Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pojednanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pojednanie. Pokaż wszystkie posty

8.25.2012

Był sobie kiedyś taki list…


Wspólne orędzie Kościoła i Cerkwi jest wydarzeniem o wielkim znaczeniu historycznym i potencjale politycznym, którego nie wolno nam zmarnować. Wydarzenie to często porównywane jest do wymiany listów między polskimi i niemieckimi biskupami z 1965 roku, która powszechnie uważana jest za rozpoczęcie procesu pojednania polsko-niemieckiego. W opinii zdecydowanej większości decydentów politycznych, dziennikarzy oraz działaczy społecznych po obu stronach Odry proces ten został zakończony sukcesem. Wspomniana wymiana listów, jak również orędzie są ściśle ze sobą powiązane. W obu przypadkach przedstawiciele duchowieństwa podkreślali bowiem, że pojednanie między Polakami a Niemcami i Rosjanami może dokonać się tylko w oparciu o chrześcijaństwo. Taki był punkt wyjścia procesu polsko-niemieckiego pojednania, taki jest punkt wyjścia pojednania polsko-rosyjskiego. Czy jednak polsko niemieckie-pojednanie, tak jak jest ono w tej chwili przeprowadzane, rzeczywiście realizuje postulat sformułowany przed laty przez polskich biskupów? Czyż nie jest przypadkiem tak, że odbywa się ono na obcym chrześcijaństwu ideologicznym gruncie? Myślę, że najwyższy czas, żeby polscy katolicy zadali sobie to właśnie pytanie.  

Wątpliwości co do tego, jaki jest ideologiczny grunt polsko-niemieckiego pojednania, nie ma Błażej Lenkowski, który w tekście pt. "Antyliberałowie łączą się" stwierdza:

"Teoretycznie wiadomość o wizycie Cyryla w Polsce powinna cieszyć. Pojednanie między religiami, krok w kierunku pojednania pomiędzy zwaśnionymi narodami to przecież zmiana w dobrym kierunku. Należy jednak zadać sobie pytanie, na jakim gruncie owo pojednanie się dokonuje, kto i w jakim kontekście je zawiera. (…)Szczególnie zaniepokojeni mogą być liberałowie i ci, którym kierunek zmian kulturowych wyznaczony przez Zachód jest bliski. Przecież w Rosji i Cerkwi prawosławnej nie doszło do cudownego nawrócenia na wartości Zachodu: przywiązanie do demokracji i prawa człowieka. To pojednanie pod auspicjami abp. Michalika, jednego z największych zwolenników Radia Maryja w polskim Kościele, zawierane jest pod hasłami obrony przed liberalnym Zachodem wspólnych tradycji i wartości Polski oraz Rosji. (…)Porównania z pojednaniem biskupów polskich i niemieckich są zupełnie nietrafione. Ówczesny Kościół niemiecki funkcjonował w demokratycznym kraju, a polski był podporą demokratycznej opozycji. Teraz Cerkiew ramię w ramię z Putinem tłamsi prawa człowieka w Rosji." (Gazeta Wyborcza, 21.0.2012, http://wyborcza.pl/1,86116,12336422,Antyliberalowie_lacza_sie.html#ixzz24MwtZDWD).

Na szczególną uwagę zasługuje stwierdzenie autora, iż "Ówczesny Kościół niemiecki funkcjonował w demokratycznym kraju, a polski był podporą demokratycznej opozycji". Nie chrześcijaństwo, a wiara w zbawczą moc demokracji rzekomo podzielana przez polskich i niemieckich biskupów przyczyniła się zadaniem Lenkowskiego do  sukcesu polsko-niemieckiego pojednania. Co więcej, autor sugeruje, że polski Kościół katolicki pełnił wtedy rolę demokratycznej opozycji. Autor zdaje się nie dostrzegać, że prymas Wyszyński walczył przeciwko demokracji (sic!) ludowej w celu obrony polskiego Kościoła katolickiego, a nie o demokrację. Co więcej, że tacy przedstawiciele "demokratycznej opozycji", jak Adam Michnik, Jacek Kuroń, Karol Modzelewski, Jan Lityński czy też Seweryn Blumsztajn, twórcy KOR i trockiści walczyli o "socjalizm z ludzką twarzą"… Skąd się więc bierze przekonanie Lenkowskiego, że polski Kościół mimo wszystko był podporą demokratycznej opozycji? Moim zdaniem, wynika to ze skutecznej polityki propagandowej, uprawianej przez Adama Michnika i innych, którzy postawili znak równości między antykomunizmem, prawicowością i katolicyzmem. Kłamstwo, w które uwierzyło wielu członków Solidarności i w które większość Polaków do dziś wierzy. Właśnie dzięki temu kłamstwu mogło zostać przeprowadzone "pojednanie polsko-niemieckie" w takiej formule, w jakiej ostatecznie zostało przeprowadzone: Polaków i Niemców połączyła wspólna wiara w wartości zachodnie, czyli demokrację i prawa człowieka. 

Jak silne jest przekonanie o tym, że polsko niemieckie-pojednanie jest sukcesem, z którego polska prawica może być dumna, świadczą chociażby słowa autorów apelu "Prosimy o wysłuchanie naszej opinii i wycofanie się z podpisania tego niebezpiecznego dla przyszłości Polski wspólnego orędzia", wystosowanego przez Elżbietę Szmidt do bp. Michalika w imieniu "katolickiego laikatu, świeckich prawdziwie zaangażowanych, zatroskanych o obecność wiary, Ewangelii, Chrystusa pośrodku nas i o przyszłość naszej Ojczyzny, zgromadzonych wokół portalu Stowarzyszenia Blogmedia24.pl": 

"Dość przypomnieć, że List biskupów polskich do niemieckich został poprzedzony autentycznym procesem pojednania i był odpowiedzią polskich hierarchów na wieloletnie starania strony niemieckiej. Wyprzedziły go działania kościołów niemieckich, w tym Kościoła ewangelickiego, który w swym memorandum z 1 października 1965 r. wzywał do zaakceptowania granic na Odrze i Nysie oraz do podjęcia dzieła pojednania Niemców ze wschodnimi sąsiadami. Wcześniejszym gestem intelektualistów ewangelickich było tzw. memorandum z Tybingi - przedstawione deputowanym Bundestagu w roku 1961, nawołujące zachodnioniemieckich polityków do odejścia od idei rewizji granic. Okazją do podjęcia procesu pojednania był przede wszystkim Sobór Watykański II, dając możliwość bezpośredniego spotkania przedstawicieli Episkopatów obu krajów. Poprzedziły go wspólne wystąpienia w sprawie beatyfikacji franciszkanina — męczennika Auschwitz — o. Maksymiliana Kolbe czy pielgrzymki niemieckich chrześcijan do miejsc zbrodni hitlerowskich w Polsce. Słowa „przebaczamy i prosimy o przebaczenie” – podpisane m.in. przez kardynała Stefana Wyszyńskiego i biskupa Karola Wojtyłę – były nie tylko aktem mądrości politycznej ówczesnych hierarchów Kościoła, ale wypływały z głębokiego przeświadczenia, że istnieją rzeczywiste warunki pojednania „w tym jak najbardziej chrześcijańskim, ale i bardzo ludzkim duchu”. Jeśli ówczesne władze komunistyczne zareagowały z wściekłością na orędzie polskich biskupów – to również dlatego, że było ono wyrazem ewangelicznej i chrześcijańskiej postawy" (Prezes Zarządu Elżbieta Szmidt http://wpolityce.pl/artykuly/33905-prosimy-o-wysluchanie-naszej-opinii-i-wycofanie-sie-z-podpisania-tego-niebezpiecznego-dla-przyszlosci-polski-wspolnego-oredzia)

Autorzy tego apelu twierdzą, że "List biskupów polskich do niemieckich został poprzedzony autentycznym procesem pojednania i był odpowiedzią polskich hierarchów na wieloletnie starania strony niemieckiej". W intencji autorów stwierdzenie to ma być koronnym dowodem na chrześcijański charakter pojednania, które rzekomo dokonało się między obydwoma narodami.  Niestety, twierdzenie "o wieloletnich staraniach strony niemieckiej" nie odpowiada prawdzie. Aż do lat 80. strona niemiecka nie wykazała większego zainteresowania pojednaniem z Polakami, a list polskich biskupów przez niemiecki episkopat został przyjęty z olbrzymią powściągliwością. Proces pojednania ruszył z miejsca dopiero po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce, kiedy to Niemcy odkryli, że przy pomocy Polaków mogą obalić komunizm…  Wygłaszanie fałszywych twierdzeń jak wyżej przytoczone przyczynia się więc do tego, że Polacy utwierdzani są w błędnym przekonaniu o tym, że pojednanie polsko-niemieckie rzeczywiście zostało przeprowadzone na gruncie chrześcijaństwa. 

Warto zatem przyjrzeć się okolicznościom powstania listu polskich biskupów do niemieckich oraz jego wpływu na przebieg pojednania polsko-niemieckiego. W dalszych rozważaniach będę opierać się na pracy wydanej przez Basila Kerskiego, Tomasza Kycia oraz Roberta Żurka, "Przebaczamy i prosimy o przebaczenie". Orędzie biskupów polskich i odpowiedź niemieckiego episkopatu z 1965 r. Geneza. Kontekst, Spuścizna (Olsztyn 2006).  

Autorzy tego opracowania jednoznacznie wskazują, że poza Memoriałem ogłoszonym przez Kościół ewangelicki strona niemiecka nie podjęła żadnej znaczącej inicjatywy mającej na celu rozpoczęcie procesu pojednania polsko-niemieckiego. Takich kroków nie podjął niemiecki Kościół katolicki, takich kroków nie podjął rząd Adenauera. List biskupów polskich do niemieckich od początku do końca był inicjatywą polską, w żaden sposób niesprowokowaną przez "wieloletnie starania strony niemieckiej". W liście tym biskupi polscy zapraszali przedstawicieli niemieckiego episkopatu do udziału w centralnych uroczystościach milenijnych na Jasnej Górze. Jednocześnie list miał doprowadzić do pojednania między obydwoma narodami, tak aby w ten sposób przygotować Polaków do obchodów Millenium chrztu Polski. 

Jak wskazują autorzy opracowania, inicjatywa pojednania na dobrą sprawę powinna była wyjść ze strony Niemiec. Tak się jednak nie stało. Co więcej:

"W porównaniu z tym krokiem biskupi niemieccy byli w swojej reakcji bardzo powściągliwi. Co prawda, przyjęli "z głębokim braterskim szacunkiem" wyciągniętą ku nim dłoń, ale nie była to reakcja adekwatna w stosunku do rewolucyjnej, łamiącej tabu i politycznie ryzykownej dla jego autorów prukursorskiej inicajatywy. W tekście brakowało gestu, zwrotu, który nadałby odpowiedzi wyjątkowy charakter. NIe przełamano żadnego społecznego tabu, nie żądano żadnej zmiany obowiązującego paradygmatu. (…) W związku z kwestią granicy niemieccy biskupi wyrazili jednynie życzenie, "by wszystkie nieszczęśliwe skutki wojny zostały przezwyciężone w sposób sprawiedliwy i zadowalający obie strony". Przy czym było jasne, że takie rozwiązanie nie istnieje" (tamże, s. 31). 

Taką reakcję ze strony biskupów niemieckich autorzy tłumaczą tym, że większość zachodnioniemieckiego społeczeństwa nie była gotowa pogodzić się z utratą ziem wschodnich. 

"Jak silny był opór wobec jakichkolwiek ustępstw, przekonało się kierownictwo Kościoła ewangelickiego po opublikowanoi swego Memoriału. Doszło wtedy do masowych, ostrych i przeważnie bardzo negatywnych reakcji wykraczających poza ramu wspólnoty ewangelickiej. Część wiernych zdystansowała się od kierownictwa swojego Kościoła, podniosła się fala wystąpień, rozprzestrzeniał się wewnątrzkościelny kryzys. Katoliccy biskupi mogli zakładać, że także w Kościele katolickim doszłoby do podobnej burzy w przypadku, gydyby wezwali do uznania granicy na Odrze i Nysie. Takie wystąpienie mogłoby również wywowałać kryzys w stosunkach Kościoła katolickiego z politykami CDU/CSU, którzy trwali przy żądaniu rewizji granic" (tamże, s. 30-31).   

Zdaniem autorów książki, biskupi niemieccy w ogóle nie byli zachwyceni polską inicjatywą. Co więcej, twierdzą oni, że list polskich biskupów został potraktowany jako wyraz … polskiego nacjonalizmu. Kerski, Kycia i Żurek powołują się na poufne postanowienie Episkopatu Niemiec z 3 grudnia 1965 roku, w którym stwierdzono, że "na twardą, nacjonalistyczną postawę polskich biskupów i wiernych nie należy reagować ostro, lecz z wciąż na nowo demonstrowaną życzliwością". Zdaniem autorów książki w "świetle powyższego cytatu powściągliwa odpowiedź niemieckiego episkopatu na Orędzie jawi się wręcz jako akt chrześcijańskiej wspaniałomyślności wobec kolejnego nacjonalistycznego wybryku polskich biskupów" (tamże, s. 38). Autorzy podsumowują to w ten sposób:

"Zadziwiająca jest również łatwość, z jaką strona niemiecka zarzucała polskiemu Kościołowi szowinizm. Ta beztrosko można ferować wyroki tylko wtedy, gdy samemu nie ma się specjalnego poczucia winy. Rzeczywiście: reakcje niemieckiej opinii publicznej na Orędzie wskazują, że niemała część niemieckiego społeczeństwa wciąż jeszcze była głęboko przekonana o tym, że winy Polaków wobec Niemców są dużo większe niż winy Niemców wobec Polaków. Kiedy posłanie dotarło do wiadomości publicznej, katoliccy wysiedleńcy z satysfakcją przyjęli do wiadomości nie propozycję przebaczenia, a prośbę o nie. Dla nich był to sygnał, że polski episkopat nareszcie jest gotów wyznać polską winę. Z tego punktu widzenia posłanie pojednania zostało zrozumiana jako późno wypełniony obowiązek polskich biskupów wobec niemieckiego Kościoła, a nie jako wielkoduszny gest polskich ofiar reżimu hitlerowskiego wobec Niemców. Zdaniem wielu niemieckich katolików na tym "spełnieniu obowiązku" spoczywał jednak cień "nacjonalistycznej" wizji historii polskich duchownych, która znalazła swój wyraz w liście" (tamże, s. 37). Autorzy także wskazują na wciąż obecne wśród przedstawicieli niemieckiego duchowieństwa poczucie wyższości. Ich zdaniem, nawet przy najlepszej woli niektórym z nich z wielkim trudem przychodziło "pożegnanie się ze stereotypem o cywilizacyjnej przepaści między zachodem i wschodem oraz z wyobrażeniem o roli Niemiec jako krzewiciela kultury na wschodzie"

Autorzy stwierdzają, że wbrew potocznemu mniemaniu wymiana listów z 1965 roku nie wywołała żadnego radykalnego zwrotu w stosunkach między polskim i niemieckim Kościołem. Wręcz przeciwnie, w następnych latach można było mówić o okresie stagnacji, jeśli nie wręcz regresu (s. 45). Prawdziwy kryzys nastąpił po dojściu do władzy w RFN SPD, kiedy to nowy kanclerz Niemiec, Willy Brandt zaczął prowadzić politykę zbliżenia między RFN a Związkiem Radzieckim. Polityka ta była torpedowana przez niemieckich chadeków. Dlatego też w 1970 roku Prymas Wyszyński wystosował list do przewodniczącego konferencji biskupów niemieckich Juliusa Döpfnera, w którym "stwierdził, że prowizoryczność organizacji kościelnej na "Ziemiach Odzyskanych" przypisuje się "hamującej działalności niemieckiego episkopatu", co niestety nie jest "postępem na drodze do pojednania i pokojowej współpracy" (tamże, s. 47). Niestety, jego prośba nie spotkała się ze zrozumieniem ze strony Döpnera. Natomiast pod koniec 1970 roku arcybiskup Kominek wystosował list otwarty do wszystkich chadeckich partii świata. Poddał w nich ostrej krytyce CDU/CSU.

"Jak stwierdził, obie partie w czasie swoich długich rządów nie uczyniły nic dla pojednania polsko-niemieckiego, a po utracie władzy zwalczały nową politykę pojednania prowadzoną przez socjalliberalną koalicję. Szczególnie wiele krytycznych uwag zebrali katoliccy politycy CDU/CSU, ponieważ nawet gdy z szeregów tych partii dochodziły jakieś pozytywne sygnały, to zawsze ze strony protestantów". "Kminek kończył swój list dramatycznie: "w ciągu nabliższych tygodni okaże się, czy niemiecki katolicki episkopat przełamie w tym historycznym momencie swoją powściągliwość i milczenie i wstrząśnie sumieniami decydentów, i czy politycy katoliccy nie skryją się za dyscypliną partyjną jak w 1933 roku przy głosowaniu nad ustawą o środkach nadzwyczajnych ochrony państwa" (s. 48). 

Autorzy wskazują, że ze względu na nieustępliwą pozycję niemieckiego episkopatu zawarty został "egzotyczny sojusz" między konserwatywnym prymasem Wyszyńskim i kierownictwem socjoliberalnej SPD, i to z pominięciem naturalnych sprzymierzeńców Wyszyńskiego, czyli biskupów niemieckich (s. 49). Ostatecznie w grudnia 1970 r. został zawarty traktat o normalizacji stosunków między RFN a PRL, niedługo potem Watykan uregulował stosunki kościelne w diecezjach na ziemiach odzyskanych. Kwestia granicy polsko-niemieckiej została więc uregulowana przez traktat, a nie jak mieli nadzieję Kominek i Wyszyński, w drodze aktu pojednania Kościołów. Nie niemieccy biskupi, a Willy Brandt przez swój gest uklęknięcia przed Pomnikiem Bohaterów Getta w Warszawie zainicjował pojednanie polsko–niemieckie (warto wiedzieć, że wielu członków CDU/CSU potraktowało ten gest jako zdradę stanu…) Postawa niemieckiego Kościoła katolickiego nie zmieniła się aż do lat 80. Między innymi w 1980 r. przedstawiciele ruchu Znak odrzucili zaproszenie na Katholikentag (Dzień katolików) w Berlinie, po tym jak prezydent Centralnego Komitetu Niemieckich Katolików (Zentralkomitee der deutschen Katholiken) Hans Maier wypowiedział się za oznaczaniem w atlasach szkolnych polsko-niemieckiej granicy z roku 1937 (tamże, s. 233). 

Prawdziwy "przełom" nastąpił w latach 80, kiedy to niemiecka strona zaczęła organizować pomoc humanitarną dla Polski. Do Niemców dotarło bowiem, iż bez Polski nie da się obalić komunizmu. (A bez obalenia komunizmu nie byłoby zjednoczenia Niemiec… Co moim zdaniem odgrywało decydującą rolę w procesie tak zwanego pojednania polsko-niemieckiego). 

W wywiadzie przeprowadzonym przez autorów książki z Władysławem Bartoszewskim czytamy: 

"W roku 1966 był Pan ponownie w RFN. Czy listy biskupów były tematem Pana dyskusji z niemieckiemi partnerami?" Odpowiedź: "Pytano mnie, co my, Polacy chcieliśmy przez to osiągnąć. "Przecież wiedzieliście, że biskupi są obywatelami Niemiec, że nie mogą się wypowiadać w sposób niezgodny z konstytucją o sprawach państwa, że nie są politykami." Dla mnie najważniejszym odkryciem było wtedy stwierdzenie, że rola Kościołów w Niemczech jest mniejsza niż w Polsce. Może, jeżeli chodzi o organizację inicjatyw charytatywnych jest ważna, ale biorąc pod uwagę wpływ na kształtowanie poglądów, to nie do końca. Pogłądy są kształtowane przez związki młodzieżowe, partie polityczne, grupy nacisku, związki zawodowe, landy, układy polityczne, a nie Kościoły" (tamże, S. 116-117). 

W dalszej części wywiadu Bartoszewski potwierdza, że to nie Kościoły, ale powstanie Solidarności przyczyniło się do przełomu w relacjach polsko-niemieckich. Natomiast  Bernhard Vogl w wywiadzie z redaktorami książki stwierdza: "Dopiero później zorientowano się, że dzięki Polsce można będzie rozsadzić komunistyczną Europę Wschodnią, jednak kiedy pojawiły się listy, nikt jeszcze o tym nie myślał" (s. 164).  

Jakie więc było ideologiczne tło pojednania polsko-niemieckiego, które na dobrą sprawą zaczęło być realizowane dopiero od lat 80? Moim zdaniem, była nim chęć stworzenia zjednoczonej Europy, której najważniejszym symbolem miało być zjednoczenie Niemiec i upadek Muru Berlińskiego.  Chodziło więc o czysto polityczny projekt, który niewiele miał i niewiele ma wspólnego z chrześcijaństwem. Dlatego też relacje między RP a RFN od samego początku były nacechowane jasną asymetrią. W końcu to Niemcy "wprowadzały nas do Europy", co stawiało nas na pozycji petenta, który musi okazywać wdzięczność za przyjęcie go do towarzystwa. Niemcy uznały się bowiem za eksperta od sprawy "europejskości" a nam przypisano rolę ucznia. W ten oto sposób pojednanie polsko-niemieckie zaczęło polegać na nawracaniu nas na europejskość przez elity RFN. Niemcom natomiast nawet do głowy nie przyszło, że może i oni mogliby nauczyć się czegoś od nas… Tym bardziej że, jak stwierdzają autorzy książki w wywiadzie z Władysławem Bartoszewskim: 

"Mamy wrażenie, że w stosunkach między Polakami i Niemcami, również między polskimi i niemieckimi elitami katolickimi panowała praktycznie przez cały czas dysproporcja nie tylko w zaangażowaniu na rzecz pojednania, ale w jakości refleksji na temat wzajemnych relacji. Przed chwilą potwierdził Pan nasze przypuszczenia o braku zainteresowania niemieckich partnerów manifestami PPN, wcześniej poinformował nas Pan, że nawet te gesty strony niemieckiej, które postrzegaliśmy jako jej wkład w symbolikę dialogu, jak wizyta u grobu Popiełuszki, czy Krzyżowa, były tak naprawdę inspirowane przez stronę polską". Odpowiedź: "Pocieszające jest, że dali się zainspirować". Redaktorzy: "Ale sami nie byli w stanie wypracować impulsów ożywiających dialog. To jest dramatyczny wniosek" (tamże, s. 121). 

Sprawa pojednania polsko-niemieckiego ma jeszcze jeden aspekt, o którym koniecznie należy wspomnieć. Proces ten był wspierany przez tak zwanych postępowych katolików, do których należeli tacy aktorzy polsko niemieckiego-pojednania jak Stanisław  Somma, Tadeusz Mazowiecki, Jerzy Turowicz, Władysław Bartoszewski, czy też Józefa Hennelowa. To oni utrzymywali kontakty z Niemcami, jeździli do RFN i działali na rzecz unormowania stosunków polsko-niemieckich. W  rozmowie autorów książki z Józefą Hennelową czytamy:  

"W roku 1989 czołowi przedstawiciele polskich i niemieckich katolików świeckich podpisali wspólny dokument, w którym zgodnie wypowiedzieli się w najtrudniejszych kwestiach stosunków polsko-niemieckich. Tymczasem w minionych piętnastu latach stanowiska zamiast jeszcze bardziej się zbliżyć, oddaliły się. Jak do tego doszło?" Odpowiedź: "Ma Pan na myśli deklarację podpisaną w pięćdziesiątą różnicę wybuchu II wojny światowej. Dokument te rzeczywiście oddaje olbrzymią zgodność sygnatariuszy, a wszystkie jego sformułowania są bardzo krzepiące. Ale proszę zwrócić uwagę, że w deklaracji tej pokazano również bardzo uczciwie, czego jeszcze brakuje, co powinno być naszym zdaniem zadaniem na przyszłość. Chyba tego zadania nie wypełniliśmy, po części dlatego, że przedwcześnie uwierzyliśmy w sukces, a także na skutek zaangażowania przede wszystkim w sytuację wewnętrzną naszych krajów, tak bardzo się w minionym piętnastoleciu zmieniających" (tamże, s. 199-200). 

Moim zdaniem, ta przedwczesna wiara w sukces, o której wspomniała Hennelowa, w dużej mierze wynikała z pewnej naiwności postępowych katolików, którzy chyba do dziś nie zrozumieli, że Niemcy już prawie całkowicie odcięły się od swoich chrześcijańskich korzeni (warto nadmienić, że w chyba żadnym innym europejskim kraju papież Benedykt XVI nie jest darzony tak wielką niechęcią jak w swojej własnej ojczyźnie). Sprawa pojednania polsko-niemieckiego jest więc także ściśle powiązana z kondycją posoborowego Kościoła katolickiego w Polsce, który często sam nie jest w stanie wytłumaczyć swoim wiernym różnic między oświeceniowymi hasłami wolności, równości i braterstwa a katolicką doktryną prawa naturalnego (również chadecka Fundacja Adenauera nie widzi większej różnicy między oświeceniowymi ideologiami demokracji i praw człowieka a katolicką koncepcją filozofii praktycznej). 

Budowanie zjednoczonej Europy nie jest jeszcze zakończonym projektem. W imię tak zwanych wartości europejskich zwalczany jest Kościół katolicki, jak również polska tradycja narodowa. To niemieckie fundacje współfinansują Krytykę Polityczną, Kampanię Przeciwko Homofobii, Nigdy Więcej oraz inne lewicowe projekty i inicjatywy. Fundacje te są przede wszystkim utrzymywane z budżetu federalnego RFN. Dla architektów Zjednoczonej Europy w końcu to właśnie polski katolicyzm uchodzi za przeszkodę na drodze do "polsko niemieckiego-pojednania" i "integracji europejskiej". Zgodnie z ich światopoglądem, polski katolicyzm musi być zwalczany bo rzekomo jest źródłem "tradycyjnego polskiego antysemityzmu", "nacjonalizmu", "konserwatyzmu" (czytaj: faszyzmu), homofobii, nietolerancji, i tak dalej. Czyli tego wszystkiego, co jest sprzeczne z "wartościami europejskimi". 

W celu obrony polskiego Kościoła i polskiej tradycji narodowej został zawarty strategiczny sojusz między Kościołem a Cerkwią. Czy niemiecki Kościół katolicki miałby odwagę tak otwarcie potępić zachodni demoliberalizm, jak to zrobiła Cerkiew? Obawiam się, że nie. Czy Polacy mogą więc znaleźć w Niemczech partnera do wspólnej walki przeciwko "wartościom europejskim"? Chyba nie. Dlaczego więc katolicy uwierzyli w to, że Polacy i Niemcy pojednali się na gruncie chrześcijaństwa? Liczę na to, że ostatnia inicjatywa polskiego duchowieństwa przypomni Polakom, że także i pojednanie polsko-niemieckie ciągle jeszcze jest otwartym projektem.  

7.30.2012

Europa narodów czy europejski kołchoz? Wybór należy do nas


Jeden z najważniejszych argumentów na rzecz stworzenia Unii Europejskiej opiera się na twierdzeniu, że tylko w ten sposób można zapewnić Europie pokój. Stworzenie nowych struktur politycznych miało (ma) w przekonaniu architektów UE zażegnać niebezpieczeństwo wojen, którymi nasz kontynent już wielokrotnie był targany. Zwolennicy integracji europejskiej dzielą się na tych, którzy życzą sobie UE w kształcie federacji narodowych państw, oraz takich, którzy dążą do stworzenia jednego scentralizowanego państwa europejskiego. Przyglądając się aktualnej sytuacji Unii, należy stwierdzić, że to ci drudzy  grają w niej pierwsze skrzypce. 

Unii Europejskiej prawdopodobnie nie byłoby bez II Wojny Światowej. Doświadczenie okrucieństw – i w gruncie rzeczy absurdalności –  tej wojny wywołało wśród Europejczyków pozytywne nastawienie do idei integracji europejskiej. W ten oto sposób połknęli oni przynętę, czyli nabrali przekonania, że państwa narodowe siłą rzeczy muszą prowadzić wojny i że likwidacja wojen możliwa jest tylko na drodze likwidacji państw narodowych. Niestety, mało kto zauważył, że takie postawienie sprawy ma bardzo konkretne korzenie ideologiczne.  

Twierdzenie, że państwa narodowe siłą rzeczy generują wojny, ma oczywiście marksowski rodowód. Lewica heglowska była (i jest) dialektyczną przeciwwagą dla heglowskiej prawicy, która uważała, że relacje między państwami nie opierają się na żadnej podstawie etycznej albo prawnej. Heglizm wyrastał z protestantyzmu, który radykalnie zrywał z ideą Christianitas jako ponadnarodowej i ponadpaństwowej wspólnoty chrześcijan. Kościoły protestanckie były jednocześnie wspólnotami państwowymi, a głowa państwa była także głową kościoła. Co więcej, Marcin Luter rozwinął tezę o istnieniu dwóch równoległych porządków, ziemskiego i wiecznego, przy czym z tego pierwszego wyeliminował etykę. Uznał on bowiem, że człowiek nie jest ani wolny, ani rozumny, w związku z czym, zbawienie nie może zależeć od uczynków. Jego zdaniem, w porządku doczesnym człowiek musi bezwolnie podporządkować się władzy państwowej, której zadaniem jest utrzymywanie porządku. Tym samym, Marcin Luter zwolnił zarówno poddanych, jak i władców z obowiązku przestrzegania zasad uniwersalnej etyki. Nie trudno się domyśleć, co wyniknęło z takiego postawienia sprawy. Droga do prowadzenia wojen stanęła otworem. 

Z otwarcia tej furtki szczególnie skorzystało państwo pruskie. W celu poszerzenia zakresu swojej władzy, przeprowadziło trzy "wojny zjednoczeniowe" (Einigungskriege), które doprowadziły do zjednoczenia Niemiec w 1871 r. Po podbiciu Niemiec Prusy ruszyły na podbój Europy. Obie wojny światowe także miały być czymś w rodzaju wojen zjednoczeniowych, za pomocą których Niemcy, pod swoim przywództwem próbowały dokonać zjednoczenia całego kontynentu. Na gruncie prawicowego heglizmu była to jedyna droga do zaprowadzenia "pokoju" w Europie. 

Państwo pruskie i prawica heglowska stały się przedmiotem nienawiści ze strony marksistów i socjalistów. Jednym z najważniejszych haseł lewicy heglowska był pacyfizm. Lewica heglowska swoją krytykę kierowała przeciwko instytucji państwa jako takiego, oraz imperializmu, jako sposobu uprawiania polityki zagranicznej przez państwa narodowe. Ideałem członków Międzynarodówki było stworzenie samoorganizujących się struktur, w których to narody oraz proletariat nie będą już przedmiotem ucisku. Warto zauważyć, że zdaniem np. Karola Marksa kapitalizm jest ściśle powiązany z państwowym imperializmem. Walka z kapitalizmem musiała więc dla niego, siłą rzeczy, oznaczać walkę z państwowym imperializmem. 

Ewolucja Unii Europejskiej napędzana jest przez proces dialektyczny zachodzący między lewicą i prawicą heglowską, a jego punktem dojścia jest ukonstytuowanie się nowego, panteistycznego kolektywu. Proces ten będzie trwał tak długo, jak długo potrwa proces eliminowania z gry katolicyzmu. Zgodnie z koncepcją cywilizacji łacińskiej opracowaną przez Feliksa Konecznego, istnienie wielu państw jest czymś pozytywnym, gdyż różnorodność jest wartością. Istnienie wielu państw nie musi przy tym oznaczać, że muszą one prowadzić między sobą nieustanne wojny. W sytuacji, gdyby przynależały one do cywilizacji łacińskiej – i rzeczywiście realizowały jej ideały – pokój mógłby zostać zapewniony. W dyskursie na temat UE argument ten właściwie nigdy nie jest podnoszony. Wynika to oczywiście z tego, że UE, w obecnym kształcie, budowana jest na gruzach cywilizacji łacińskiej. 

Jak już wyżej wspomniałam, ideologiczne legitymizacje walki z państwami narodowymi odwołują się do II Wojny Światowej, jako skutku istnienia państw narodowych. Dlatego też krytyka Unii Europejskiej w obecnym kształcie – czyli instytucji wymierzonej przeciwko państwom narodowym – musi być powiązana z obaleniem mitu, że II Wojna Światowa była wojną spowodowaną przez samo istnienie państw narodowych. Mit ten można moim zdaniem obalić za pomocą nauki Feliksa Konecznego o cywilizacjach.

II Wojna Światowa została rozpętana przez Niemcy, które uprzednio zostały podbite przez ideologię narodowego socjalizmu. U źródeł tej wojny leżał więc światopogląd, który była swoistą mieszanką prawicowego i lewicowego heglizmu, wierzeń germańskich i okultyzmu. Feliks Koneczny kwituje to stwierdzeniem: "W głowach niemieckich pomieszały się bez ładu i składu pierwiastki niewspółmierne, z których sklecono nowego Niemca, narodowego socjalistę. Sama nazwa pozbawiona jest sensu. Istny kołobłęd." (Feliks Koneczny, Cywilizacja bizantyńska, fragment: „Upadek bizantynizmu i neopoganizm”). II Wojna Światowa była wojną toczoną między różnymi cywilizacjami, a jednym z wrogów nazistów był świat łaciński. "Najpoważniejszy umysł niemiecki, stwierdziwszy, że hitleryzm jest dokończeniem pruskiego zwycięstwa nad duszą niemiecką, ostrzegał, że Hitler przygotowuje nową wojnę 30-letnią, która zamieni w ruiny całą Europę i że chrześcijaństwo czeka takie samo prześladowanie, jak żydów, a wojenne państwo totalne zabije ostatniego pasterza, który podniesie oczy ku gwieździe betlejemskiej." (Koneczny, tamże). W pracy "Prawa dziejowe oraz dodatek Bizantynizm niemiecki" Feliks Koneczny stanowczo podkreślał, że to nie naród niemiecki jest wrogiem narodu polskiego, tylko pruski bizantynizm, który podbił dusze i umysły wielu Niemców. 

Narodowy socjalizm w dużej mierze bezkrytycznie został przyjęty przez Niemców. Ale byli także i tacy Niemcy, którzy pragnęli, aby Niemcy pozostały wierne ideałowi cywilizacji łacińskiej. Należał do nich Anton Hilckman, niemiecki uczeń Feliksa Konecznego. Przyjrzyjmy się bliżej tej postaci. 

Anton Hilckman urodził się 4 marca 1900 roku w Westfalii. Jego rodzina wywodziła się ze środowisk katolickich Zachodnich Niemiec, które tradycyjnie były w opozycji do pruskich Niemiec Bismarcka. Twórczość Hilckmana można podzielić na dwa okresy, przed i po II Wojnie Światowej. W jego przedwojennej publicystyce głównym tematem była "walka z prusactwem (z „nieduchem pruskim" — „preußischer Ungeist") w Niemczech Republiki Weimarskiej oraz w sensie ogólnym z prusactwem, jako czynnikiem destrukcyjnym w historii nowożytnych Niemiec. Przy czym Hilckman nie ogranicza się tylko do prasy niemieckiej. Problem tożsamości narodu niemieckiego stara się wytłumaczyć innym narodom. W prasie polskiej publikuje szereg artykułów, m.in. w „Gazecie Olsztyńskiej" (organ mniejszości polskiej w Prusach Wschodnich), w których uwidacznia zakłamanie ówczesnej polityki prusko-niemieckiej w stosunku do Polaków na Warmii i Mazurach (w wyniku plebiscytów tereny te zostały przydzielone Prusom Wschodnim). Jednocześnie współtworzy ruch na rzecz łacińskich, wyswobodzonych z hegemonii pruskiej Niemiec. Lata trzydzieste to okres walki z następstwem „nieducha prusactwa" — narodowym socjalizmem, jak i emigracja do Włoch w roku 1933. Hilckman publikuje artykuły i rozprawy przedstawiające narodowy socjalizm, jako nową formę barbarzyńskiego pogaństwa, które zagraża narodom cywilizacji łacińskiej w Europie." ( Tomasz Stępień, Contra torrentem. Życie i twórczość Antona Hilckmana. 1900-1970, Człowiek w Kulturze, 17). Hilckman tworzył także artykuły poświęcone nauce o cywilizacjach, w których między innymi dezawuował błędy spengleryzmu. Już  w połowie lat 20. zetknął się on bowiem z nauką o cywilizacjach Feliksa Konecznego i został jego pierwszym uczniem.  

Podczas wizyty w swoim rodzinny mieście w 1940 roku Hilckman został aresztowany przez Gestapo. Pierwsze 10 miesięcy spędził w areszcie, po czym 16 maja 1941 został skazany na karę trzech lat pozbawienia wolności. Karę odbywał w wielu zakładach więziennych, między innymi w Salzburgu, Traustein, Monachium, Hof/Saale, Plauen, Chemnitz, Halle/Saale, Dessau, Magdeburgu, Berlinie, Hannoverze, Hamm, Bielefeldzie i Münster. Po odbyciu kary nie został wypuszczony na wolność, zamiast tego w kwietniu 1943 roku trafił do obozu koncentracyjnego Sachsenhausen. 6 lutego 1945 roku został przeniesiony do obozu w Buchenwaldzie, a następnie jego filii Langenstein-Zwieberge. W ostatnich dniach wojny więźniowie tego obozu zostali zapędzeni do tak zwanego marszu śmierci, ale Hilckmanowi udało się ukryć, dzięki czemu się uratował (większość więźniów nie przeżywała tych marszów). 11 kwietnia obóz został wyzwolony (za: Kerstin Kleinhaus,  Anton Hilckman. Ein deutscher Europär). Jak pisze Jędrzej Giertych, podczas swoich pobytów w obozach koncentracyjnych Anton Hilckman nawiązał wiele polskich przyjaźni i pogłębił zarówno swą znajomość spraw polskich, jak i polskiego języka… (J. Giertych, Anton Hilckman o Feliksie Konecznym. Notka od wydawców, w: F. Koneczny, O ład w historii, Wrocław 2004, s. 48) 

Po II Wojnie Światowej głównym motywem i celem działalności Hilckmana stało się rozwinięcie i propagowanie nauki o cywilizacjach Feliksa Konecznego. W 1946 objął profesurę na Uniwersytecie w Moguncji, gdzie prowadził instytut badań porównawczych nad cywilizacjami. Jędrzej Giertych podkreśla, że nauka Feliksa Konecznego o cywilizacjach przemówiła ideowo do Antoniego Hilckmana, a szczególnie "pogląd, że podstawą moralną i kulturalną życia Europy jest cywilizacja łacińska, której źródła są zarówno chrześcijańskie, jak antycznie rzymskie, że jedną z podstaw tej cywilizacji jest zasada, iż moralność obowiązuje nie tylko w życiu prywatnym, ale i w polityce, oraz że cywilizacja ta jest zagrożona przez wpływ rozkładowy oddziaływujących na życie Europy (a na życie Niemiec więcej niż innych europejskich narodów) cywilizacji obcych (…)" (J. Giertych, tamże, s. 48-49). 

Ważnym tematem jego działalności pisarskiej była także kwestia stosunków niemiecko-polskich. Uważał on bowiem, że kształt tych stosunków będzie miał decydujące znaczenie dla przyszłej Europy. Jego zdaniem "warunkiem pojednania polsko-niemieckiego jest poznanie Polski i polskości przez naród niemiecki, czyli wyswobodzenie się Niemiec z antypolskiej propagandy pruskiej ostatnich 200 lat. W tym celu Hilckman założył w roku 1962 stowarzyszenie „Amici Poloniae", temu służyły artykuły poświęcone Polsce, jak i starania o atmosferę filopolską w Niemczech." (T. Stępień, tamże). W jego przekonaniu, z zagadnieniem stosunków niemiecko-polskich związany jest także kształt procesu jednoczenia Europy. Hilckman był zwolennikiem koncepcji „Europy Ojczyzn", był federalistą nawiązującym do myśli Włodkowica i bpa von Ketteier. "W zjednoczonej Europie widział jedyną szansę zneutralizowania pruskich Niemiec. Wzór dla zjednoczonej Europy upatrywał w unii Polski i Litwy, walcząc jednocześnie z wszelkimi przejawami i zakusami „Paneuropy"" (T. Stępień, tamże).  

Jego walka o (autentyczne) polsko-niemieckie pojednanie na pewno także wynikała z tego, że sam jego mistrz, Feliks Koneczny, bardzo dużo wycierpiał ze strony Niemców: "Feliks Koneczny miał dwóch synów. Losy jego rodziny były wysoce tragiczne. Jego syn Czesław, sędzia Sądu Najwyższego w Warszawie, został w dniu 15 sierpnia 1944 roku zamordowany wraz z żoną w Warszawie przez wojsko niemieckie, w czasie tłumienia przez nie powstania warszawskiego. Jego młodszy syn, Stanisław, adwokat w Katowicach, aresztowany przez Niemców w Krakowie, w dniu 22 sierpnia 1943 roku za udział w polskim ruchu podziemnym, spędził z górą rok w różnych niemieckich więzieniach i został w dniu 23 października 1944 roku rozstrzelany w Brandenburgu nad Hawelą" (J. Giertych, Przedmowa, w: F. Koneczny, Cywilizacja bizantyńska, Londyn 1973, s. 11). 

Zarówno mistrz, jak i uczeń zapłacili więc wysoką cenę za swoje przywiązanie do wartości cywilizacji łacińskiej. Cywilizacji, którą tak zaciekle zwalczali opętani przez ideologię narodowego socjalizmu Niemcy. Jak wskazuje Tomasz Stępień, zadziwiające jest podobieństwo losów spuścizny Konecznego i Hilckmana. Po śmierci obydwaj – jak również ich dzieło – zostali wyeliminowani z życia publicznego i naukowego (T. Stępień, tamże). Nie dziwi to, zważywszy na fakt, że Europa już prawie zupełnie oderwała się od swoich łacińskich korzeni. 

W Europie toczy się wojna cywilizacyjna. Unia Europejska jest jednym z głównych aktorów tej wojny. Za pomocą skutecznej propagandy "przekonała" Europejczyków co do konieczności dalszego pogłębiania integracji europejskiej, i to w duchu lewackiego bizantynizmu. 

Toczy się także zaciekła wojna o dusze Polaków. Anton Hilckman doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że kształt polsko-niemieckiego  pojednania jest ściśle związany z kwestią sposobu jednoczenia się Europy. Aktualny przebieg tego "pojednania" to nic innego jak narzucanie Polakom tej formy cywilizacyjnej, która już w pełni zatriumfowała w RFN (mój tekst na ten temat: O polsko-niemieckim pojednaniu). Niestety, w tej chwili polsko-niemieckie "pojednanie" stało się prawdziwą pułapką: każdy, kto krytykuje przebieg tego "pojednania", traktowany jest jak nacjonalista i faszysta, który chce kolejnej wojny między Polską a Niemcami… 

Jak możemy wydostać się z tej pułapki? Moim zdaniem jest tylko jedna droga, a jest nią intensywne promowanie ideałów cywilizacji łacińskiej. Przede wszystkim należy ukazać Europie, jak wielką wartość posiada ta cywilizacja i że nie ma ona nic wspólnego z "faszyzmem"! W książce "Wojna cywilizacji w Europie" (http://opoka.giertych.pl/ksiazka2_POL.pdf) Maciej Giertych pisze: "W języku polskim wyraz „Naród” ma szczególne znaczenie, nieznane innym językom.(…) Narodu nie stworzy się sztucznie. Naród powstaje z poczucia wolności obywatelskiej i wspólnej woli, a więc z parcia oddolnego ku zbiorowej, wspólnej organizacji w zgodzie z określoną tradycją. Koneczny definiuje naród jako zrzeszenie cywilizacyjne, personalistyczne, posiadające ojczyznę i język ojczysty. (…)Nie ma narodu bez historii, bez troski o zachowanie i wzbogacenie dziedzictwa dla przyszłych pokoleń: tę troskę nazywamy patriotyzmem. Patriotyzm to dążenie do wzbogacenia narodu poprzez własną pracę, wysiłek intelektualny i gotowość do poświęceń i obrony narodowego dziedzictwa. Taka postawa nie jest zagrożeniem dla sąsiadów. Sąsiadujące patriotyzmy to pokój wieczysty. Gdy naród dąży do wzbogacenia kosztem innych, kosztem sąsiadów, ludów podbitych czy zwasalizowanych, to już nie jest to patriotyzmem, ale jego patologią i wypaczeniem poczucia narodowego. (…) Polskie rozumienie pojęcia narodu to określona wartość godna pielęgnacji. To coś bardzo konkretnego, bardzo pozytywnego i szlachetnego, co powinniśmy nieść w świat jako naszą ideę eksportową. Polskie poczucie narodowe jest czymś zupełnie innym niż nacjonalizm rozumiany jako nienawiść tego, co obce. Nasze podkreślanie cnót narodowych jest często, w wyniku błędnych tłumaczeń, źle rozumiane na Zachodzie jako nacjonalizm. Tymczasem nie ma z nim nic wspólnego. Koneczny uważał cywilizację łacińską za najwyższą, gdyż jest najbardziej wymagająca wobec swoich członków. Gdy nie jest broniona, gdy nie czyni się wysiłków by ją promować, niższe, to znaczy mniej wymagające cywilizacje, zwyciężą. Próby łączenia cywilizacji i tworzenie ich syntezy, prowadzą do stanu acywilizacyjnego, a ostatecznie do zwycięstwa tej najniższej. By wymagająca cywilizacja przetrwała, musi być świadomie broniona i promowana. Trzeba czynić wysiłki, by inni zaakceptowali wartości, na których jest oparta. To wymaga misyjnej gorliwości. Koneczny uważał również, że koncepcja narodu jest najwyżej rozwinięta w narodzie polskim i apelował, abyśmy szerzyli jej rozumienie wśród innych".
 
W Niemczech ideały cywilizacji łacińskiej propagował Anton Hilckman. Jego dzieło, niestety, do dziś pozostaje zapomniane. Na szczęście, w ubiegłym roku Tomasz Stępień opublikował sporą część jego dorobku w serii wydawniczej  "Ad Fontes. Schriften zur Philosophie" (wydawnictwo Peter Lang), której redaktorem jest polski filozof prawa, ks. prof. Tadeusz Guz. (Dane bibliograficzne tej pozycji: Anton Hilckman: Gesamte Werke. Schriften zur Kulturwissenschaft. Teil 1: Die Wissenschaft von den Kulturen. Bearbeitet, kommentiert und herausgegeben von Tomasz Stępień, oraz Anton Hilckman: Gesamte Werke. Schriften zur Kulturwissenschaft. Teil 2: Grundlagen des Abendlandes, 2011). Ale to dopiero początek długiej, długiej drogi… 

Polska będzie mogła promować ideały cywilizacji łacińskiej, tylko wtedy, kiedy sama na nowo je sobie przyswoi. Niestety, tendencja jest dokładnie odwrotna. Polska sama się od nich oddala. W tekście "Wielka polska powieść czyli jak odkolonizować polszczyznę" Ewa Thomspon pisze: “Polszczyznę trzeba odkolonizować i wydobyć z niej jej potencjał. Mimo że pole systemowe uszkodzono tysiące razy – to pole systemowe, które było kiedyś, w czasach renesansu i baroku, całkowicie nowe, lśniące i gotowe do użytku. (…)Myślę, że logocentryzm polskiej kultury mógłby tu poprosić o głos. Polski historyczny Weltanschauung, który zakłada, że wszechświat jest w jakiś sposób uporządkowany i że kategorii takich jak dobro i zło nie da się zrelatywizować. Jakże bowiem bez tych kategorii nazwać prawidłowo mordy, kłamstwa i fałszerstwa, z których pomimo wszystko wyłania się godność, nadana ludzkości przez Boga. To, że wśród Polaków nieświadomy często logocentryzm wciąż gra znaczącą rolę, powinno być źródłem inspiracji – tak jak predylekcja do wolności. (…) Czekam więc na „zmarmurzającą” polską rzeczywistość wielką powieść, zanim kruki i wrony rozdziobią polski Weltanschauung“ ( Ewa Thompson: Wielka polska powieść czyli jak odkolonizować polszczyznę). 

Podsumowując, należy stwierdzić, że ślepe i bezkrytyczne zapatrzenie Polaków w UE wynika nie tylko z tego, że ich myślenie jest przesiąknięte propagandą "europejską", lecz także i komunistyczną. Sposób interpretowania przez Polaków  II Wojny Światowej, jak i hitleryzmu ciągle bowiem skażony jest marksistowsko-leninowskim "Weltanschauung". To właśnie lewicowy dyskurs antyfaszystowsko-pacyfistyczny zdominował polską świadomość historyczną. Dokładnie ten sam dyskurs dominuje we współczesnej Europie. Jeśli więc chcemy powrócić do ideałów cywilizacji łacińskiej, musimy spojrzeć na narodowy socjalizm i II Wojnę Światową przez pryzmat nauki o cywilizacjach Konecznego. Taki musi być też punkt wyjścia do stworzenia przez nas alternatywnej koncepcji Europy: zjednoczonej cywilizacją łacińską Europy narodów.

6.06.2012

Niemieckie poczucie skruchy: fantom?


Wydaną w 1949 r. pracę „Religia starogermańska i jej aktualne znaczenie w Niemczech” Leon Halban kończy takimi oto słowami: 

Tak jak po roku 1918 zdaje się, że nie powiodą się i tym razem próby wzbudzenia w Niemcach poczucia winy i skruchy, poza kołami, które nie ulegały sugestii barbarzyństwa, a oddawna nie posiadały i nie wywierały dostatecznego wpływu na większość społeczeństwa. W myśl wsączanej wszelkimi drogami doktryny prawdziwemu Germaninowi obcym jest przecież, określany jako znamię niższej rasy poczucie grzechu i wyrzuty sumienia. Natomiast tak jak po poprzedniej wojnie i tym razem wzrastać będzie poczucie krzywdy. Bo przecież dla bohatera germańskiego i nadczłowieka jest krzywdą nieuzyskanie tego, czego pożąda. Zbrodnią przy tym wobec niego jest stawianie oporu jego woli, w której przejawia się nakaz bogów, opatrzności czy niemieckiego boga. Bo przecież, jak poucza nie tylko profesor Bergman, człowiek niemiecki, a naturalnie w jeszcze wyższym stopniu cały lud: „jest naprawdę i prawdziwie Bogiem”.  (Die Deutsche Nationalkirche str.112).” 

Przyglądając się umieszczonej na stronie „Centrum Przeciwko Wypędzeniom” kronice „wypędzeń” XX wieku, trudno nie poddać się smutnej refleksji, że prof. Halban niestety miał rację. Tabela, która podaje liczby ofiar poszczególnych „wypędzeń” (http://www.z-g-v.de/aktuelles/?id=58) jest bowiem tak skonstruowana, że jednoznacznie z niej wynika, że największą ofiarą „wypędzeń” dokonanych w Europie XX wieku są właśnie Niemcy. Zbrodnie dokonane przez Niemców natomiast są konsekwentnie pomniejszane. 

I tak, przykładowo, zgodnie z tabelą w latach 1933-41 zostało „wypędzonych” 350 tys., a w latach 1939-45 6 milionów Żydów. Ofiary obozów koncentracyjnych są więc także „wypędzonymi”. Jeśli chodzi o Polaków „wypędzonych” przez Niemców w czasie II Wojny Światowej, to tabela podaje tylko liczbę ofiar „wypędzeń” dokonanych od października 1939 do marca 1941. Liczba ta szacowana jest na 460 tys. I to wszystko. Wiele polskich ofiar obozów koncentracyjnych prawdopodobnie nie jest więc „wypędzonymi”, podobnie jak wielu polskich robotników przymusowych. Ich liczba przekracza 460 tys. Wypędzonymi nie są mieszkańcy Warszawy, którzy po powstaniu musieli opuścić miasto (zgodnie z tabelą niemieckie wypędzenie zakończyły się w 1941 r.) W tabeli brakuje także innych ofiar niemieckich akcji, mających na celu planową eksterminację całych narodów, jak np. Rosjan czy Białorusinów. W tabeli nie pojawiają się, poza 60 tys. Słoweńców i 460 tys. Polaków, żadne inne słowiańskie ofiary niemieckich zbrodni. Okazuje się więc, że ofiary Generalnego Planu Wschód nie są „wypędzonymi”.

Jak natomiast wygląda sprawa Niemców? Zgodnie z tabelą, w XX wieku zostało „wypędzonych” 14.607.000 Niemców, co stawia ich na pierwszym miejscu pod względem liczby ofiar „wypędzeń” dokonanych w XX wieku. 

Wykreowanie Niemców na największe ofiary XX wieku nie byłoby możliwe bez przeprowadzenia  manipulacji  wokół definicji samego pojęcia „wypędzeń”. Twórcy Centrum bowiem na równi stawiają  przymusową deportację Niemców z Holokaustem czy też  zbrodniami popełnionymi przez Niemców na Polakach i innych Słowianach. A wydarzenia te różnią się między sobą w sposób zasadniczy. W przypadku Holokaustu, jak również zbrodni dokonywanych przez Niemców na Słowianach, chodziło o celowe i planowe niszczenie całych narodów. Żydzi, Polacy, Rosjanie i inni stali się ofiarami brutalnej eksterminacji, ewentualnie robiono z nich niewolniczą siłę roboczą pracującą dla niemieckich „panów”. Jak wygląda natomiast sprawa niemieckich „wypędzonych”? Niemcy byli przymusowo deportowani do Niemiec, czego prawną podstawę stanowiły postanowienia poczdamskie. Ponadto niemieccy „wypędzeni” dostali odpowiednie odszkodowania od swojego własnego państwa. Przede wszystkim jednak, to Niemcy rozpętali całe to piekło...

Wizji historii przedstawianej przez twórców Centrum nie podziela zdecydowana większość ich rodaków. Jeszcze. Twórcy Centrum chcą to bowiem zmienić. Budowa Centrum ma na celu zmianę narodowej świadomości Niemców, która w odczuciu jego pomysłodawców jest świadomością fałszywą. Dlatego też Centrum stać się ma miejscem edukacji patriotycznej, do którego np. przyprowadzana będzie młodzież szkolna. W ten oto sposób w Niemcach ma zostać wzbudzone poczucie krzywdy i chęć dokonania zemsty na „oprawcach” narodu niemieckiego (czyli przede wszystkim na Polakach). 

Na takim właśnie poczuciu krzywdy została zbudowana ideologia Narodowego Socjalizmu. W oparciu o takie poczucie krzywdy ma zostać dokonane kolejne wcielenie się tego samego demona w naród niemiecki.

Obyśmy tym razem nie dopuścili do tego...