Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mitteleuropa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mitteleuropa. Pokaż wszystkie posty

11.11.2016

Trump a niepodległość Polski

Zarówno wynik referendum w sprawie Brexitu jak i ostatnich wyborów w USA mogą doprowadzić do poważnego przetasowania geopolitycznego w Europie kontynentalnej. Ich skutkiem zdaje się być wycofanie się Anglosasów z naszego regionu. Oznacza to faktyczne zakończenie układu polityczno-wojskowego powstałego po II wojnie światowej. Nie ulega wątpliwości, że nowy układ może być atrakcyjny i pożądany przede wszystkich przez Niemców.

Niemcy wreszcie będą mogły sięgnąć po status europejskiego hegemona, którym w dużej bierze faktycznie już są, ale jednak ciągle byli/są ograniczani przez Anglosasów. Wielka Brytania blokowała przekształcenie UE w wielkie pruskie quasi-państwo europejskie, a Stany Zjednoczone pilnowały, żeby takie ewentualne quasi-państwo nigdy nie posiadało swojej armii. Militarnego porządku w tej części świata miało pilnować przede wszystkim NATO, czyli de facto USA. Jeśli Trump będzie wierny swoim zapewnieniom, że będzie prezydentem Amerykanów, a nie całego świata, może to oznaczać, że Europa będzie musiała sama zadbać o swoje bezpieczeństwo. Może to zrobić poprzez rozbudowę armii narodowych, albo też stworzenie wspólnej armii europejskiej. Nie mam wątpliwości, że adwokatem drugiego rozwiązania będą przede wszystkim Niemcy, którzy o takim projekcie mówią już od dawna.

Aby zachęcić Europejczyków do stworzenia wspólnej armii, Niemcy prawdopodobnie, szczególnie w naszej części Europy, będą nadal podgrzewać antyrosyjskie fobie. Polacy czy też mieszkańcy państw bałtyckich będą straszeni widmem rosyjskiej agresji, po to, byśmy chętnie włączyli się do budowy euro-wehry. W najgorszym wypadku – zaprosili Bundeswehrę do Polski. Nie należy więc spodziewać się złagodzenia antyrosyjskiej histerii w „polskich” mediach. Wręcz przeciwnie, może stać się ona jeszcze głośniejsza, gdyż Amerykanie nam już nie pomogą…  Sami Niemcy z Rosją się jak najbardziej „dogadają”.

12.13.2012

Neokolonializm w natarciu (2)

(Pierwsza część tekstu: http://magdalenazietek.blogspot.de/2012/11/neokolonializm-w-natarciu.html)


W ramach drugiej części opracowania chciałabym przedstawić podstawowe założenia koncepcji pracy Fundacji Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie, jak również wytyczne planowanej wystawy stałej (koncepcja ta dostępna jest w języku polskim na stronie http://sfvv.de/sites/default/files/downloads/koncepcja_sfvv_2012.pdf).

Zacznijmy od podstawowych informacji dotyczących tego projektu. Pierwsza, ogólna koncepcja centrum wystaw, dokumentacji i informacji w Berlinie, zajmującego się tematyką ucieczki, wypędzeń i migracji przymusowych w XX w., została uchwalona przez Rząd Federalny 19 marca 2008 r. Następnie na podstawie uchwały rządu w dniu 30 grudnia 2008 r. powołano niesamodzielną fundację pod nazwą „Fundacja Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie”, której podmiotem prowadzącym jest Niemieckie Muzeum Historyczne (DHM) w Berlinie.  Jak czytamy w uchwalonej w czerwcu tego roku szczegółowej koncepcji pracy Fundacji (link powyżej), poprzez naukową dokumentację historii czystek etnicznych ma ona przyczynić się - w duchu pojednania i ciągłości polityki porozumienia Republiki Federalnej Niemiec - do pamięci o bezprawiu wypędzeń i potępienia wypędzeń; przy czym ucieczka i wypędzenie Niemców mają stanowić główny akcent pracy Fundacji. 

11.13.2012

Gdzie dwóch się bije…

Dziwne rzeczy dzieją się w naszym kraju. Najpierw ni stąd, ni zowąd wybuchła afera Amber Gold, w którą uwikłany jest syn Donalda Tuska. Następnie ekshumacja ciał kilku ofiar katastrofy smoleńskiej pokazała, jak nieudolnie rząd prowadził i nadal prowadzi sprawy związane z tym tragicznym wydarzeniem. Oliwy do ognia dolał artykuł Cezerego Gmyza na temat trotylu na wraku Tupolewa, jak również zwolnienie go z pracy za ten właśnie artykuł. Warto też wspomnieć o komentowanym w polskich środowiskach prawicowych tekście opublikowanym w niemieckim czasopiśmie „Westdeutsche Zeitung”, w którym podana została informacja o tym, że we krwi Remigiusza Musia, który według ustaleń organów ścigania popełnił samobójstwo, znaleziono środki znieczulające albo odurzające (Betäubungsmittel). Po zakończeniu Marszu Niepodległości Polskę obiegły zdjęcia "zbiro-policjantów", czyli chuliganów przebranych za policję, albo policjantów przebranych za chuliganów, którzy wywołali zamieszki podczas Marszu. Jakby tego było mało, polska opinia publiczna została poinformowana o kolejnym niemieckim artykule, tym razem opublikowanym w "Die Welt", pod bardzo wymownym tytułem "Czy śmierć Kaczyńskiego była w interesie Rosji?" (http://wpolityce.pl/wydarzenia/40463-wazna-zmiana-tonu-i-watkow-debaty-niemiecki-die-welt-stawia-otwarte-pytanie-o-zamach-a-zatem-sily-w-rosji). 

Jak widać, atmosfera w Polsce jest mocno podgrzewana. Na wybuch jeszcze chyba za wcześnie, ale w Polsce już wre. Kto na tym korzysta? Na pewno nie Polacy. 

Kilka dni temu niemiecki parlament potępił politykę prezydenta Władimira Putina wobec jego własnych obywateli. Jak czytamy w dokumencie, "Niemiecki Bundestag stwierdza ze szczególnym niepokojem, że od czasu ponownego objęcia urzędu przez prezydenta Władimira Putina w Rosji podejmuje się kroki ustawodawcze i jurystyczne, które w całości mają na celu większą kontrolę nad aktywnymi obywatelami, w coraz większym stopniu kryminalizują krytyczne zaangażowanie oraz oznaczają konfrontacyjny kurs wobec krytyków rządu" (za: http://rebelya.pl/post/2874/bundestag-kontra-putin). Co ciekawe, stanowisko to zostało przyjęte na tydzień przed wizytą kanclerz Angeli Merkel w Moskwie i szczytem rosyjsko-niemieckim. Portal Rebelya podaje dalej, że odpowiedzią były słowa ambasadora Rosji w Niemczech Władimira Grinina – tego samego, który był ambasadorem w Warszawie przed, w trakcie i krótko po katastrofie smoleńskiej – a który w rozmowie z tygodnikiem "Der Spiegel” stwierdził, że niczego konstruktywnego w tym tekście nie odkrył. 

Uchwała niemieckiego parlamentu nie jest żadnym zaskoczeniem. Do przewidzenia było, że Niemcom coraz bardziej będzie przeszkadzał fakt, że Putin nie chce przeprowadzić w Rosji reform, których życzy sobie RFN. Chodzi oczywiście o wprowadzanie "standardów europejskich" przy pomocy licznych niemieckich fundacji i innych ekspertów finansowanych przez RFN. Podczas gdy w Polsce jedną z najważniejszych instytucji kształtujących politykę jest Fundacja Adenauera, w Rosji Putin doprowadził do uchwalenia ustawy, która zagraniczne fundacje – zupełnie słusznie – traktuje jako narzędzie obcej agentury. Niemcy postanowili więc przywołać Rosję do porządku i zaczynają robić jej czarny PR. 

Co sprawa tej uchwały ma wspólnego z Polską? Moim zdaniem, istnieje poważne niebezpieczeństwo, że niemieccy realpolitycy po raz kolejny wykorzystają wojnę polsko-polską i naszą rusofobię do swoich własnych celów. Uważam, że między innymi nie zawahają się użyć sprawy katastrofy smoleńskiej do robienia czarnego PR Rosji. Od razu podkreślam, że nie twierdzę, iż maczali oni palce we wszystkich "dziwnych" wydarzeniach, które wymieniłam na początku tego tekstu. Trudno podejrzewać ich o to, że np. pomagali w przebieraniu się policjantów za chuliganów albo chuliganów za policjantów. Wystarczy jednak, że odpowiednio wykorzystują dla siebie sytuacje stworzone bez ich własnego udziału. Nie ulega natomiast wątpliwości, że podsycanie w Polakach rusofobii zawsze było niemiecką specjalnością. Stąd też należy ostrożnie podchodzić do nagłego zainteresowania niemieckich dziennikarzy katastrofą smoleńską i samobójstwem Remigiusza Musia. Prawdopodobnie związane jest ono jest z nowymi wytycznymi niemieckiej polityki. Czy jesteśmy przygotowani do tego, żeby odpowiednio na nią zareagować? Wcale nie. 

Nie jesteśmy przygotowani, bo nie wyciągnęliśmy żadnych wniosków z przeszłości. Przyjrzyjmy się na przykład sprawie powstania styczniowego. Ilu Polaków wie, że to Bismarck podsycał w Polsce antyrosyjskie, a w Rosji antypolskie nastroje? Polityka Wielopolskiego najbardziej przeszkadzała Prusom, dlatego też robiły mu czarny PR (który do dziś jest podtrzymywany). Jak pisał Stanisław Cat-Mackiewicz: "O ile Francuzi popierają Wielopolskiego w jego programie, o tyle Bismarck patrzy na niego z nienawiścią. Jeszcze będąc przedstawicielem Prus w Petersburgu, Bismarck idzie tak daleko, że rozpuszcza idiotyczną plotkę, iż Wielopolski chce otruć Aleksandra II. Bismarck zrobiłby wszystko, co może, aby podsycić opór „czerwonych” i opór Andrzeja Zamoyskiego przeciwko polityce Wielopolskiego" (Stanisław Cat-Mackiewicz, Bismarck i Grottger. Fragment książki "Był bal", http://www.konserwatyzm.pl/artykul/5493/bismarck-i-grottger-fragment-ksiazki-byl-bal). Wybuch powstania styczniowego był Bismarckowi jak najbardziej na rękę. Po rozpoczęciu walk szybko zainicjował podpisanie konwencji Alvenslebena, na mocy której Prusy zobowiązały się do udzielania pomocy wojskom rosyjskim, w razie gdyby powstańcy pojawiali się na granicy rosyjsko-pruskiej lub chcieli przeniknąć na terytorium Poznańskiego. Jak pisał Cat-Mackiewicz: "Cesarz serdecznie przyjął Alvenslebena, wyraził mu radość, że wtedy, kiedy inne kraje europejskie z powodu Polaków napadają na Rosję, jedne jedyne Prusy występują z gestem przyjaznym". Gra Bismarcka była jednakże wyjątkowo wyrachowana. Potrzebował on rosyjskiego długu wdzięczności po to, by Rosja nie stanęła na przeszkodzie do zjednoczenia Niemiec pod pruskimi auspicjami. Cat-Mackiewicz słusznie wskazuje na to, że zadeklarował on pomoc  Rosji, by "pokazać Aleksandrowi II, że jest o wiele lepszy dla Rosji niż obrzydliwa Austria. Trzeba pamiętać, że to rok 1863, a więc czasy, w których mózg Bismarcka wciąż się wysila na temat, jak by to wypędzić Austrię z niemieckiej wspólnoty. Poza tym Bismarck nie tylko chce zwycięstwa rosyjskiego nad powstańcami, ale chce także, aby to zwycięstwo nie przyszło Rosji zbyt łatwo i przede wszystkim, nade wszystko, koniecznie, aby pokłóciło Rosję z innymi państwami w Europie. Powstanie polskie jest dla Bismarcka znakomitą okazją do pokłócenia Rosji ze wszystkimi i do zajęcia przez Prusy roli jedynego wiernego przyjaciela mocarstwa rosyjskiego. Konwencja Alvenslebena to okrzyk Bismarcka: „Rosja skłócona z Europą dla mnie”". Rzeczywiście, po pokonaniu Francji przez Niemcy w 1871 roku Rosja nie sprzeciwiła się zjednoczeniu Niemiec przez Prusy (albo raczej ich podbiciu). A co Bismarck mówił o Polakach? Warto jeszcze raz zacytować Cata-Mackiewicza: "Polacy są rozżarzonym żelazem, ale w razie, gdybyśmy mieli wojnę z Rosją, chwycę za to rozpalone żelazo, aby Rosję porazić". 
 
Stało się dokładnie tak, jak chciał tego Bismarck. Jego polityczny "testament" zrealizował Józef Piłsudski. Po "zjednoczeniu" Niemiec Prusy bardzo zapragnęły "zjednoczyć" całą Europę. Na drodze do realizacji ich celu stała carska Rosja. Należało więc ją zniszczyć. W tym celu państwo niemieckie opłacało wszelkiej maści rewolucjonistów i nacjonalistów, którzy spiskowali przeciwko Rosji. Do tej grupy należeli także Piłsudski i Lenin, którzy podjęli współpracę z niemieckim wywiadem. Efekt tej współpracy jest powszechnie znany: bolszewicy zniszczyli Rosję i ustanowili swoje własne rządy. A młode państwo polskie cudem zostało uratowane przed "czerwoną zarazą". Jednym słowem, polskie rozpalone żelazo skutecznie zostało użyte w tym celu, aby Rosję porazić.

Wbrew temu, co twierdzą Wieczorkiewicz, Zychowicz & spółka, na szczęście nie poszliśmy z Niemcami bić Moskala podczas II Wojny Światowej. Wyniknęłoby z tego jeszcze większe nieszczęście niż wspólne bicie Moskala podczas I Wojny Światowej, i to nie tylko dla Polski, ale i całego świata. 

Polska rusofobia jednakże jeszcze raz została wykorzystana przez niemieckich strategów. Przy pomocy polskiej opozycji udało im się doprowadzić do rozpadu Związku Radzieckiego, a tym samym do zjednoczenia Niemiec. Na fali entuzjazmu z powodu odzyskania niepodległości Solidarność zapomniała jednak o "drobnym szczególe", czyli o głębokim przywiązaniu ówczesnych niemieckich elit do granic państwa niemieckiego z 1937 roku. Dla polskich antykomunistów głosy mówiące o niemieckim zagrożeniu były bowiem wyłącznie przejawem radzieckiej propagandy. Na szczęście dzięki naciskom ze strony Margaret Thatcher, Niemcy w końcu uznały granicę na Odrze i Nysie. 

A jak wygląda bilans rzekomego odzyskania przez nas niepodległości? Państwo polskie znajduje się w stanie całkowitego rozkładu, podobnie sprawy się mają z polską gospodarką, kulturą i nauką. Staliśmy się rynkiem zbytu dla niemieckich produktów (jak pokazuje wykres opublikowany na stronie Instytutu Niemieckiej Gospodarki w Kolonii, wartość niemieckiego eksportu do Polski w 2011 roku wyniosła 60,6 mld $, rosyjskiego 21,1, holenderskiego 13,3, włoskiego 13,1, chińskiego 10,9, francuskiego 9,5 mld $: http://www.iwkoeln.de/__extendedmedia_resources/95932/index.html). Prasa znajduje się przede wszystkim w rękach niemieckich koncernów, a światopogląd Polaków kształtowany jest przez takie gadzinówki jak Newsweek czy Fakt. I jak już wspomniałam, jednym z ważniejszych graczy na polskiej scenie politycznej jest Fundacja Adenauera. Jak by tego jeszcze było mało, Niemcy coraz częściej pouczają nas o "polskich obozach koncentracyjnych", jak również zaczynają rozliczać za "wypędzenie" Niemców. Jednym słowem, potwierdziło się dokładnie to, przed czym przestrzegali zwolennicy sojuszu Polski ze Związkiem Radzieckim, a co antykomuniści uznali za zwykłą propagandę: za pomocą Unii Europejskiej Polska została już niemalże całkowicie podporządkowana RFN. 

A teraz przyszedł czas na Rosję. Sprawa Smoleńska świetnie nadaje się do tego, by osłabić pozycję tego kraju. Czy znowu pozwolimy, aby Niemcy w swoim pochodzie po coraz większą władzę posłużyły się Polską, jak to zrobiły w 1863, w czasie I Wojny Światowej i w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia? Powiedzmy to dosadnie:  dzięki polskiej rusofobii, której efektem było powstanie styczniowe,  Prusy dostały od Rosji zielone światło dla podbicia przez siebie Niemiec (nazywanego zjednoczeniem Niemiec). To dzięki polskiej rusofobii Piłsudski grał w tej samej lidze co Lenin, przez co Polska przyczyniła się do zniszczenia Rosji przez państwo niemieckie i bolszewików. To Polska w wydatny sposób przyczyniła się do tego, że po Europie przejechał walec nazywany Unią Europejską, za pomocą której RFN "jednoczy" Europę. Czy w końcu wyciągniemy wnioski z tych oczywistych faktów? Czy też znowu ruszymy na Moskala, aby go "cywilizować" i nawracać na wartości europejskie, a przy okazji pomścić Smoleńsk? Aby następnie po zniszczeniu Rosji rozpuścić się w kontrolowanym przez RFN bloku kontynentalnym? 

Nie, nie jestem zwolenniczką rosyjskiego bizantynizmu i turańszczyzny. Moim ideałem jest cywilizacja łacińska. Podkreślam: cywilizacja łacińska, a nie "wartości europejskie". Niestety, zdecydowana większość  tak zwanej polskiej prawicy nie rozumie, na czym polega różnica między tymi dwiema formami cywilizacyjnymi. Co więcej, wielu "polskich patriotów" przekonanych jest o wyższości cywilizacyjnej Polski nad Rosją, nie zauważając przy tym, że w Polsce dosłownie panuje burdel i że w tej sytuacji nie możemy być żadnym wzorem do naśladowania. Może w końcu najwyższy czas, żebyśmy sobie przypomnieli, że jedną z podstawowych zasad prowadzenia polityki w duchu cywilizacji łacińskiej jest po prostu rozwaga? 

P.S. Czyż nie ma racji Krzysztof Zagozda? Pisze: "Dziś jeszcze raz o Gmyzie z Wikipedii. Tym razem ciekawostka, że ten nowy narodowy bohater  "jest wiceprezesem fundacji Medientandem, zajmującej się polsko-niemiecką współpracą dziennikarską". Co prawda informacja to nie do końca ścisła, bo fundacja jest w stanie likwidacji, ale jej ścisła współpraca (finansowanie) z Fundacją Adenauera chluby nie przynosi (…). Gdyby Gmyz szefował fundacji polsko-rosyjskiej, już zostałby odsądzony od czci i wiary przez elektorat Prawa i Sprawiedliwości. A że niemieckiej? Wszak sąsiedzi zza Odry dobrze nam życzą.  Dopiero pół Polski wykupili" (http://zagozda.nowyekran.pl/post/79146,tego-o-gmyzie-nie-wiedzialem-ciag-dalszy).


9.08.2012

Niemiecka pułapka


Od kilkunastu dni w księgarniach dostępna jest książka Piotra Zychowicza "Pakt Ribbentrop-Beck czyli jak Polacy mogli u boku III Rzeszy pokonać Związek Sowiecki". Autor stara się w niej udowodnić, że  w 1939 Polska powinna była pójść na "bolesne prestiżowe ustępstwa" i zawrzeć przejściowy sojusz z Niemcami. 

Zdaniem Zychowicza można było w ten sposób uniknąć brutalnej niemieckiej okupacji, jak również i sowieckiej. Teza nie jest oryginalna, bo prezentowana była m.in. przez Pawła Wieczorkiewicza, który pisał o wspólnej paradzie zwycięstwa na placu Czerwonym w Moskwie, przyjmowanej przez Hitlera i Rydza-Śmigłego. Wieczorkiewicz był zdania, że w takim wypadku nie doszłoby do zagłady Żydów, którzy byliby wysiedleni z Europy, a nie wymordowani. Po śmierci Hitlera system natomiast złagodniałby. Także Andrzej Piskozub uważa, że Polska powinna była stanąć u boku Hitlera. Piskozub, podobnie jak Piotr Zychowicz, widzi siebie jako kontynuatora linii politycznej reprezentowanej przez Władysława Studnickiego, który był politycznym germanofilem. Niedawno ukazał się również artykuł Krzysztofa Kłopotowskiego pt. "Człowiek stulecia i jego cień" (Rzeczpospolita, w PlusMinus z 11 - 12 sierpnia 2012, pełna elektroniczna wersja tekstu: http://wpolityce.pl/artykuly/34184-czlowiek-stulecia-i-jego-cien-ciagle-malo-wiemy-do-czego-zdolny-byl-churchill), którego autor idzie jeszcze dalej, gdyż czyni Polskę i Anglię współodpowiedzialnymi za wybuch II Wojny Światowej. Kłopotowski powołuje się na książkę Patricka Buchanana „Churchill, Hitler and the Unnecessary War”, której autor twierdzi, że to Churchill wydał Hitlerowi „niepotrzebną wojnę”.  Kłopotowski tak przedstawia stanowisko Patricka Buchanana: 

5.28.2012

Polska między USA, Niemcami i Rosją

"Nie tylko żaden człowiek ale też i żadne państwo nie jest samotną wyspą. Oznacza to konieczność ciągłego uzgadniania swoich interesów z innymi, szukania sojuszników dla ich realizacji jak również sprzymierzeńców w walce ze wspólnym wrogiem. Dotyczy to również i Polski, która sukces polityczny może osiągnąć tylko wtedy, jeśli dokona właściwego wyboru swoich „przyjaciół”. Po zakończeniu naszej „przyjaźni” ze Związkiem Radzieckim „zaprzyjaźniliśmy się” się z Zachodem czyli przede wszystkim ze Stanami Zjednoczonymi i Niemcami. I tak długo jak oba te państwa mocno „przyjaźniły” się ze sobą, taka właśnie konstelacja geopolityczna nie była poddawana w wątpliwość praktycznie przez żadną liczącą się frakcję polityczną w Polsce. Tym bardziej, że zarówno USA jak i Niemcy przejawiały krytyczny stosunek wobec niedemokratycznej Rosji, co właściwie cementowało te nowe więzi „przyjaźni”.
Sytuacja zaczęła się komplikować, kiedy w relacjach między USA i Niemcami zapanowało pewne ochłodzenie, natomiast ociepliły się relacje między Niemcami i Rosją. Na skutek tejże zmiany Polska stanęła przed starym dylematem czyli koniecznością dokonania wyboru między współpracą z Rosją i Niemcami przeciwko Anglosasom albo vice versa."

4.23.2012

„Białe plamy w historiografii polskiej”


Nawoływanie do uprawiania rzetelnej refleksji nad historią własnego państwa na pewno jest słuszną sprawą. Równie dobrze może jednak służyć propagowaniu pewnej wizji „prawdy” historycznej, która tylko rzekomo jest „prawdziwą prawdą”. Nie po raz pierwszy takie właśnie wrażenie odniosłam po lekturze tekstu prof. Andrzeja Piskozuba. Tym razem chodzi o artykuł pod tytułem „Białe plamy w historiografii polskiej na progu XXI wieku” (http://geopolityka.net/biale-plamy-w-historiografii-polskiej-na-progu-xxi-wieku/). 

W tekście tym prof. Piskozub słusznie wskazuje na istnienie w najnowszej historii Polski wielu „przemilczeń i przekłamań (białych plam i tematów tabu) oraz propagandowych przeinaczeń po linii następujących po sobie formacji ideologicznych (historyczne mody)”. Autor mówi wręcz o „historiograficznych patologiach”. W swoim tekście prof. Piskozub natomiast stawia sobie za cel „wyprostowanie polskiej historii z pierwszej połowy XX wieku, poprzez oczyszczenie jej z mitów, zakłamań i tendencyjnych przemilczeń.” Autor zamierza więc pokazać czytelnikowi, jak jego zdaniem wygląda „prawdziwa prawda” o najnowszej historii państwa polskiego. 

Przyglądając się bliżej prezentowanej przez prof. Piskozuba tej właśnie „prawdziwej prawdzie” trudno oprzeć się wrażeniu, że pod płaszczykiem rzekomego szukania prawdy, obiektywności albo naukowości przemyca on bardzo konkretną wizję historii Polski. Nie będę tutaj szczegółowo opisywać, jaka to wizja, gdyż częściowo już o tym pisałam (Czy katolik może być germanofilem albo germanofobem? Krytyczny komentarz do tekstu prof. Andrzeja Piskozuba „Germanofil znaczy: człowiek przyjazny Niemcom”). Chciałabym natomiast zwrócić uwagę na kilka wybranych kwesti poruszanych przez prof. Piskozuba w omawianym tu tekście. 
  
Zacznijmy od tego, że prof. Piskozub stawia tezę o „sfałszowaniu metryki niepodległości” odrodzonego z zaborów państwa polskiego: 

„Dzień 11 listopada 1918 roku był ważny dla państw, które weszły w pierwszą wojnę światową, bo kończył jej kilkuletnie działania zbrojne. Natomiast na ziemiach polskich był to “dzień jak co dzień”, gdyż od dawna żadnych działań wojennych tu nie było. Proklamowanie tego dnia Świętem Niepodległości byłoby “tylko” wielkim nieporozumieniem, gdyby nie było świadomą dywersją polityczną przeciwko obozowi “aktywistów”, jaki wywalczył przełomową dla odbudowy niepodległej Polski pod okupacją państw centralnych, decyzję w dniu 5 listopada 1916 roku. Od tamtej daty rozpoczęła się organizacja odradzającego się państwa polskiego i ona powinna być właściwym Świętem Niepodległości Polski: analogicznie jak to ma miejsce w przypadku wschodnich sąsiadów Polski, którzy w pierwszym kwartale 1918 roku, także pod okupacją państw centralnych, ogłaszali swoją niepodległość i czczą ją do dziś – jak Estonia 24 lutego, czy Białoruś 25 marca. W to estońskie święto niepodległości władze polityczne III RP idą na jej obchody do ambasady Estonii w Warszawie; corocznie 25 marca Telewizja Polska pokazuje demonstracje opozycjonistów białoruskich, obchodzących tę rocznicę. Dlaczego zatem taka zasadnicza niekonsekwencja w przypadku święta niepodległości własnego kraju?”    

Nie chcę wnikać w kwestię zasadności ustanowienia 11 listopada Dniem Niepodległości. Chciałabym natomiast przyjrzeć się temu, co w tym wypadku prof. Piskozub uważa za „prawdziwą prawdę”. Jego zdaniem „prawdziwym“ dniem odzyskania niepodległości jest 5 listopada 1916. Tego bowiem dnia władze niemieckie i austriackie wydały tzw. Akt 5 listopada gwarantujący Polakom powstanie samodzielnego Królestwa Polskiego. Dzień ten więc rzeczywiście jest dobrym kandydatem na to, aby przez Polaków obchodzony był właśnie tak, jak tego chce prof. Piskozub. To, co dla niego jednak jest kwestią zupełnie bezsporną, w gruncie rzeczy budzi spore kontrowersje. W swoim tekście prof. Piskozub zapomniał bowiem dodać, że utworzenie takiego tworu politycznego było elementem realizacji niemieckiej koncepcji Mitteleuropy. Zgodnie z tą koncepcją suwerenność Polski miała być w gruncie rzeczy zupełną fikcją... Aby pokazać problematyczność przyjęcia rozwiązania proponowanego przez prof. Piskozuba, warto przytoczyć tutaj dłuższy opis tej właśnie koncepcji: 

„Naumann także przedstawił jak zagospodarować politycznie zdobyte na Rosjanach ziemie Królestwa Polskiego. Jak przystało na niemieckiego liberała, nie propagował on twardej polityki pruskiej szpicruty, ale chciał, aby tereny te były uzależnione gospodarczo i militarnie poprzez przynależność do wspólnego z Niemcami bloku obronnego. Naumann nie propagował bezpośredniego wcielenia tych terenów do Rzeszy, co według niego z jednej strony zniechęciłoby miejscową ludność polską, a z drugiej strony byłoby źle odebrane na zachodzie. Naumann, co ukazuje jego wielkość jako polityka, myślał długofalowo. Myślał już o końcu wojny i o konferencji pokojowej, dlatego uważał, że pozostawienie zajętym terenom swobody politycznej (chociażby w pewien sposób ograniczonej), może być wykorzystane propagandowo wobec Francji i Wielkiej Brytanii, bądź jako swoista karta przetargowa w negocjacjach pokojowych. Jak należy postąpić z Polską Naumann pisał na łamach swego tygodnika Die Hilfe już 5 sierpnia 1915 roku, czyli jeszcze przed ukazaniem się jego Mitteleuropy: „Warszawa zdobyta! Jest to wydarzenie w historii świata, którego doniosłości dziś jeszcze nie można ogarnąć. Jest to najpotężniejszy czyn historyczny od zdobycia Antwerpii. Pod względem czysto militarnym wkroczenie do Warszawy to tylko krok na drodze do wypierania wojsk rosyjskich, ale stara stolica Polski nie jest jedynie obiektem wojskowym. Jest to ośrodek narodu na poły złamanego, który na długie dziesięciolecia oczekiwał takiego właśnie dnia… Od stu lat przeszło Rosja wszelkimi środkami próbowała uczynić to miasto sobie uległe. Przed rządem niemieckim staja natychmiast zadania administracyjne trudne i brzemienne w następstwa. Jest to potężny materiał dla kongresu pokojowego”. Po ukazaniu się tekstu Naumanna kanclerz Bethmann-Hollweg postanowił przyjąć jego koncepcję i wprowadzić ją w praktykę. Jeszcze przed wydaniem tzw. Aktu 5 listopada stwierdził on, że: „[…] Najznośniejszym dla nas wyjściem z sytuacji byłaby Polska niezależna, ale tak ściśle z nami związana, że utrzymując z Niemcami ożywione stosunki gospodarcze nie byłaby dla nas niebezpiecznym sąsiadem, ani pod względem wojskowym, ani politycznym”. Polska miała się stać pierwszym ogniwem w całej niemieckiej koncepcji strefy wpływów w Europie środkowo-wschodniej. Naumann wydając swe dzieło Mitteleuropa stworzył zarys, schemat, ideę, która mimo iż nigdy nie została w pełni zrealizowana, stworzył podstawę na której w roku 1918 starano zbudować jej dalszą część. Ramy geograficzne zawarte w Mitteleuropie oddają tylko sytuację z końca roku 1915, lecz nie są one twardo zamknięte i mogą być poszerzone, co ostatecznie się stało. Naumann swym dziełem zasadził w głowach najważniejszych niemieckich decydentów ideę, która po prostu mówiła jak zagospodarować powstałą lukę i jak tę lukę przekształcić we własną strefę wpływów”. ("Koncepcja mitteleuropy wg Naumanna"). 

Odrzucenie 5 listopada 1916 jako dnia odzyskania przez Polskę niepodległości ma więc bardzo jasne przesłanie polityczne. I to właśnie tak bardzo nie podoba się prof. Piskozubowi. W końcu jest on zwolennikiem koncepcji ścisłej integracji Polski z Niemcami, czyli w gruncie rzeczy realizacji idei Mitteleuropy. (Koncepcji, która w tej chwili realizowana jest pod płaszczykiem budowania Unii Europejskiej. Na temat stosunku prof. Piskozuba do Unii Europejskiej piszę we wspomnianym wyżej tekście). 

Pójdźmy dalej. Prof. Piskozub obarcza Polskę odpowiedzialnością za katastrofę wrześniową 1939 roku: 

„Obóz narodowy, który w taki sposób przeinaczył dzieje “sprawy polskiej” podczas pierwszej wojny światowej, w okresie międzywojennym odpowiedzialny jest za kontynuowanie swej zajadłej propagandy antyniemieckiej. Urabiała ona opinię publiczną w kierunku, który zaowocował katastrofą wrześniową 1939 roku. Kiedy różne siły międzynarodowe zaczęły zawiązywać koalicję antyniemiecką, znalazły w Polsce podatny grunt dla wmanewrowania jej w spiralę wydarzeń, wciągających ją w wojnę z Niemcami.” 

Przyjęcie przez prof. Piskozuba takiego właśnie poglądu na tę sprawę nie dziwi, gdyż jest on w końcu zwolennikiem koncepcji Mitteleuropy. Jego zdaniem Polska powinna była podporządkować się politycznym ambicjom Niemiec, gdyż rzekomo leżało to w naszym interesie. Także to twierdzenie jest dla niego „prawdziwą prawdą“. Tak się jednak składa, że sprawa ewentualnego zawarcia sojuszu Polski z Niemcami jest wyjątkowo sporną wśród historyków. Ale nie dla prof. Piskozuba...

Z kwestią tą powiązana jest następna. Prof. Piskozub  nie tylko obarcza Polaków odpowiedzialnością za katastrofę wrześniową, ale także za wyjątkowo brutalny przebieg okupacji niemieckiej: 

„Następny temat tabu to losy narodu pod ponad pięcioletnią okupacją. W przypadku niemieckiej, czy nie mogłaby ona dla ludności polskiej być podobną do tej, jak na zachodzie we Francji, czy na północy w Danii? A w każdym razie nie gorsza, niż w sąsiednim Protektoracie Czech i Moraw? U schyłku życia Jan Karski postawił pytanie, czy działalność Podziemia nie przyniosła więcej strat, niż osiągnięć? Czy metody walki z okupantem nie przypominały niekiedy zwalczanych obecnie działań terrorystycznych? Czy wykorzystywanie dzieci do tej walki nie stoi w sprzeczności ze współczesnymi konwencjami międzynarodowymi?” 

Zgodnie z „prawdziwą prawdą” prezentowaną przez prof. Piskozuba, za zbrodnie popełniane na Polakach odpowiedzialni są więc...sami Polacy. Prof. Piskozub na pewno ma rację wskazując, że przyjęcie konfrontacyjnych metod walki z okupantem w znacznym stopniu przyczyniło się do zwiększenia brutalności postępowania Niemców w stosunku do Polaków. Jednakże sugerowanie, że to zachowanie Polaków było jedyną albo po prostu główną przyczyną brutalnego przebiegu tej okupacji, jest sprawą dość problematyczną. Prof. Piskozub nie raczył bowiem wspomnieć o Generalnym Planie Wschodnim, który przewidywał daleko posuniętą eksterminację narodu polskiego. Inny przebieg okupacji niemieckiej w zachodniej i wschodniej Europie w końcu można wytłumaczyć tym, że nie było żadnego „Generalnego Planu Zachodniego”. Prof. Piskozub zapomniał także wspomnieć o tym, że Niemcy od samego początku wojny stosowali wyjątkowo brutalne metody walki z Polakami. A więc: zanim polski ruch oporu w ogóle zdołał się zorganizować... Na przebieg tej okupacji na pewno także wpływ miała decyzja rządu polskiego, który nie zdecydował się na kolaborację z Niemcami. I pewnie tego właśnie prof. Piskozub nie może przeboleć...

W swoim artykule prof. Piskozub stylizuje się na obrońcę prawdy, który zaciekle walczy z wszelkimi „propagandowymi przeinaczeniami po linii następujących po sobie formacji ideologicznych“. Niestety, uważnie czytając jego teksty, trudno oprzeć się wrażeniu, że także i one stanowią narzędzie propagandy. Moim zdaniem, teksty tego autora służą odpowiedniemu urabianiu Polaków do tego, by bezkrytycznie przyjęli koncepcję zagospodarowania naszego kraju, która została stworzona za naszą zachodnią granicą. Być może koncepcja ta leży w naszym interesie. Żeby się jednak o tym przekonać, należy otwarcie o niej dyskutować. Teksty prof. Piskozuba natomiast mają wybitnie manipulacyjny charakter, co ostatecznie przekreśla możliwość rozpoczęcia jakiejkolwiek otwartej i rzeczowej debaty na ten temat.