą m.in. produkcje filmowe. I tak, film "Wielki
tydzień" Andrzeja Wajdy pokazuje karuzelę, która została ustawiona tuż
przy murze płonącego getta w Warszawie. Obraz ten ma być dowodem na
niewrażliwość Polaków w obliczu tragedii Żydów (o tym, że karuzela prawdopodobnie
została ustawiona z inicjatywy samych Niemców, film oczywiście milczy). Najnowsza
produkcja Agnieszki Holland "W ciemności" także powiela obraz Polaków
– antysemitów. Warto też zacytować fragment artykułu Pawła Łepkowskiego pt.
"Antypolonizm a Żydzi", w którym autor porusza kwestię antypolskiej
propagandy:
"Jeżeli ktokolwiek
kiedykolwiek bardziej fałszował historię świata niż Hollywood, to należy mu się
specjalne miejsce dla VIP-a w piekle. W jednym z pierwszych odcinków serialu
telewizyjnego „Wojna i pamięć” jest scena, kiedy polski żołnierz zatrzymuje
wyjeżdżający z oblężonej Warszawy samochód, w którym jadą Aaron i Natalie
Jastrow. Polski wojak jakimś cudem natychmiast rozpoznaje w bohaterach Żydów,
po czym wygłasza plebejski, antysemicki komentarz i nie pozwala na przejazd
pojazdu. W innym serialu – pt. „Holocaust” – jest scena, kiedy polscy żołnierze
w zielonych mundurach i czapkach-rogatywkach rozstrzeliwują na oczach
zadowolonych Niemców powstańców warszawskiego getta. Inna scena z tego serialu
pokazuje polskich żołnierzy prowadzących pod karabinami ludność żydowską na
Umschlagplatz. Serial „Holocaust” był wyświetlany na History Channel jako
znakomity i wierny faktom historycznym obraz przedstawiający zagładę Żydów w
czasie II wojny światowej. Obrzydliwym blamażem,
bezczelnie fałszującym historię Polski i Polaków czasów okupacji, była inna
szmira hollywoodzka pt. „Wybór Zofii”, z Meryl Streep w roli głównej. Bohaterką
tego filmu jest głupawa mieszkanka Krakowa, córka polskiego nacjonalisty, który
tworzy przed wojną polski plan „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”.
Dalsze komentarze pod adresem tego filmowego łajdactwa są zbędne."( http://nczas.com/publicystyka/lepkowski-antypolonizm-a-zydzi/).
W tym kontekście należy przypomnieć o antypolskiej propagandzie uprawianej swego
czasu przez Hollywood, co opisał Michał Biskupski w książce "Nieznana
wojna. Hollywood przeciwko Polsce. 1939 – 45". Jednym słowem, nic nowego. Architekci
światowej kultury pamięci dbają więc o to, by światowej opinii publicznej
niemiecka okupacja w Polsce kojarzyła się w taki oto sposób: Polacy podczas II
Wojny Światowej miło spędzali czas, bawiąc się na karuzeli, i gorliwie pomagali
Niemcom w przeprowadzaniu Holokaustu (natomiast amerykańska dziennikarka Debbie
Schlussel dodałaby, że bilety na karuzelę Polacy opłacili pieniędzmi, które
dostali od Niemców za swój współudział w Holokauście…) Co więcej, produkcje filmowe coraz częściej przedstawiają
Niemców jako przyjaciół Żydów albo nawet ofiary nazistów. Wystarczy tutaj
wspomnieć "Listę Schindlera" Stevena Spielberga, "Ucieczkę" Kaia
Wessela albo "Walkirię" Bryana Singera (z Tomem Cruisem w roli
głównej).
Architektom nowej światowej polityki historycznej powstanie
warszawskie wybitnie nie pasuje do pisanej przez nich opowieści. Powstanie jest
bowiem dowodem koronnym na to, że naród polski nie tylko do samego końca
walczył przeciwko Niemcom, ale także został przez nich brutalnie spacyfikowany. Gdyby
światowa opinia publiczna dowiedziała się o tym, być może zaczęłaby nawet nam
współczuć. A tymczasem nas, polskich bandytów, nacjonalistów i antysemitów, ma nie lubić nikt.
Architekci światowej kultury pamięci są więc żywo
zainteresowani tym, aby polską kulturę pamięci ukształtować tak, jak to leży w
ich własnym interesie. Przepychanki między "patriotami" i
"realistami", jak również poglądy reprezentowane przez obie strony, są
im jak najbardziej na rękę.
Zacznijmy od "racjonalistów" i
"realistów". Frakcja ta z ulubieniem
powtarza twierdzenie, że główną odpowiedzialność za skutki powstania ponosi
dowództwo AK. Twierdzenie to wręcz idealnie wpasowuje się w opowieść pisaną
przez architektów światowej kultury pamięci: jak zwykle, wszystko co najgorsze,
to my, inni są czystymi jak łza aniołami. A w tym przypadku odpowiedzialność za
masakrę ponoszą Niemcy, którzy przecież, zdaniem jednego z przedstawicieli
frakcji "racjonalistów", latem 1944 roku zachowywali się zupełnie "racjonalnie".
Takie stawianie sprawy wynika między innymi z faktu, że w nowożytności pojęcia
"racjonalizmu" oraz "realizmu politycznego" zostały
zwulgaryzowane, gdyż zaczęto ich używać dla usprawiedliwiania nawet najbardziej
niemoralnych czynów. Wystarczyło, żeby cel tych czynów był "słuszny",
czyli aby polegał na zdobyciu albo utrzymaniu władzy (machiawelizm). Dokładnie
takie rozumienie "realizmu politycznego" reprezentowane jest przez
wspomnianą tutaj frakcję. Działanie "racjonalne" to działanie
skuteczne. Liczy się tylko władza i skuteczność. Ci, którzy tej władzy nie mają
i próbują po nią sięgnąć, są zwykłymi rebeliantami, których należy doszczętnie
zniszczyć. Na gruncie machiawelicznej koncepcji "realizmu
politycznego" nie można kradzieży nazwać kradzieżą, czy jakiejkolwiek
zbrodni: zbrodnią. To tylko środki techniczne, które okażą się słuszne, jeśli
cel zostanie osiągnięty. W tym konkretnym przypadku władzę mieli Niemcy, a utrzymali
ją za pomocą dostępnych w tym momencie środków. Jednym słowem, prawowici
gospodarze Warszawy, w momencie gdy utracili swoją władzę, stali się zwykłymi
bandytami. Natomiast okupanci stali się prawowitą władzą… Niemcy mieli więc
"prawo" wymordować wiele tysięcy Polaków oraz zniszczyć stolicę i nie
ponoszą za to odpowiedzialności. To "rebelianci" są winni, bo nie
powinni byli prowokować władzy. Ofiara
staje się sprawcą, a sprawca ofiarą. Takie stawianie sprawy, oczywiście, jest
nie do zaakceptowanie z punktu widzenia katolickiej koncepcji rozumu
praktycznego i realizmu politycznego. Zbrodnia jest zbrodnią, a w tym
konkretnym przypadku to Niemcy ponoszą główną odpowiedzialność za swoje czyny.
W przypadku dowódców powstania można co najwyżej mówić o
przyczynieniu się do powstania szkody. Ostateczne udzielenie odpowiedzi
dotyczącej zakresu tej odpowiedzialności wymaga przeprowadzenia starannej
analizy w oparciu o głęboką wiedzę historyczną oraz szacunek dla faktów. A tego
nie widzę u przedstawicieli frakcji "racjonalistów". Zamiast tego
szafują oni na prawo i lewo twierdzeniami, że dowództwo AK wiedziało to a
tamto, a siamto i owamto powinno było wiedzieć. Jednym słowem,
"racjonaliści" sami przyczyniają się do tego, że prawdziwie naukowe
podejście do sprawy ciągle pozostaje w sferze pobożnych życzeń.
Podsumowując, należy stwierdzić, że frakcja "realistów
politycznych" notorycznie pomija milczeniem fakt, że Niemców wtedy w ogóle
nie powinno było być w Warszawie, jak również, że to oni mordowali Polaków i
niszczyli miasto, a nie dowództwo AK… Takie stawianie sprawy przypomina
twierdzenie, że to nie gwałciciel, a ofiara gwałtu jest główną odpowiedzialną
za swoją niedolę, gdyż nosiła zbyt krótką spódniczkę… Złodziej, który broni
swojej zdobyczy, nie może zostać postawiony na równi – albo nawet wyżej – niż
właściciel, który próbuje ją odzyskać. Frakcja
"racjonalistyczno-realistyczna" pracuje więc ręka w rękę z architektami
światowej kultury pamięci. Ostatecznie to Polacy mają zostać obarczeni
odpowiedzialnością za tę zbrodnię, tak już jak zostali obarczeni odpowiedzialnością
za rozbiory i prześladowania ze strony zaborców po wszystkich innych
powstaniach. Jednocześnie pruski bandytyzm czy też carski despotyzm i
imperializm stały się ucieleśnieniem politycznego "racjonalizmu" i
"realizmu"… ( Hannah Arendt ma rację, twierdząc, że nowożytność
dokonała gloryfikacji przemocy. Ostatecznie racjonalnie i realistycznie działa
ten, kto jest po prostu silniejszy).
Przyjrzyjmy się teraz frakcji "patriotów". Przedstawiciele tego obozu ciągle podkreślają
gotowość powstańców do oddania swojego życia za ojczyznę, jak również ich
waleczność. Z ulubieniem powtarzany jest też argument o "zwycięstwie moralnym"
walczących. Niestety, także i ta frakcja jest na bakier z katolicką doktryną
realizmu politycznego. Dlaczego? Ważnym elementem składowym arystotelesowsko-tomistycznej
koncepcji rozumu praktycznego jest teoria cnót i wad. Przyjrzyjmy się jej
bliżej:
"Ze względu na
osobowę, tj. rozumną i wolną naturę człowieka rozróżniono sprawności dotyczące
rozumu dianoetyczne, poznawcze): mądrość, intuicja, nauka, roztropność i
sztuka, oraz sprawności dotyczące woli (etyczne): sprawiedliwość, umiarkowanie
i męstwo, które w połaczeniu z roztropnością zyskały miano cnót kardynalnych,
ze względu na ich najogólniejszy charakter, doniosłość i decydujące znaczenie w
życiu człowieka, które zawsze jest moralne—skierowane ku dobru albo złu. Tomasz
z Akwinu uważa, ze liczba cnót kardynalnych wynika z formalnych zasad
(principia formalia) działania ludzkiego lub podmiotów tych cnót. Pierwsza
zasada formalna działania bytu rozumnego jest akt rozumu (w jego funkcji
praktycznej), który wymaga roztropności; pozostałe zasady odnoszą się do
ludzkich władz pożądawczych: woli i uczuć, ponieważ funkcja cnót polega na
doskonaleniu zarówno działania, jak i samego człowieka. Najogólniejsza cnota
wprowadzająca rozumność w działanie jest sprawiedliwość, natomiast rozumne
ustosunkowanie się do uczuć wymaga dwóch cnót —umiarkowania, które
przeciwdziała pożądaniom pociągajacym człowieka do czegoś róznego od nakazów
rozumu, oraz męstwa, przeciwdziałajacego uczuciom odciągajacym go od nakazów
rozumu, takim jak lęk czy strach przed niebezpieczeństwami lub trudnościami. Od
strony podmiotów cnót, roztropność usprawnia rozum kierujący działaniem,
sprawiedliwość— wolę, umiarkowanie—uczucia pożądliwe, a męstwo—gniewliwe"
(Powszechna Encyklopedia Filozofii, http://www.ptta.pl/pef/pdf/c/cnotyiwady.pdf).
Dyskusja na temat postaw reprezentowanych przez powstańców
powinna skoncentrować się na pytaniu, czy działali oni zgodnie z nakazami rozumu
praktycznego, czy też nie; czy ich działanie charakteryzowało się rozwagą i
męstwem, czy też przeciwnie, lekkomyślnością i brawurą, które są wadami. Przyjrzyjmy
się bliżej opisowi tych oraz kilku innych wad:
"Wada przeciwna roztropności powstaje zasadniczo z jej braku (imprudentia)
i braku starań o jej zdobycie—co jest głównym zadaniem każdego człowieka—albo z
jej zaprzeczenia, tj. wykonywania działań pozbawionych jakiegoś istotnego jej
składnika: lekkomyślnych (z braku namysłu), porywczych czy impulsywnych,
niestałych (nagłe skierowanie ku czemuś innemu i odrzucenie słusznie przyjętego
sposobu działania). Wady przeciwne roztropności, aczkolwiek podobne do niej, to
skierowanie się ku niskiemu celowi (tzw. roztropność „ciała”); podstęp (użycie środków niezgodnych
z ogólnie przyjętymi zasadami, pozornie dobrych w słowie lub czynie, udawanie);
chytrość (obmyślanie takich środków); oszustwo (wykorzystanie ich tylko w czynie).
Wadą związana z nieroztropnością jest niedbalstwo, czyli brak troski i dbałości
(sollicitudo); polega na powolności namysłu, a szybkości wykonania; pokrewną
wadą jest nadmierna dbałość o rzeczy przyszłe i o rzeczy nieistotne" (tamże).
Natomiast wadą pozostającą w opozycji
do męstwa "jest tchórzostwo, wywołane strachem i lękiem; cofanie się przed wszelkim złem i unikanie
wszelkich trudności. Może istnieć również pewna nieustraszoność, biorąca się z
niedoceniania niebezpieczeństwa, a świadcząca o braku należnej miłości siebie,
ponieważ lęk jest skutkiem zagrożenia umiłowanego dobra. Wadą powstającą przez
nadmiar jest zuchwalstwo, czyli porywanie się na zbyt duże zło (wynika często z
próżności i z pychy) i upór (przeciwny wytrwałości), wynikający z nadmiaru
wytrwałości przy tym, co nie zasługuje, aby pokonywać zbyt duże trudności.
Cechą przeciwną do uporu jest zniewieściałość (miękkość)".
Nie będę podejmować próby dokonania całościowej oceny
działań walczących w postaniu, bo to po prostu jest niemożliwe. Sytuacja
każdego z powstańców była inna, każdy przypadek zasługuje na osobne
potraktowanie. Czy możliwa jest ocena decyzji podjętych przez dowódców
powstania? Na pewno warto rozpocząć dyskusję na ten temat, ale tak jak już
wcześniej wspomniałam, w oparciu o dobrą znajomość faktów. Na pewno można
jednak postawić ogólną tezę, że roztropność nie jest naszą narodową cnotą.
Męstwa nam nie brakuje (albo raczej nie brakowało, bo w tej chwili w Polsce
zatriumfowały konformizm i oportunizm), tyle że – w połączeniu z naszą polską
lekkomyślnością – często przeradzało się ono w zuchwalstwo (brawurę). Niestety "patrioci" rzadko poruszają tę kwestię. Poglądy reprezentowane przez obóz "patriotów" także więc są na rękę architektom światowej kultury pamięci, gdyż utrwalają
nasze narodowe wady, a w szczególności lekkomyślność, zuchwalstwo i naiwność.
Sprawa ma jeszcze jednej aspekt. Ulrike
Jureit i Christian Scheider w książce "Gefühlte Opfer: Illusionen der
Vergangenheitsbewältigung" („Czucie się ofiarami: iluzje przezwyciężenia
przeszłości”) wskazują na pewną kuriozalność niemieckiej kultury pamięci, która
polega na tym, że Niemcy utożsamiają się z ofiarami nazistów, a nie ze sprawcami.
Patrząc na polską kulturę pamięci o powstaniu warszawskim, można by zaryzykować
stwierdzenie, że mamy tutaj do czynienia z przypadkiem dokładnie odwrotnym.
Polacy, którzy byli ofiarami Niemców, czują się zwycięzcami… W ten oto sposób
następuje niebezpieczne przesunięcie akcentów. Niemcy wprawdzie czują się
ofiarami nazistów i solidaryzują się z innymi ofiarami, ale kiedy w grę wchodzą
Polacy, to przychodzi im to z wielkim trudem. A my od nich tego nawet nie
wymagamy, bo ogłosiliśmy się zwycięzcami… W ten oto sposób rzeczywiści sprawcy
tej wielkiej zbrodni stają się bytem zagadkowym, może nawet nierealnym. A stąd
już tylko krok do "polskich obozów koncentracyjnych"…
Pamiętajmy o powstaniu i mówmy o nim głośno, całemu światu.
Tak by światowa opinia publiczna wreszcie dowiedziała się o tym, że Polacy jako
naród walczyli z Niemcami i że zostali brutalnie przez nich spacyfikowani. Zadbajmy
też wreszcie o to, by popsuć dobre samopoczucie wszystkim naszym
"sojusznikom", którzy nie udzielili nam wtedy pomocy. To Rosjanie,
Anglicy, Amerykanie czy Francuzi ogłosili się politycznymi i moralnymi
zwycięzcami. A przecież brak udzielenia pomocy sojusznikowi to poważna plama na
honorze, której nie zmyje już chyba nic. Przede wszystkim jednak, musimy głośno
mówić o tych wydarzeniach, bo inaczej inni opowiedzą historię za nas. Za
przykład niech posłuży fragment broszury wydanej przez Bundeszentrale für
politische Bildung (Federalną Centralę Szkolenia Politycznego) Nr 307/ 2010,
pod tytułem "Jüdisches Leben in Deutschland” („Życie Żydów w Niemczech”),
w którym podana jest kłamliwa informacja o tym, że rzekomo polscy
przedstawiciele ruchu oporu nie udzielili pomocy Żydom walczącym podczas powstania
w Gettcie Warszawskim… Jeśli będziemy milczeć, to dożyjemy czasów, kiedy symbolem
ruchu oporu przeciwko nazistom staną się Stauffenberg & spółka. Wierni
słudzy Hitlera, którzy dopiero wtedy zdecydowali się na zamach na jego życie,
kiedy przestał być skutecznym…
5.15.2012
Czy Palikot ma prawo pałować katolików?
No i wyszło szydło z worka. „Naczelny konserwatysta kraju”, Adam Wielomski,
w końcu jednoznacznie przedstawił swój pogląd na politykę. Pogląd ten w pełni
odpowiada nowożytnej tradycji konserwatyzmu, który w takim samym stopniu odciął
się od tomistycznego racjonalizmu jak jego przeciwnicy. Tomistyczna koncepcja
polityki sprowadza się do prostego stwierdzenia, że zarówno władza, jak i lud
zobowiązane są do troski o dobro wspólne. Władca, który sprzeniewierza się
dobru wspólnemu, staje się tyranem, natomiast dobry władca w swoich działaniach
kieruje się prawym rozumem praktycznym. Nowożytność odcina się od koncepcji
polityki jako sztuki rozumnego realizowania tego co dobre. I to zarówno po
„prawej”, jak i „lewej” stronie. Polityka staje się techniką, wyrazem woli
(rządzących albo rządzonych) bądź też polem do przeprowadzania
racjonalistycznych eksperymentów. (Od razu zaznaczam, że nowożytny racjonalizm
nie ma nic wspólnego z racjonalizmem Arystotelesa albo św. Tomasza. Dla tych
ostatnich zadaniem rozumu było poznawanie obiektywnej rzeczywistości, natomiast
nowożytnicy zajmują się wymyślaniem tej rzeczywistości na nowo, zgodnie z
własnymi upodobaniami i z góry przyjętymi założeniami).
Odcięcie nowożytnej polityki od arystotelesowsko-tomistycznej koncepcji prawego
rozumu praktycznego doprowadziło do tego, że nowożytne koncepcje polityki w dużej
mierze udzielają przyzwolenia na stosowanie przemocy w polityce. „Prawica”
przyzwala na stosowanie przemocy przez władcę w stosunku do ludu, a „lewica”
przez lud w stosunku do władzy. Słowa Adama Wielomskiego idealnie oddają istotę
nowożytnego konserwatyzmu:
„(...) lud zawsze winien być rozpędzany i pałowany. Inaczej popada w pychę
i staje się bezczelny, domagając się socjalizmu. A wszelka władza ma przecież
charakter katechoniczny i pochodzi od Boga. Lud to bezkształtna materia, której
należy nadać formę. Pałka dobrze się ku temu nadaje. I czasem nie widzę innego
wyjścia. Jak pisał Charles Maurras, "demos był cywilizowany zawsze dzięki
batom, które dostawał". (...) Redaktor Naczelny naszego portalu, kol.
Arkadiusz Meller skomentował słusznie moją myśl: "Warcholstwu związkowemu
mówimy zdecydowane nie!". To jest istota problemu. Z jednej strony władza,
z drugiej strony tłum. Konserwatysta instynktownie jest po stronie władzy, gdyż
ta gwarantuje porządek. Jest ostoją porządku. Tłum ma w sobie coś zwierzęcego.
Każdy tłum.” (O syndykalistach blokujących Sejm).
Przekonanie Adama Wielomskiego o tym, że „lud to bezkształtna materia,
której należy nadać formę”, jest par excellence wyrazem nowożytnego
światopoglądu (który w silnym stopniu spokrewniony jest z platonizmem). Nie ma
tu miejsca na koncepcję obiektywnej natury człowieka, którą rządzący powinni
odkrywać i SZANOWAĆ. W nowożytnych koncepcjach politycznych władca staje się
niejako „stwórcą” ludu. To władza tworzy „nowego człowieka”, i to według
własnej wizji. U podstaw Rewolucji Francuskiej czy też Rewolucji
Październikowej leżało takie właśnie przekonanie: „oświeceni” przywódcy
rewolucjonistów przejęli władzę, aby „wyzwolić” lud z jego fałszywej
świadomości i nadać mu nową, rzekomo właściwą, formę. Taka sama idea
przyświecała pruskim konserwatystom. To pruskie państwo miało stworzyć nowy
kolektyw (Volksgemeinschaft) i to za pomocą tych samych środków co
rewolucjoniści, czyli biurokracji, policji i szkolnictwa państwowego.
W Polsce w tej chwili także mamy do czynienia z procesem hodowania nowego
człowieka. Władza powoli przechodzi w ręce Nowej Lewicy, która odrzuciła
koncepcję obiektywnej natury człowieka (z czego wynika m.in. propagowanie
homoseksualizmu). Nowa Lewica, odrzucając twierdzenie, że natura człowieka
została stworzona przez Boga, siłą rzeczy musiała uczynić człowieka stwórcą
samego siebie. A tym samym: państwo. Państwo w rękach Nowej Lewicy tworzy więc
nowego człowieka, wolnego od wszelkich „przesądów” i moralnych ograniczeń. W końcu
tłum jest tylko bezkształtną materią, której władza nadaje formę...
Nowożytne koncepcje lewicowe i prawicowe są więc z sobą blisko
spokrewnione. Taka jest cena odrzucenia koncepcji prawego rozumu praktycznego,
którym kierować powinni się zarówno rządzący, jak i rządzeni. Każdy stosownie do
swoich zadań i możliwości.
Jako schmittianin, Adam Wielomski nie rozumie koncepcji prawego rozumu
praktycznego. Dlatego też bez żadnych ogródek stwierdza, że „konserwatysta
instynktownie jest po stronie władzy, gdyż ta gwarantuje porządek”. Adam
Wielomski myli się, twierdząc, że władza niejako automatycznie gwarantuje
porządek. W nowożytności władza stała się narzędziem „formowania” ludu według
wszelkiej maści wizji nowego człowieka (albo po prostu polem walki o zaspokajanie swoich interesów).
Swoją wizję także ma i Palikot. W przypadku gdyby przejął władzę, zacząłby ją odpowiednio wdrażać w życie. Członkowie
założonego przez Adama Wielomskiego Ruchu Odparcia Palikota prawdopodobnie
zaczęliby stawiać mu opór. Natomiast Adam Wielomski, jak przystało na
prawdziwego konserwatystę, będzie musiał stanąć po stronie władzy. I wtedy nie
pozostanie mu nic innego, jak nawoływać Palikota do pałowania katolików...
Subskrybuj:
Posty (Atom)