Wielu bacznych obserwatorów życia
politycznego III RP na pewno zadaje sobie pytanie o to, dlaczego – wbrew
konsekwentnie prowadzonej przez władze naszego państwa antypatriotycznej polityce – zostało
ustanowione święto państwowe na cześć tzw. Żołnierzy Wyklętych. Co
więcej, jest to promocja swoistego ich kultu. Na pierwszy rzut oka
można by przypuszczać, że chodzi o to, by dać Polakom jakąś nieszkodliwą
namiastkę patriotyzmu. Jednakże po głębszym zastanowieniu się trudno nie
dostrzec, iż taka forma patriotyzmu jest propagowana właśnie dlatego, że ma ona
na trwałe szkodzić Polsce. Mamy tutaj
bowiem do czynienia z celowymi działaniami wychowawczymi (w rozumieniu
socjocybernetyki), które mają u Polaków wytworzyć postawy, które są szkodliwe z
punktu widzenia interesów narodu polskiego. Po pierwsze, działania te mają
służyć „podtrzymaniu przy życiu” stereotypu męczennika, który jest dominującym
stereotypem patriotyzmu w społeczeństwie polskim. Związany jest z nim kult
tych, którzy w imię racji moralnych przegrali walkę polityczną. Po drugie,
działania te mają wzmocnić panującą w Polsce ideologię antykomunizmu. Po
trzecie, kult ten ma także na celu podtrzymanie w społeczeństwie polskim
rusofobii.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka historyczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka historyczna. Pokaż wszystkie posty
4.02.2014
10.19.2013
RFN dąży do zatarcia się śladów zbrodni niemieckich?
W
związku z obchodami 70. rocznicy wybuchu powstania w niemieckim
nazistowskim obozie zagłady Sobibór, 14 października b.r.
Międzynarodowy Komitet Oświęcimski/Auschwitz zaapelował do rządu
Niemiec o wsparcie prac przy zachowaniu miejsca pamięci, w którym
zginęło ponad 250 tys. ludzi.
Apel
związany jest z tym, że do tej pory strona niemiecka nie wyraziła
specjalnego zainteresowania wsparciem projektu mającym na celu
upamiętnienie zbrodni popełnionych przez Niemców w tym obozie.
5.04.2013
Kilka refleksji na temat przyszłości Polonii – relacja z sympozjum „Instytutu Polonicus” w Akwizgranie
27
kwietnia w Sali Koronacyjnej Karola Wielkiego akwizgrańskiego ratusza
odbyło się sympozjum zorganizowane przez Instytut Polonicus (mający
swoją siedzibę właśnie w Akwizgranie). Sympozjum zostało uwieńczone
uroczystą galą wręczenia nagród Polonii w Europie POLONICUS 2013.
Język polski i gospodarka
W
ramach sympozjum odbyły się trzy panele dyskusyjne. Panel I pt. „Język
ojczysty w służbie polskiej kulturze” poświęcony został problematyce
utrzymania tożsamości kultury przez własny język. Główną postacią tej
części sympozjum był prof. Władysław Miodunka z Uniwersytetu
Jagiellońskiego, który stworzył pierwszy na świecie naukowy ośrodek
badawczy w zakresie nauczania języka polskiego. Za swój wkład w
popularyzowanie języka polskiego w świecie został odznaczony nagrodą
POLONICUS 2013 w kategorii „Kultura”.
Panel
II dotyczył problematyki organizacji polskich w Niemczech i w Europie. Z
racji tego, że chciałabym poświęcić mu więcej uwagi, przejdę od razu do
krótkiego omówienia panelu III pt. „Polskie diamenty w niemieckiej
gospodarce”. Ta część sympozjum została zorganizowana przez Wydział
Gospodarczy Konsulatu RP w Kolonii. Panel otworzył konsul Stanisław
Hebda, który wygłosił referat pt. „Osiągnięcia bussinesowe Polaków w
Europie” . Obraz sytuacji gospodarczej Polski nakreślony w jego
wystąpieniu był , nazwijmy to, huraoptymistyczny . Słuchacze mieli
bowiem okazję dowiedzieć się tego, że Polska pod względem ekonomicznym
nie tylko gra w pierwszej lidze europejskiej, ale stanowi wręcz nowe
centrum europejskiej gospodarki, gdyż przyciąga wielu inwestorów. Taką
uprzywilejowaną pozycję zawdzięczamy rzekomo temu, że nasz kraj
zamieszkuje wyjątkowo młode społeczeństwo, co ma się odpowiednio
przekładać na ekonomiczne wyniki Polski. Atutem polskiej gospodarki jest
także jej wysoka innowacyjność, jak również duża liczba absolwentów
kierunków informatycznych. Konsul Hebda wskazał na to, że między
Frankfurtem a Moskwą, w żadnym mieście nie ma tylu filii
międzynarodowych instytucji finansowych co w Warszawie. Wskazał także na
to, że Polska, obok Brazylii, Indii czy Chin, jest jednym z
najważniejszych państw, w których lokowane są projekty outsourcingowe.
Pracę kierowanego przez siebie wydziału określił jako „budowanie
mostów”, po to, by oba państwa, a więc Polska i Niemcy, odnosiły
wzajemne korzyści ze współpracy gospodarczej.
Po referacie pana konsula odbyła się debata z udziałem kilku Polaków, którzy osiągnęli wysokie pozycje w niemieckich firmach, oraz niemieckiego przedstawiciela firmy Solaris, która jest obecna na rynku niemieckim. Swoje przemówienie pan konsul wygłosił po niemiecku, także i debata odbywała się w tym języku.
Pozwalając sobie na kilka słów komentarza, chciałabym stwierdzić, że przemówienie konsula Hebdy stanowiłoby dobry PR dla Polski w sytuacji, gdyby na sali znajdowali się niemieccy biznesmeni i politycy. Słuchaczami jego wystąpienie byli jednakże Polacy, którzy zdają sobie sprawę choćby z takich faktów jak ten, że wielu młodych rodaków wyjeżdża z Polski, w tym część prawdopodobnie na stałe. Zagraniczne instytucje finansowe czy też realizatorzy projektów outsourcingowych w dalszym ciągu nie zdołali zbudować silnej polskiej gospodarki narodowej, szczególnie w sytuacji, gdy bilans handlu zagranicznego Polski (przede wszystkim w relacjach z RFN) jest ujemny. Również i debata panelowa mogłaby stanowić dobry PR dla niemieckiej publiczności, gdyż wzięli w niej udział Polacy, którym udało się osiągnąć sukces w niemieckich firmach oraz na niemieckim rynku. Należy mieć więc nadzieję, że Wydział Gospodarczy Konsulatu RP w Kolonii będzie regularnie organizował tego typu imprezy dla niemieckich odbiorców.
Organizacje polonijne
Z
punktu widzenia interesu Polonii najbardziej informatywną częścią był
panel II, który jak już wspomniałam, poświęcony został kwestii sieci
organizacji polskich w Niemczech i w Europie. W referacie sporządzonym
przez Michała Nowosielskiego, eksperta ds. polskiej emigracji w
Instytucie Zachodnim w Poznaniu, a odczytanym przez pana Wiesława
Lewickiego (prezesa Polregio e.V. i Institutu Polonicus) wskazano na
najważniejsze przyczyny słabości polskich organizacji polonijnych w
Niemczech. Wymieniono między innymi kwestię braku współpracy między
Polonią a organizacjami innych grup etnicznych. Współpraca taka mogłaby
się przyczynić do skuteczniejszego wywierania nacisku na niemiecką
administrację. Poruszona została także kwestia braku masowych
organizacji polonijnych. Zwrócono także uwagę na brak zainteresowania
organizacjami polonijnymi ze strony młodych Polaków. Wskazano na to, że w
aktualnej sytuacji politycznej i społecznej uczestnictwo w
organizacjach masowych jest mało atrakcyjne, na znaczeniu zyskują
natomiast organizacje, które zajmują się realizacją bardziej
skonkretyzowanych celów. Ta ostatnia kwestia stała się przedmiotem
pierwszego pytania, które pan Lewicki zadał uczestnikom moderowanej
przez siebie debaty panelowej. W debacie tej wzięli udział: Józef
Malinowski, przewodniczący Związku Polaków w Niemczech spod Znaku Rodła;
Aleksander Zając, prezes Polskiej Rady w Niemczech i kierownik biura
Polonii w Berlinie; Basil Kerski, dyrektor Centrum Solidarności w
Gdańsku, redaktor naczelny magazynu „Dialog”; Roman Śmigielski,
sekretarz generalny Europejskiej Unii Wspólnot Polonijnych (EUWP).
Józef
Malinowski wskazał na to, że najważniejszym celem kierowanej przez
niego instytucji jest opiekowanie się Domem Polskim w Bochum oraz
stworzenie w nim centrum dokumentacji historii Polaków w Niemczech.
Planowane centrum to efekt programu współpracy, jaki parlamenty Polski i
Niemiec uchwaliły w 2011 r., w dwudziestą rocznicę podpisania
polsko-niemieckiego „Traktatu o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej
współpracy”.
Roman
Śmigielski wskazał na to, że paradoksalnie, sytuacja Polonii na
zachodzie jest gorsza niż na wschodzie. Taki stan rzeczy wynika między
innymi z tego, że do 1989 r. Polacy koncentrowali się na walce o wolność
swojej ojczyzny, natomiast po przełomie zabrakło nowej koncepcji dla
organizacji polonijnych. Taka koncepcja do dziś nie została wypracowana,
a kadry tych organizacji po prostu się starzeją. Brak zainteresowania
organizacjami polonijnymi ze strony nowych emigrantów wynika także z
tego, że wielu z ich przedstawicieli traktuje pobyt za granicą jako
emigrację czasową. Jak słusznie zauważył pan Śmigielski, subiektywne
postrzeganie własnej sytuacji często rozmywa się z obiektywnym stanem
rzeczy, gdyż wiele z tych osób przebywa za granicą już 9 lat i nic nie
wskazuje na to, żeby w najbliższym czasie miały one wrócić do kraju.
Zdaniem Śmigielskiego, Polacy działający w Polonii powinni silniej
otworzyć się na środowisko, w którym przebywają, tzn. nie zamykać się „w
swojej twierdzy”. Powinni także udzielać się politycznie, przede
wszystkim poprzez partycypowanie w wyborach lokalnych czy też
parlamentarnych. Jego zdaniem, każdy wybrany Polak wzmacnia pozycję
Polonii w danym środowisku.
Basil
Kerski wskazał na to, że Polakom brakuje umiejętności skutecznego
uprawiania polityki, szczególnie, jeśli się nas porówna z Niemcami. Jego
zdaniem, Polacy powinni brać przykład z Niemców, jeśli chodzi o
umiejętność pogodzenia swojej narodowej tożsamości z koncepcją
społeczeństwa pluralistycznego. Wskazał przy tym na niemiecką mniejszość
w Polsce, która w jego przekonaniu, potrafi łączyć swoją niemiecką
tożsamość z polskością. Kerski podkreślił, że Polonia powinna wzmocnić
swoją kompetencję kulturową. Promowanie polskości powinno odbywać się w
szkołach i innych instytucjach kształtujących kulturę. Nieobecność
Polonii w procesach kulturotwórczych skutkuje bowiem polityczną
słabością Polaków w Niemczech.
Aleksander
Zając przedstawił sytuację biura Polonii w Berlinie. Biuro powstało w
połowie ubiegłego roku i także jest wynikiem ustaleń obrad
polsko-niemieckiego "okrągłego stołu" i wspomnianego już „Wspólnego
Oświadczenia” z dnia 12 czerwca 2011. Biuro Polonii oraz tworzony przez
nie Portal Polonia Viva finansowane są ze środków Rządu Federalnego
Niemiec. Pan Zając wskazał na trudności, z jakimi boryka się biuro.
Przede wszystkim chodzi o różnice między Polonią a RFN, dotyczące
koncepcji prac biura. Niemieckie MSW postrzega biuro jako instytucję,
która ma pełnić wyłącznie funkcje reprezentatywne i informacyjne, a
także wspierać pracę organizacji polonijnych. Ostatecznie wszystko
rozbija się o stopień niezależności tej instytucji, który zgodnie z
życzeniem władz niemieckich nie powinien być zbyt wysoki, co jest nie do
przyjęcia dla Polonii. Ze względu na niemożność znalezienia wspólnego
rozwiązania tej kwestii, nie ruszyło jeszcze finansowanie biura na
bieżący rok (na marginesie warto przypomnieć sprawę, która nie była
poruszana w dyskusji, a dotyczy umiejscowienia biura w niemieckim
budynku rządowym. Oznacza to, że strona niemiecka może w łatwiejszy
sposób kontrolować poczynania biura). Pan Zając wspomniał o tym, że
został uruchomiony telefon porad prawnych oraz porad psychologicznych.
Telefon nie jest finansowany ze środków RFN (konsultanci znajdują się
także poza biurem), ale jego funkcjonowanie jest krytykowane przez
stronę niemiecką, gdyż jej zdaniem, takie linie telefoniczne powinny
prowadzić polskie placówki dyplomatyczne. Pan Zając zapowiedział, że w
polskich konsulatach zostanie przeprowadzony cykl szkoleń dotyczących
przygotowywania i przeprowadzania projektów. Wskazał na to, że
organizacje polonijne nie potrafią skutecznie starać się o granty na
przeprowadzanie takich projektów. Na tym polu przegrywają z
organizacjami niemieckimi, które w tej kwestii dysponują większym
doświadczeniem oraz wsparciem logistycznym. P. Zając wspomniał także o
tym, że realizowany jest plan ustanowienia landowych pełnomocników do
spraw Polonii.
Podczas
dyskusji została wspomniana także sprawa redystrybucji środków
przyznawanych przez RFN na działalność Polonii (300 tys. euro rocznie).
Uczestnicy panelu krytykowali władze RFN za to, że nie ujawniają
informacji o tym, komu przyznawane są te środki. Brak transparencji w
tej kwestii prowadzi do wzrostu antagonizmów między poszczególnymi
środowiskami polonijnymi. Wspomniana została także sprawa szkolnictwa
polskiego – albo raczej jego braku – w RFN. Z sali padł również zarzut
pod adresem organizacji polonijnych za brak jakiejkolwiek reakcji z ich
strony na sprawę filmu „Nasze matki, nasi ojcowie”.
Wieczorem,
po zakończeniu sympozjum, odbyła się uroczysta gala, podczas której
wręczone zostały nagrody POLONICUS 2013. Wśród laureatów znaleźli się
wspomniany już prof. Władysław Miodunka, Basil Kerski (w kategorii
„dialog polsko-niemiecki”), Maria i Czesław Gołębiewscy, właściciele
restauracji „Gdańska” w Oberhausen (kategoria „organizacja życia
polonijnego”) oraz Andrzej Wajda (laureat nagrody honorowej).
Nowa idea polskości?
Gdy
przysłuchiwałam się debacie panelowej poświęconej sprawie organizacji
polonijnych, nasunęła mi się pewna refleksja, którą chciałabym się
podzielić z Czytelnikami. Moim zdaniem, podstawowym problemem
niemieckiej – a prawdopodobnie i całej zachodnioeuropejskiej – Polonii
nie jest słabość struktur, ale brak idei, propagowaniu której miałyby
służyć te instytucje. Konkretnie chodzi tutaj o ideę polskości. W swoim
przemówieniu konsul Hebda wspomniał o tym, że w żadnym innym państwie
europejskim nie istnieje tak silne utożsamianie się z ideą
europejskości, jak w Polsce.
Moim zdaniem, taki stan rzeczy bynajmniej nie jest wynikiem spontanicznych procesów kulturotwórczych, ale planowo i systematycznie przeprowadzonej akcji dekonstruowania świadomości narodowej Polaków i zastępowania jej przez nową, europejską tożsamość (na wschodzie Polacy nie zostali poddani procesowi „nawracania na europejskość”, stąd też ich świadomość narodowa jest silniejsza). Za pomocą zachodnich fundacji i organizacji (w tym przede wszystkim niemieckich), jak również polskich mediów i instytucji, ściśle współpracujących z zachodnimi organizacjami (przede wszystkim należy wymienić Gazetę Wyborczą), realizowany jest program inżynierii społecznej, którego celem jest stworzenie „Polaka nowoczesnego”, czyli takiego, który odcina się od polskiego katolicko-narodowego dziedzictwa kulturowego.
Przy
pomocy metod sterowania społecznego stworzony został negatywny
stereotyp Polaka jako ksenofoba, nacjonalisty, homofoba, antysemity,
biedaka i życiowego nieudacznika, który pod każdym względem, z takich
czy innych powodów, jest „podejrzany”. Jednocześnie stworzony został
stereotyp pozytywny „Polaka nowoczesnego”, czyli Europejczyka, który
wyznaje „wartości europejskie”, nie zadając sobie przy tym pytania o
źródło i wykładnie tych wartości. Stereotyp pozytywny „Polaka
nowoczesnego” został jednocześnie tak skonstruowany, że Polacy pełnią w
nim rolę zupełnie bierną, to znaczy, są przedstawiani jako naród
cywilizacyjnie zacofany, który na swój awans kulturowy może zasłużyć
jedynie poprzez bezkrytyczne przyjęcie tego, co narody „bardziej
dojrzałe” (jak np. RFN) uznają za właściwe. Ze względu na brak polskich
opiniotwórczych i kulturotwórczych elit (te zostały wymordowane podczas
II WŚ oraz w czasach stalinowskich, albo zneutralizowane w inny sposób)
proces przebudowywania polskiej tożsamości przez ośrodki zagraniczne
oraz współpracujące z nimi ośrodki polskie mógł przebiec w sposób
niezakłócony (podczas dyskusji Basil Kerski wspomniał o tym, że
kierowane przez niego polsko-niemieckie czasopismo Dialog zostało
założone w 1987 r. przez Niemca, który nie znał języka polskiego. Także i
to pismo służy konstruowaniu nowej świadomości Polaków, zgodnie z
wytycznymi niemieckich ośrodków kulturotwórczych). W efekcie, młodzi
Polacy wstydzą się swojej polskości i za wszelką cenę chcą być tacy jak
„inni”. Jednocześnie nie znają polskiej kultury i historii, więc de
facto wstydzą się czegoś, czego nie znają (co wskazuje na to, że mamy
do czynienia z manipulacją). Wiedza mająca służyć rozwojowi polskiego
patriotyzmu jest coraz ściślej limitowana i coraz bardziej zacieśniana
do dziedzictwa Solidarności (w tym kontekście należy wspomnieć o
kierowanym przez Basila Kerskiego Centrum Solidarności w Gdańsku). Już
nawet wokół walki AK przeciwko „nazistom” tworzony jest negatywny
stereotyp antysemityzmu (podczas gdy coraz więcej mówi się o niemieckim
ruchu oporu i wpaja Niemcom dumę z ich historii).
Istnienie
tych dwóch stereotypów w znacznym stopniu utrudnia pracę Polonii, gdyż
wielu polskich emigrantów chce jak najszybciej wtopić się w zachodnie
społeczeństwa, po to, żeby w ten sposób podbudować własne poczucie
wartości. Polskość redukowana jest do pewnego rodzaju „folkloru”, jak
np. polskie produkty spożywcze albo gadżety piłkarskie. Duma z Polski
sprowadza się do dumy z „udanej transformacji”, czyli dostosowania się
do oczekiwań Zachodu.
W
związku z tym organizacje polonijne, jeśli nie chcą umrzeć śmiercią
naturalną, muszą przyjąć jedną z dwóch strategii działania. Zgodnie z
pierwszą z nich powinny włączyć się aktywnie w opisany powyżej proces
transformacji świadomości Polaków i funkcjonować jako organizacje
pielęgnujące „polski folklor”.
Druga
z nich sprowadziłaby się do stworzenia własnego kanonu polskości, czyli
przeciwstawienia dwóm wymienionym stereotypom – własnych.
Teoretycznie, drugie rozwiązanie jest możliwe, gdyż Polska dysponuje
bogatą kulturą, szczególnie w dziedzinie tolerancji, demokracji czy też
konstytucyjności, jak również idei europejskości. W przeciwieństwie
jednak do współczesnych „wartości europejskich” ich źródłem nie jest
neomarksistowska Nowa Lewica (nawet niemiecka chadecja coraz bardziej
odwołuje się do tej właśnie tradycji), lecz chrześcijaństwo oraz
klasyczny humanizm (ten ostatni jest współczesnym elitom Niemiec czy
Europy zupełnie nieznany, gdyż ich horyzonty intelektualne zazwyczaj nie
wykraczają poza okres II WŚ). Polskie organizacje polonijne musiałyby
więc stworzyć własny obraz Polaka, który byłby atrakcyjny dla samych
Polaków i miał dużą siłę przyciągania. Wokół takiej idei można by
stworzyć prężnie działające organizacje polonijne.
Nie
żywię właściwie żadnych wątpliwości co do tego, że praktyczne
urzeczywistnienie drugiej strategii aktualnie nie jest możliwe. Proces
mentalnego ubezwłasnowolnienia Polaków posunął się już tak daleko, że
przezwyciężenie tego stanu staje się zdaniem praktycznie niewykonalnym.
Opcja taka nadal jednak jest otwarta. Może kiedyś nastaną lepsze czasy
dla jej zrealizowania.
4.09.2013
Neokolonializm w natarciu (4)
Część pierwsza: http://magdalenazietek.blogspot.de/2012/11/neokolonializm-w-natarciu.html
W ostatniej części artykułu
chciałabym postawić pytanie o to, jak Polska powinna bronić się przed
kolonizacją własnej pamięci, jak również pamięci europejskiej przez państwo niemieckie.
Częściowej odpowiedzi na to pytanie udzieliła już Ewa Thompson w wielokrotnie
cytowanym przeze mnie artykule "Postmodernizm, pamięć, logocentryzm"(w: "(Nie)Obecność. Pominięcia i przemilczenia w narracjach XX
wieku", red. Hanna Gosk, Bożena Karwowska, Warszawa 2008, s. 37 – 53).
Thompson słusznie wskazała w nim, że Polska jest zbyt słaba, żeby przeciwstawić
Niemcom swoją własną narrację i nadać jej światowy rozgłos. Wysiłek Polski
powinien więc przede wszystkim koncentrować się na podważaniu zasad
metodologicznych postmodernistycznej polityki pamięci, której hołdują Niemcy.
Przyjrzyjmy się bliżej, co to oznacza w tym konkretnym przypadku, czyli sprawie
"Fundacji Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie".
3.11.2013
Neokolonializm w natarciu (3)
Część pierwsza:
http://magdalenazietek.blogspot.de/2012/11/neokolonializm-w-natarciu.html
"Mimo różnic pomiędzy kolonializmem zamorskim a
środkowoeuropejskim, oba miały wspólne cechy. Przynosiły uzależnienie
gospodarcze, hamowały rozwój społeczeństwa, wprowadzały patologie społeczne i
kulturalne, przekształcały mapy mentalne świata i niwelowały prestiż. Podobnie
również tłumaczyły przyczyny podboju. W obu wypadkach podkreślano niezdolność
podbijanego do samodzielnego sprawowania władzy oraz ucisk mniejszości."
(Ewa Thompson "O kolonizacji Europy Środkowej", http://rebelya.pl/post/2497/ewa-thompson-o-kolonizacji-europy-srodkowej)
Ewa Thompson zajmuje się zjawiskiem kolonizacji Europy Wschodniej w wielu swoich
tekstach. Problematykę
neokolonializmu analizuje m.in. na przykładzie kształtowania europejskiej i
światowej kultury pamięci przez narratorów państw imperialnych. W pierwszej
części artykułu przywołałam tekst tej autorki, w którym krytykuje
postmodernistyczną koncepcję pamięci (leży ona u podstaw m.in. niemieckiej
polityki historycznej). Zdaniem Thompson, założenia tej koncepcji usuwają
pamięć państw słabszych z europejskiej i światowej pamięci oraz implikują, iż
dyskursem rządzą siła i władza, a nie argumenty i fakty (Postmodernizm, pamięć,
logocentryzm, w: (Nie)Obecność. Pominięcia i przemilczenia w
narracjach XX wieku, redakcja naukowa Hanna Gosk, Bożena Karwowska,
Warszawa 2008, s. 37 – 53). Przypomnijmy: koncepcja ta zakłada rozróżnianie wydarzeń
i faktów. Fakt to działalność, aktywność
realna, natomiast wydarzenie to
fakt, który przez pewną grupę społeczną został uznany za ważny i stał się
elementem jej pamięci. Postmodernistyczna polityka historyczna ma na celu
konstruowanie pamięci społecznej poprzez świadome podnoszenie wybranych faktów
do rangi wydarzeń. Podniesienie faktów do rangi wydarzeń jest przy tym procesem
technicznym, który wymaga określonych nakładów finansowych, jak również
posiadania odpowiedniego zaplecza instytucjonalnego. Taka koncepcja preferuje
oczywiście państwa silniejsze, natomiast marginalizuje słabsze.
12.13.2012
Neokolonializm w natarciu (2)
(Pierwsza część tekstu: http://magdalenazietek.blogspot.de/2012/11/neokolonializm-w-natarciu.html)
W ramach drugiej części opracowania chciałabym przedstawić
podstawowe założenia koncepcji pracy Fundacji Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie,
jak również wytyczne planowanej wystawy stałej (koncepcja ta dostępna jest w
języku polskim na stronie http://sfvv.de/sites/default/files/downloads/koncepcja_sfvv_2012.pdf).
Zacznijmy od podstawowych informacji dotyczących tego
projektu. Pierwsza, ogólna koncepcja centrum wystaw, dokumentacji i informacji
w Berlinie, zajmującego się tematyką ucieczki, wypędzeń i migracji przymusowych
w XX w., została uchwalona przez Rząd Federalny 19 marca 2008 r. Następnie na
podstawie uchwały rządu w dniu 30 grudnia 2008 r. powołano niesamodzielną
fundację pod nazwą „Fundacja Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie”, której
podmiotem prowadzącym jest Niemieckie Muzeum Historyczne (DHM) w Berlinie. Jak czytamy w uchwalonej w czerwcu tego roku szczegółowej
koncepcji pracy Fundacji (link powyżej), poprzez naukową dokumentację historii
czystek etnicznych ma ona przyczynić się - w duchu pojednania i ciągłości
polityki porozumienia Republiki Federalnej Niemiec - do pamięci o bezprawiu wypędzeń
i potępienia wypędzeń; przy czym ucieczka i wypędzenie Niemców mają stanowić
główny akcent pracy Fundacji.
11.06.2012
Neokolonializm w natarciu
Już od przeszło
dwóch lat polskie środowiska patriotyczne żyją Smoleńskiem. W tym czasie inne
państwa w sposób przemyślany i konsekwentny realizują swoje interesy. Niestety,
sprawy Polski leżą odłogiem (a o poziomie degeneracji polskiej kultury
politycznej świadczy opisana przez GW sprawa pokłócenia się dwóch prawicowych
środowisk o listę poparcia dla Cezarego Gmyza, autora opublikowanego w Rzeczpospolitej tekstu o trotylu we wraku Tupolewa:
http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/51,114871,12794931.html?i=1).
Jak donosi prasa, w trakcie zorganizowanej przez frakcję
parlamentarną niemieckich chadeków konferencji "Zadanie pojednania"
(15.10.2012) Angela Merkel zapowiedziała utworzenie w Berlinie wystawy
upamiętniającej "wypędzenie" Niemców. W swoim przemówieniu
oświadczyła: "Ucieczka i wypędzenie są częścią naszej wspólnej historii.
Ten kto temu zaprzecza, kto nie chce nic o tym wiedzieć, traci część własnej
tożsamości". I dalej: "Chcemy ustanowić w Berlinie widoczny znak
przeciwko bezprawiu wypędzenia". Jej zdaniem pracom nad tym projektem
powinna przyświecać zasada, że "wcześniejsze bezprawie nie może
usprawiedliwiać innego bezprawnego postępowania". Niemiecka kanclerz
podkreśliła także, że coraz częściej niektóre miasta w Polsce i Czechach
przypominają o swej niemieckiej historii i dziedzictwie, widząc w tym
wzbogacenie (za: http://www.znak.org.pl/?lang1=pl&page1=news&subpage1=news00&infopassid1=14206&scrt1=sn).
8.25.2012
Był sobie kiedyś taki list…
Wspólne orędzie Kościoła i Cerkwi jest wydarzeniem o wielkim
znaczeniu historycznym i potencjale politycznym, którego nie wolno nam
zmarnować. Wydarzenie to często porównywane jest do wymiany listów między
polskimi i niemieckimi biskupami z 1965 roku, która powszechnie uważana jest za
rozpoczęcie procesu pojednania polsko-niemieckiego. W opinii zdecydowanej
większości decydentów politycznych,
dziennikarzy oraz działaczy społecznych po obu stronach Odry proces ten został zakończony
sukcesem. Wspomniana wymiana listów, jak również orędzie są ściśle ze sobą
powiązane. W obu przypadkach przedstawiciele duchowieństwa podkreślali bowiem,
że pojednanie między Polakami a Niemcami i Rosjanami może dokonać się tylko w
oparciu o chrześcijaństwo. Taki był punkt wyjścia procesu polsko-niemieckiego pojednania,
taki jest punkt wyjścia pojednania polsko-rosyjskiego. Czy jednak polsko
niemieckie-pojednanie, tak jak jest ono w tej chwili przeprowadzane, rzeczywiście
realizuje postulat sformułowany przed laty przez polskich biskupów? Czyż nie
jest przypadkiem tak, że odbywa się ono na obcym chrześcijaństwu ideologicznym
gruncie? Myślę, że najwyższy czas, żeby polscy katolicy zadali sobie to właśnie
pytanie.
Wątpliwości co do tego, jaki jest ideologiczny grunt
polsko-niemieckiego pojednania, nie ma Błażej Lenkowski, który w tekście pt. "Antyliberałowie łączą się" stwierdza:
"Teoretycznie wiadomość o wizycie Cyryla w Polsce powinna cieszyć.
Pojednanie między religiami, krok w kierunku pojednania pomiędzy zwaśnionymi
narodami to przecież zmiana w dobrym kierunku. Należy jednak zadać sobie
pytanie, na jakim gruncie owo pojednanie się dokonuje, kto i w jakim kontekście
je zawiera. (…)Szczególnie zaniepokojeni mogą być liberałowie i ci, którym
kierunek zmian kulturowych wyznaczony przez Zachód jest bliski. Przecież w
Rosji i Cerkwi prawosławnej nie doszło do cudownego nawrócenia na wartości
Zachodu: przywiązanie do demokracji i prawa człowieka. To pojednanie pod
auspicjami abp. Michalika, jednego z największych zwolenników Radia Maryja w
polskim Kościele, zawierane jest pod hasłami obrony przed liberalnym Zachodem
wspólnych tradycji i wartości Polski oraz Rosji. (…)Porównania z pojednaniem
biskupów polskich i niemieckich są zupełnie nietrafione. Ówczesny Kościół
niemiecki funkcjonował w demokratycznym kraju, a polski był podporą
demokratycznej opozycji. Teraz Cerkiew ramię w ramię z Putinem tłamsi prawa
człowieka w Rosji." (Gazeta Wyborcza, 21.0.2012, http://wyborcza.pl/1,86116,12336422,Antyliberalowie_lacza_sie.html#ixzz24MwtZDWD).
Na szczególną uwagę zasługuje stwierdzenie autora, iż "Ówczesny Kościół niemiecki funkcjonował w
demokratycznym kraju, a polski był podporą demokratycznej opozycji". Nie
chrześcijaństwo, a wiara w zbawczą moc demokracji rzekomo podzielana przez
polskich i niemieckich biskupów przyczyniła się zadaniem Lenkowskiego do sukcesu polsko-niemieckiego pojednania. Co
więcej, autor sugeruje, że polski Kościół katolicki pełnił wtedy rolę demokratycznej opozycji. Autor zdaje się
nie dostrzegać, że prymas Wyszyński walczył przeciwko demokracji (sic!) ludowej
w celu obrony polskiego Kościoła katolickiego, a nie o demokrację. Co więcej,
że tacy przedstawiciele "demokratycznej opozycji", jak Adam Michnik,
Jacek Kuroń, Karol Modzelewski, Jan Lityński czy też Seweryn Blumsztajn, twórcy
KOR i trockiści walczyli o "socjalizm z ludzką twarzą"… Skąd się więc
bierze przekonanie Lenkowskiego, że polski Kościół mimo wszystko był podporą demokratycznej opozycji? Moim
zdaniem, wynika to ze skutecznej polityki propagandowej, uprawianej przez Adama
Michnika i innych, którzy postawili znak równości między antykomunizmem,
prawicowością i katolicyzmem. Kłamstwo, w które uwierzyło wielu członków
Solidarności i w które większość Polaków do dziś wierzy. Właśnie dzięki temu
kłamstwu mogło zostać przeprowadzone "pojednanie polsko-niemieckie" w
takiej formule, w jakiej ostatecznie zostało przeprowadzone: Polaków i Niemców
połączyła wspólna wiara w wartości zachodnie, czyli demokrację i prawa
człowieka.
Jak silne jest przekonanie o tym, że polsko
niemieckie-pojednanie jest sukcesem, z którego polska prawica może być dumna,
świadczą chociażby słowa autorów apelu "Prosimy o wysłuchanie naszej
opinii i wycofanie się z podpisania tego niebezpiecznego dla przyszłości Polski
wspólnego orędzia", wystosowanego przez Elżbietę Szmidt do bp. Michalika w
imieniu "katolickiego laikatu, świeckich prawdziwie zaangażowanych,
zatroskanych o obecność wiary, Ewangelii, Chrystusa pośrodku nas i o przyszłość
naszej Ojczyzny, zgromadzonych wokół portalu Stowarzyszenia
Blogmedia24.pl":
"Dość
przypomnieć, że List biskupów polskich do niemieckich został poprzedzony
autentycznym procesem pojednania i był odpowiedzią polskich hierarchów na
wieloletnie starania strony niemieckiej. Wyprzedziły go działania kościołów
niemieckich, w tym Kościoła ewangelickiego, który w swym memorandum z 1
października 1965 r. wzywał do zaakceptowania granic na Odrze i Nysie oraz do
podjęcia dzieła pojednania Niemców ze wschodnimi sąsiadami. Wcześniejszym
gestem intelektualistów ewangelickich było tzw. memorandum z Tybingi -
przedstawione deputowanym Bundestagu w roku 1961, nawołujące
zachodnioniemieckich polityków do odejścia od idei rewizji granic. Okazją do
podjęcia procesu pojednania był przede wszystkim Sobór Watykański II, dając
możliwość bezpośredniego spotkania przedstawicieli Episkopatów obu krajów. Poprzedziły
go wspólne wystąpienia w sprawie beatyfikacji franciszkanina — męczennika
Auschwitz — o. Maksymiliana Kolbe czy pielgrzymki niemieckich chrześcijan do
miejsc zbrodni hitlerowskich w Polsce. Słowa „przebaczamy i prosimy o
przebaczenie” – podpisane m.in. przez kardynała Stefana Wyszyńskiego i biskupa
Karola Wojtyłę – były nie tylko aktem mądrości politycznej ówczesnych
hierarchów Kościoła, ale wypływały z głębokiego przeświadczenia, że istnieją
rzeczywiste warunki pojednania „w tym jak najbardziej chrześcijańskim, ale i
bardzo ludzkim duchu”. Jeśli ówczesne władze komunistyczne zareagowały z
wściekłością na orędzie polskich biskupów – to również dlatego, że było ono
wyrazem ewangelicznej i chrześcijańskiej postawy" (Prezes Zarządu
Elżbieta Szmidt
http://wpolityce.pl/artykuly/33905-prosimy-o-wysluchanie-naszej-opinii-i-wycofanie-sie-z-podpisania-tego-niebezpiecznego-dla-przyszlosci-polski-wspolnego-oredzia).
Autorzy tego apelu twierdzą, że
"List biskupów polskich do
niemieckich został poprzedzony autentycznym procesem pojednania i był
odpowiedzią polskich hierarchów na wieloletnie starania strony niemieckiej".
W intencji autorów stwierdzenie to ma być koronnym dowodem na chrześcijański
charakter pojednania, które rzekomo dokonało się między obydwoma narodami. Niestety, twierdzenie
"o wieloletnich staraniach strony niemieckiej" nie odpowiada
prawdzie. Aż do lat 80. strona niemiecka nie wykazała większego zainteresowania
pojednaniem z Polakami, a list polskich biskupów przez niemiecki episkopat został
przyjęty z olbrzymią powściągliwością. Proces pojednania ruszył z miejsca dopiero
po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce, kiedy to Niemcy odkryli, że przy pomocy
Polaków mogą obalić komunizm… Wygłaszanie
fałszywych twierdzeń jak wyżej przytoczone przyczynia się więc do tego, że
Polacy utwierdzani są w błędnym przekonaniu o tym, że pojednanie polsko-niemieckie
rzeczywiście zostało przeprowadzone na gruncie chrześcijaństwa.
Warto zatem przyjrzeć się
okolicznościom powstania listu polskich biskupów do niemieckich oraz jego
wpływu na przebieg pojednania polsko-niemieckiego. W dalszych rozważaniach będę
opierać się na pracy wydanej przez Basila Kerskiego, Tomasza Kycia oraz Roberta
Żurka, "Przebaczamy i prosimy o przebaczenie". Orędzie biskupów
polskich i odpowiedź niemieckiego episkopatu z 1965 r. Geneza. Kontekst,
Spuścizna (Olsztyn 2006).
Autorzy tego opracowania jednoznacznie wskazują, że poza
Memoriałem ogłoszonym przez Kościół ewangelicki strona niemiecka nie podjęła żadnej
znaczącej inicjatywy mającej na celu rozpoczęcie procesu pojednania
polsko-niemieckiego. Takich kroków nie podjął niemiecki Kościół katolicki,
takich kroków nie podjął rząd Adenauera. List biskupów polskich do niemieckich
od początku do końca był inicjatywą polską, w żaden sposób niesprowokowaną
przez "wieloletnie starania strony
niemieckiej". W liście tym biskupi polscy zapraszali przedstawicieli
niemieckiego episkopatu do udziału w centralnych uroczystościach milenijnych na
Jasnej Górze. Jednocześnie list miał doprowadzić do pojednania między obydwoma
narodami, tak aby w ten sposób przygotować Polaków do obchodów Millenium chrztu
Polski.
Jak wskazują autorzy opracowania, inicjatywa pojednania na
dobrą sprawę powinna była wyjść ze strony Niemiec. Tak się jednak nie stało. Co
więcej:
"W porównaniu z tym krokiem
biskupi niemieccy byli w swojej reakcji bardzo powściągliwi. Co prawda,
przyjęli "z głębokim braterskim szacunkiem" wyciągniętą ku nim dłoń,
ale nie była to reakcja adekwatna w stosunku do rewolucyjnej, łamiącej tabu i
politycznie ryzykownej dla jego autorów prukursorskiej inicajatywy. W tekście
brakowało gestu, zwrotu, który nadałby odpowiedzi wyjątkowy charakter. NIe
przełamano żadnego społecznego tabu, nie żądano żadnej zmiany obowiązującego
paradygmatu. (…) W związku z kwestią granicy niemieccy biskupi wyrazili
jednynie życzenie, "by wszystkie nieszczęśliwe skutki wojny zostały
przezwyciężone w sposób sprawiedliwy i zadowalający obie strony". Przy
czym było jasne, że takie rozwiązanie nie istnieje" (tamże, s. 31).
Taką reakcję ze strony biskupów niemieckich autorzy tłumaczą
tym, że większość zachodnioniemieckiego społeczeństwa nie była gotowa pogodzić
się z utratą ziem wschodnich.
"Jak
silny był opór wobec jakichkolwiek ustępstw, przekonało się kierownictwo
Kościoła ewangelickiego po opublikowanoi swego Memoriału. Doszło wtedy do
masowych, ostrych i przeważnie bardzo negatywnych reakcji wykraczających poza
ramu wspólnoty ewangelickiej. Część wiernych zdystansowała się od kierownictwa
swojego Kościoła, podniosła się fala wystąpień, rozprzestrzeniał się
wewnątrzkościelny kryzys. Katoliccy biskupi mogli zakładać, że także w Kościele
katolickim doszłoby do podobnej burzy w przypadku, gydyby wezwali do uznania
granicy na Odrze i Nysie. Takie wystąpienie mogłoby również wywowałać kryzys w
stosunkach Kościoła katolickiego z politykami CDU/CSU, którzy trwali przy żądaniu
rewizji granic" (tamże, s. 30-31).
Zdaniem autorów książki, biskupi niemieccy w
ogóle nie byli zachwyceni polską inicjatywą. Co więcej, twierdzą oni, że list
polskich biskupów został potraktowany jako wyraz … polskiego nacjonalizmu.
Kerski, Kycia i Żurek powołują się na poufne postanowienie Episkopatu Niemiec z
3 grudnia 1965 roku, w którym stwierdzono, że "na twardą, nacjonalistyczną postawę polskich biskupów i wiernych
nie należy reagować ostro, lecz z wciąż na nowo demonstrowaną
życzliwością". Zdaniem autorów książki w "świetle
powyższego cytatu powściągliwa odpowiedź niemieckiego episkopatu na Orędzie
jawi się wręcz jako akt chrześcijańskiej wspaniałomyślności wobec kolejnego
nacjonalistycznego wybryku polskich biskupów" (tamże, s. 38). Autorzy
podsumowują to w ten sposób:
"Zadziwiająca
jest również łatwość, z jaką strona niemiecka zarzucała polskiemu Kościołowi
szowinizm. Ta beztrosko można ferować wyroki tylko wtedy, gdy samemu nie ma się
specjalnego poczucia winy. Rzeczywiście: reakcje niemieckiej opinii publicznej
na Orędzie wskazują, że niemała część niemieckiego społeczeństwa wciąż jeszcze
była głęboko przekonana o tym, że winy Polaków wobec Niemców są dużo większe
niż winy Niemców wobec Polaków. Kiedy posłanie dotarło do wiadomości publicznej,
katoliccy wysiedleńcy z satysfakcją przyjęli do wiadomości nie propozycję
przebaczenia, a prośbę o nie. Dla nich był to sygnał, że polski episkopat
nareszcie jest gotów wyznać polską winę. Z tego punktu widzenia posłanie
pojednania zostało zrozumiana jako późno wypełniony obowiązek polskich biskupów
wobec niemieckiego Kościoła, a nie jako wielkoduszny gest polskich ofiar reżimu
hitlerowskiego wobec Niemców. Zdaniem wielu niemieckich katolików na tym
"spełnieniu obowiązku" spoczywał jednak cień "nacjonalistycznej"
wizji historii polskich duchownych, która znalazła swój wyraz w liście"
(tamże, s. 37). Autorzy także wskazują na wciąż obecne wśród przedstawicieli
niemieckiego duchowieństwa poczucie wyższości. Ich zdaniem, nawet przy
najlepszej woli niektórym z nich z wielkim trudem przychodziło "pożegnanie się ze stereotypem o
cywilizacyjnej przepaści między zachodem i wschodem oraz z wyobrażeniem o roli
Niemiec jako krzewiciela kultury na wschodzie".
Autorzy stwierdzają, że wbrew potocznemu mniemaniu wymiana
listów z 1965 roku nie wywołała żadnego radykalnego zwrotu w stosunkach między
polskim i niemieckim Kościołem. Wręcz przeciwnie, w następnych latach można było
mówić o okresie stagnacji, jeśli nie wręcz regresu (s. 45). Prawdziwy kryzys
nastąpił po dojściu do władzy w RFN SPD, kiedy to nowy kanclerz Niemiec, Willy
Brandt zaczął prowadzić politykę zbliżenia między RFN a Związkiem Radzieckim. Polityka
ta była torpedowana przez niemieckich chadeków. Dlatego też w 1970 roku Prymas
Wyszyński wystosował list do przewodniczącego konferencji biskupów niemieckich
Juliusa Döpfnera, w którym "stwierdził,
że prowizoryczność organizacji kościelnej na "Ziemiach Odzyskanych"
przypisuje się "hamującej działalności niemieckiego episkopatu", co
niestety nie jest "postępem na drodze do pojednania i pokojowej
współpracy" (tamże, s. 47). Niestety, jego prośba nie spotkała się ze
zrozumieniem ze strony Döpnera. Natomiast pod koniec 1970 roku arcybiskup
Kominek wystosował list otwarty do wszystkich chadeckich partii świata. Poddał
w nich ostrej krytyce CDU/CSU.
"Jak
stwierdził, obie partie w czasie swoich długich rządów nie uczyniły nic dla
pojednania polsko-niemieckiego, a po utracie władzy zwalczały nową politykę
pojednania prowadzoną przez socjalliberalną koalicję. Szczególnie wiele
krytycznych uwag zebrali katoliccy politycy CDU/CSU, ponieważ nawet gdy z
szeregów tych partii dochodziły jakieś pozytywne sygnały, to zawsze ze strony
protestantów". "Kminek kończył swój list dramatycznie: "w ciągu
nabliższych tygodni okaże się, czy niemiecki katolicki episkopat przełamie w
tym historycznym momencie swoją powściągliwość i milczenie i wstrząśnie
sumieniami decydentów, i czy politycy katoliccy nie skryją się za dyscypliną
partyjną jak w 1933 roku przy głosowaniu nad ustawą o środkach nadzwyczajnych
ochrony państwa" (s. 48).
Autorzy wskazują, że ze względu na nieustępliwą
pozycję niemieckiego episkopatu zawarty został "egzotyczny sojusz" między
konserwatywnym prymasem Wyszyńskim i kierownictwem socjoliberalnej SPD, i to z
pominięciem naturalnych sprzymierzeńców Wyszyńskiego, czyli biskupów
niemieckich (s. 49). Ostatecznie w grudnia 1970 r. został zawarty traktat o
normalizacji stosunków między RFN a PRL, niedługo potem Watykan uregulował stosunki
kościelne w diecezjach na ziemiach odzyskanych. Kwestia granicy
polsko-niemieckiej została więc uregulowana przez traktat, a nie jak mieli
nadzieję Kominek i Wyszyński, w drodze aktu pojednania Kościołów. Nie niemieccy
biskupi, a Willy Brandt przez swój gest uklęknięcia przed Pomnikiem Bohaterów
Getta w Warszawie zainicjował pojednanie polsko–niemieckie (warto wiedzieć, że
wielu członków CDU/CSU potraktowało ten gest jako zdradę stanu…) Postawa
niemieckiego Kościoła katolickiego nie zmieniła się aż do lat 80. Między innymi
w 1980 r. przedstawiciele ruchu Znak odrzucili zaproszenie na Katholikentag
(Dzień katolików) w Berlinie, po tym jak prezydent Centralnego Komitetu Niemieckich
Katolików (Zentralkomitee der deutschen Katholiken) Hans Maier wypowiedział się
za oznaczaniem w atlasach szkolnych polsko-niemieckiej granicy z roku 1937
(tamże, s. 233).
Prawdziwy "przełom" nastąpił w latach 80, kiedy to
niemiecka strona zaczęła organizować pomoc humanitarną dla Polski. Do Niemców
dotarło bowiem, iż bez Polski nie da się obalić komunizmu. (A bez obalenia
komunizmu nie byłoby zjednoczenia Niemiec… Co moim zdaniem odgrywało decydującą
rolę w procesie tak zwanego pojednania polsko-niemieckiego).
W wywiadzie przeprowadzonym przez autorów książki z
Władysławem Bartoszewskim czytamy:
"W
roku 1966 był Pan ponownie w RFN. Czy listy biskupów były tematem Pana dyskusji
z niemieckiemi partnerami?" Odpowiedź: "Pytano mnie, co my, Polacy chcieliśmy przez to osiągnąć.
"Przecież wiedzieliście, że biskupi są obywatelami Niemiec, że nie mogą
się wypowiadać w sposób niezgodny z konstytucją o sprawach państwa, że nie są
politykami." Dla mnie
najważniejszym odkryciem było wtedy stwierdzenie, że rola Kościołów w Niemczech
jest mniejsza niż w Polsce. Może, jeżeli chodzi o organizację inicjatyw
charytatywnych jest ważna, ale biorąc pod uwagę wpływ na kształtowanie
poglądów, to nie do końca. Pogłądy są kształtowane przez związki młodzieżowe,
partie polityczne, grupy nacisku, związki zawodowe, landy, układy polityczne, a
nie Kościoły" (tamże, S. 116-117).
W dalszej części wywiadu
Bartoszewski potwierdza, że to nie Kościoły, ale powstanie Solidarności
przyczyniło się do przełomu w relacjach polsko-niemieckich. Natomiast Bernhard Vogl w wywiadzie z redaktorami
książki stwierdza: "Dopiero później
zorientowano się, że dzięki Polsce można będzie rozsadzić komunistyczną Europę
Wschodnią, jednak kiedy pojawiły się listy, nikt jeszcze o tym nie myślał"
(s. 164).
Jakie więc było ideologiczne tło pojednania
polsko-niemieckiego, które na dobrą sprawą zaczęło być realizowane dopiero od
lat 80? Moim zdaniem, była nim chęć stworzenia zjednoczonej Europy, której najważniejszym
symbolem miało być zjednoczenie Niemiec i upadek Muru Berlińskiego. Chodziło więc o czysto polityczny projekt,
który niewiele miał i niewiele ma wspólnego z chrześcijaństwem. Dlatego też relacje
między RP a RFN od samego początku były nacechowane jasną asymetrią. W końcu to
Niemcy "wprowadzały nas do Europy", co stawiało nas na pozycji
petenta, który musi okazywać wdzięczność za przyjęcie go do towarzystwa. Niemcy
uznały się bowiem za eksperta od sprawy "europejskości" a nam przypisano
rolę ucznia. W ten oto sposób pojednanie polsko-niemieckie zaczęło polegać na
nawracaniu nas na europejskość przez elity RFN. Niemcom natomiast nawet do
głowy nie przyszło, że może i oni mogliby nauczyć się czegoś od nas… Tym
bardziej że, jak stwierdzają autorzy książki w wywiadzie z Władysławem
Bartoszewskim:
"Mamy wrażenie, że w stosunkach
między Polakami i Niemcami, również między polskimi i niemieckimi elitami
katolickimi panowała praktycznie przez cały czas dysproporcja nie tylko w
zaangażowaniu na rzecz pojednania, ale w jakości refleksji na temat wzajemnych
relacji. Przed chwilą potwierdził Pan nasze przypuszczenia o braku
zainteresowania niemieckich partnerów manifestami PPN, wcześniej poinformował
nas Pan, że nawet te gesty strony niemieckiej, które postrzegaliśmy jako jej
wkład w symbolikę dialogu, jak wizyta u grobu Popiełuszki, czy Krzyżowa, były
tak naprawdę inspirowane przez stronę polską". Odpowiedź: "Pocieszające jest, że dali się
zainspirować". Redaktorzy: "Ale
sami nie byli w stanie wypracować impulsów ożywiających dialog. To jest
dramatyczny wniosek" (tamże, s. 121).
Sprawa pojednania polsko-niemieckiego ma jeszcze jeden
aspekt, o którym koniecznie należy wspomnieć. Proces ten był wspierany przez
tak zwanych postępowych katolików, do których należeli tacy aktorzy polsko
niemieckiego-pojednania jak Stanisław Somma, Tadeusz Mazowiecki, Jerzy Turowicz,
Władysław Bartoszewski, czy też Józefa Hennelowa. To oni utrzymywali kontakty z
Niemcami, jeździli do RFN i działali na rzecz unormowania stosunków
polsko-niemieckich. W rozmowie autorów
książki z Józefą Hennelową czytamy:
"W
roku 1989 czołowi przedstawiciele polskich i niemieckich katolików świeckich
podpisali wspólny dokument, w którym zgodnie wypowiedzieli się w
najtrudniejszych kwestiach stosunków polsko-niemieckich. Tymczasem w minionych
piętnastu latach stanowiska zamiast jeszcze bardziej się zbliżyć, oddaliły się.
Jak do tego doszło?" Odpowiedź: "Ma
Pan na myśli deklarację podpisaną w pięćdziesiątą różnicę wybuchu II wojny
światowej. Dokument te rzeczywiście oddaje olbrzymią zgodność sygnatariuszy, a
wszystkie jego sformułowania są bardzo krzepiące. Ale proszę zwrócić uwagę, że
w deklaracji tej pokazano również bardzo uczciwie, czego jeszcze brakuje, co
powinno być naszym zdaniem zadaniem na przyszłość. Chyba tego zadania nie
wypełniliśmy, po części dlatego, że przedwcześnie uwierzyliśmy w sukces, a
także na skutek zaangażowania przede wszystkim w sytuację wewnętrzną naszych
krajów, tak bardzo się w minionym piętnastoleciu zmieniających"
(tamże, s. 199-200).
Moim zdaniem, ta przedwczesna wiara w sukces, o której
wspomniała Hennelowa, w dużej mierze wynikała z pewnej naiwności postępowych
katolików, którzy chyba do dziś nie zrozumieli, że Niemcy już prawie
całkowicie odcięły się od swoich chrześcijańskich korzeni (warto nadmienić, że
w chyba żadnym innym europejskim kraju papież Benedykt XVI nie jest darzony tak
wielką niechęcią jak w swojej własnej ojczyźnie). Sprawa pojednania
polsko-niemieckiego jest więc także ściśle powiązana z kondycją posoborowego
Kościoła katolickiego w Polsce, który często sam nie jest w stanie wytłumaczyć
swoim wiernym różnic między oświeceniowymi hasłami wolności, równości i
braterstwa a katolicką doktryną prawa naturalnego (również chadecka Fundacja
Adenauera nie widzi większej różnicy między oświeceniowymi ideologiami
demokracji i praw człowieka a katolicką koncepcją filozofii praktycznej).
Budowanie zjednoczonej Europy nie jest jeszcze zakończonym
projektem. W imię tak zwanych wartości europejskich zwalczany jest Kościół
katolicki, jak również polska tradycja narodowa. To niemieckie fundacje
współfinansują Krytykę Polityczną, Kampanię Przeciwko Homofobii, Nigdy Więcej
oraz inne lewicowe projekty i inicjatywy. Fundacje te są przede wszystkim
utrzymywane z budżetu federalnego RFN. Dla architektów Zjednoczonej Europy w
końcu to właśnie polski katolicyzm uchodzi za przeszkodę na drodze do
"polsko niemieckiego-pojednania" i "integracji
europejskiej". Zgodnie z ich światopoglądem, polski katolicyzm musi być
zwalczany bo rzekomo jest źródłem "tradycyjnego polskiego
antysemityzmu", "nacjonalizmu", "konserwatyzmu"
(czytaj: faszyzmu), homofobii, nietolerancji, i tak dalej. Czyli tego
wszystkiego, co jest sprzeczne z "wartościami europejskimi".
W celu obrony polskiego Kościoła i polskiej tradycji
narodowej został zawarty strategiczny sojusz między Kościołem a Cerkwią. Czy niemiecki
Kościół katolicki miałby odwagę tak otwarcie potępić zachodni demoliberalizm,
jak to zrobiła Cerkiew? Obawiam się, że nie. Czy Polacy mogą więc znaleźć w
Niemczech partnera do wspólnej walki przeciwko "wartościom
europejskim"? Chyba nie. Dlaczego więc katolicy uwierzyli w to, że Polacy
i Niemcy pojednali się na gruncie chrześcijaństwa? Liczę na to, że ostatnia inicjatywa
polskiego duchowieństwa przypomni Polakom, że także i pojednanie
polsko-niemieckie ciągle jeszcze jest otwartym projektem.
8.13.2012
Powstanie warszawskie. Kość niezgody
Rokrocznie wokół obchodów rocznicy wybuchu powstania
warszawskiego dochodzi do ostrych słownych przepychanek między
"patriotami" i "racjonalistycznymi realistami".
Przepychanek, bo trudno to nazwać dyskusją. I tak, z jednej strony mamy apologetów
powstania, którzy z ulubieniem powtarzają twierdzenie o odniesieniu przez
Polaków zwycięstwa moralnego. Natomiast druga strona odpowiedzialnością za
śmierć wielu tysięcy osób oraz zniszczenie stolicy obarcza (wyłącznie) dowódców
powstania. W ubiegłym roku miał się nawet odbyć sąd nad powstaniem warszawskim.
Oskarżycielami dowódców zbrojnego zrywu mieli być prezydent miasta Stalowej
Woli, Andrzej Szlęzak, oraz Janusz Korwin-Mikke. Ostatecznie do procesu nie
doszło. Naprzeciwko siebie stoją więc
dwa obozy: pierwszy głośno wykrzykuje patriotyczne hasła, a drugi zaciekle
"pałuje" patriotów.
Niestety, zarówno "patrioci", jak i "racjonaliści"
wykazują się fundamentalnym brakiem przytomności politycznej. Obchodzenie rocznicy
wybuchu powstanie jest ważne. Nawet bardzo ważne. Wszystko jednak rozbija się o
sposób upamiętniania tego wydarzenia.
Powstanie warszawskie jest wydarzeniem o wielkim znaczeniu
historycznym i powinno wreszcie znaleźć godne miejsce w światowej kulturze
pamięci dotyczącej II Wojny Światowej. Jednak architekci kultury pamięci sobie tego nie życzą. W tej chwili to
Holokaust zajmuje w niej centralne miejsce. Pokazanie martyrologii narodu
polskiego doprowadziłoby do pewnego zrelatywizowania takiego obrazu niemieckich
zbrodni. Co więcej, architekci kultury pamięci dbają o to, by światowej opinii
publicznej Polska kojarzyła się przede wszystkim – a najlepiej wyłącznie – z
"polskimi obozami koncentracyjnymi". Natomiast faktyczny przebieg
okupacji niemieckiej w Polsce jest wielkim tematem tabu. Światowa opinia
publiczna nie ma ŻADNEGO pojęcia o tym, z jak wielką brutalnością Niemcy
traktowali Polaków. Zamiast tego karmiona jest propagandą, która Polaków przedstawia jako nacjonalistów i
antysemitów, którzy gorliwie pomagali Niemcom w mordowaniu Żydów. Utrwalaniu takiego
właśnie obrazu służą m.in. produkcje filmowe. I tak, film "Wielki
tydzień" Andrzeja Wajdy pokazuje karuzelę, która została ustawiona tuż
przy murze płonącego getta w Warszawie. Obraz ten ma być dowodem na
niewrażliwość Polaków w obliczu tragedii Żydów (o tym, że karuzela prawdopodobnie
została ustawiona z inicjatywy samych Niemców, film oczywiście milczy). Najnowsza
produkcja Agnieszki Holland "W ciemności" także powiela obraz Polaków
– antysemitów. Warto też zacytować fragment artykułu Pawła Łepkowskiego pt.
"Antypolonizm a Żydzi", w którym autor porusza kwestię antypolskiej
propagandy:
"Jeżeli ktokolwiek
kiedykolwiek bardziej fałszował historię świata niż Hollywood, to należy mu się
specjalne miejsce dla VIP-a w piekle. W jednym z pierwszych odcinków serialu
telewizyjnego „Wojna i pamięć” jest scena, kiedy polski żołnierz zatrzymuje
wyjeżdżający z oblężonej Warszawy samochód, w którym jadą Aaron i Natalie
Jastrow. Polski wojak jakimś cudem natychmiast rozpoznaje w bohaterach Żydów,
po czym wygłasza plebejski, antysemicki komentarz i nie pozwala na przejazd
pojazdu. W innym serialu – pt. „Holocaust” – jest scena, kiedy polscy żołnierze
w zielonych mundurach i czapkach-rogatywkach rozstrzeliwują na oczach
zadowolonych Niemców powstańców warszawskiego getta. Inna scena z tego serialu
pokazuje polskich żołnierzy prowadzących pod karabinami ludność żydowską na
Umschlagplatz. Serial „Holocaust” był wyświetlany na History Channel jako
znakomity i wierny faktom historycznym obraz przedstawiający zagładę Żydów w
czasie II wojny światowej. Obrzydliwym blamażem,
bezczelnie fałszującym historię Polski i Polaków czasów okupacji, była inna
szmira hollywoodzka pt. „Wybór Zofii”, z Meryl Streep w roli głównej. Bohaterką
tego filmu jest głupawa mieszkanka Krakowa, córka polskiego nacjonalisty, który
tworzy przed wojną polski plan „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”.
Dalsze komentarze pod adresem tego filmowego łajdactwa są zbędne."( http://nczas.com/publicystyka/lepkowski-antypolonizm-a-zydzi/).
W tym kontekście należy przypomnieć o antypolskiej propagandzie uprawianej swego
czasu przez Hollywood, co opisał Michał Biskupski w książce "Nieznana
wojna. Hollywood przeciwko Polsce. 1939 – 45". Jednym słowem, nic nowego. Architekci
światowej kultury pamięci dbają więc o to, by światowej opinii publicznej
niemiecka okupacja w Polsce kojarzyła się w taki oto sposób: Polacy podczas II
Wojny Światowej miło spędzali czas, bawiąc się na karuzeli, i gorliwie pomagali
Niemcom w przeprowadzaniu Holokaustu (natomiast amerykańska dziennikarka Debbie
Schlussel dodałaby, że bilety na karuzelę Polacy opłacili pieniędzmi, które
dostali od Niemców za swój współudział w Holokauście…) Co więcej, produkcje filmowe coraz częściej przedstawiają
Niemców jako przyjaciół Żydów albo nawet ofiary nazistów. Wystarczy tutaj
wspomnieć "Listę Schindlera" Stevena Spielberga, "Ucieczkę" Kaia
Wessela albo "Walkirię" Bryana Singera (z Tomem Cruisem w roli
głównej).
Architektom nowej światowej polityki historycznej powstanie
warszawskie wybitnie nie pasuje do pisanej przez nich opowieści. Powstanie jest
bowiem dowodem koronnym na to, że naród polski nie tylko do samego końca
walczył przeciwko Niemcom, ale także został przez nich brutalnie spacyfikowany. Gdyby
światowa opinia publiczna dowiedziała się o tym, być może zaczęłaby nawet nam
współczuć. A tymczasem nas, polskich bandytów, nacjonalistów i antysemitów, ma nie lubić nikt.
Architekci światowej kultury pamięci są więc żywo
zainteresowani tym, aby polską kulturę pamięci ukształtować tak, jak to leży w
ich własnym interesie. Przepychanki między "patriotami" i
"realistami", jak również poglądy reprezentowane przez obie strony, są
im jak najbardziej na rękę.
Zacznijmy od "racjonalistów" i
"realistów". Frakcja ta z ulubieniem
powtarza twierdzenie, że główną odpowiedzialność za skutki powstania ponosi
dowództwo AK. Twierdzenie to wręcz idealnie wpasowuje się w opowieść pisaną
przez architektów światowej kultury pamięci: jak zwykle, wszystko co najgorsze,
to my, inni są czystymi jak łza aniołami. A w tym przypadku odpowiedzialność za
masakrę ponoszą Niemcy, którzy przecież, zdaniem jednego z przedstawicieli
frakcji "racjonalistów", latem 1944 roku zachowywali się zupełnie "racjonalnie".
Takie stawianie sprawy wynika między innymi z faktu, że w nowożytności pojęcia
"racjonalizmu" oraz "realizmu politycznego" zostały
zwulgaryzowane, gdyż zaczęto ich używać dla usprawiedliwiania nawet najbardziej
niemoralnych czynów. Wystarczyło, żeby cel tych czynów był "słuszny",
czyli aby polegał na zdobyciu albo utrzymaniu władzy (machiawelizm). Dokładnie
takie rozumienie "realizmu politycznego" reprezentowane jest przez
wspomnianą tutaj frakcję. Działanie "racjonalne" to działanie
skuteczne. Liczy się tylko władza i skuteczność. Ci, którzy tej władzy nie mają
i próbują po nią sięgnąć, są zwykłymi rebeliantami, których należy doszczętnie
zniszczyć. Na gruncie machiawelicznej koncepcji "realizmu
politycznego" nie można kradzieży nazwać kradzieżą, czy jakiejkolwiek
zbrodni: zbrodnią. To tylko środki techniczne, które okażą się słuszne, jeśli
cel zostanie osiągnięty. W tym konkretnym przypadku władzę mieli Niemcy, a utrzymali
ją za pomocą dostępnych w tym momencie środków. Jednym słowem, prawowici
gospodarze Warszawy, w momencie gdy utracili swoją władzę, stali się zwykłymi
bandytami. Natomiast okupanci stali się prawowitą władzą… Niemcy mieli więc
"prawo" wymordować wiele tysięcy Polaków oraz zniszczyć stolicę i nie
ponoszą za to odpowiedzialności. To "rebelianci" są winni, bo nie
powinni byli prowokować władzy. Ofiara
staje się sprawcą, a sprawca ofiarą. Takie stawianie sprawy, oczywiście, jest
nie do zaakceptowanie z punktu widzenia katolickiej koncepcji rozumu
praktycznego i realizmu politycznego. Zbrodnia jest zbrodnią, a w tym
konkretnym przypadku to Niemcy ponoszą główną odpowiedzialność za swoje czyny.
W przypadku dowódców powstania można co najwyżej mówić o
przyczynieniu się do powstania szkody. Ostateczne udzielenie odpowiedzi
dotyczącej zakresu tej odpowiedzialności wymaga przeprowadzenia starannej
analizy w oparciu o głęboką wiedzę historyczną oraz szacunek dla faktów. A tego
nie widzę u przedstawicieli frakcji "racjonalistów". Zamiast tego
szafują oni na prawo i lewo twierdzeniami, że dowództwo AK wiedziało to a
tamto, a siamto i owamto powinno było wiedzieć. Jednym słowem,
"racjonaliści" sami przyczyniają się do tego, że prawdziwie naukowe
podejście do sprawy ciągle pozostaje w sferze pobożnych życzeń.
Podsumowując, należy stwierdzić, że frakcja "realistów
politycznych" notorycznie pomija milczeniem fakt, że Niemców wtedy w ogóle
nie powinno było być w Warszawie, jak również, że to oni mordowali Polaków i
niszczyli miasto, a nie dowództwo AK… Takie stawianie sprawy przypomina
twierdzenie, że to nie gwałciciel, a ofiara gwałtu jest główną odpowiedzialną
za swoją niedolę, gdyż nosiła zbyt krótką spódniczkę… Złodziej, który broni
swojej zdobyczy, nie może zostać postawiony na równi – albo nawet wyżej – niż
właściciel, który próbuje ją odzyskać. Frakcja
"racjonalistyczno-realistyczna" pracuje więc ręka w rękę z architektami
światowej kultury pamięci. Ostatecznie to Polacy mają zostać obarczeni
odpowiedzialnością za tę zbrodnię, tak już jak zostali obarczeni odpowiedzialnością
za rozbiory i prześladowania ze strony zaborców po wszystkich innych
powstaniach. Jednocześnie pruski bandytyzm czy też carski despotyzm i
imperializm stały się ucieleśnieniem politycznego "racjonalizmu" i
"realizmu"… ( Hannah Arendt ma rację, twierdząc, że nowożytność
dokonała gloryfikacji przemocy. Ostatecznie racjonalnie i realistycznie działa
ten, kto jest po prostu silniejszy).
Przyjrzyjmy się teraz frakcji "patriotów". Przedstawiciele tego obozu ciągle podkreślają
gotowość powstańców do oddania swojego życia za ojczyznę, jak również ich
waleczność. Z ulubieniem powtarzany jest też argument o "zwycięstwie moralnym"
walczących. Niestety, także i ta frakcja jest na bakier z katolicką doktryną
realizmu politycznego. Dlaczego? Ważnym elementem składowym arystotelesowsko-tomistycznej
koncepcji rozumu praktycznego jest teoria cnót i wad. Przyjrzyjmy się jej
bliżej:
"Ze względu na
osobowę, tj. rozumną i wolną naturę człowieka rozróżniono sprawności dotyczące
rozumu dianoetyczne, poznawcze): mądrość, intuicja, nauka, roztropność i
sztuka, oraz sprawności dotyczące woli (etyczne): sprawiedliwość, umiarkowanie
i męstwo, które w połaczeniu z roztropnością zyskały miano cnót kardynalnych,
ze względu na ich najogólniejszy charakter, doniosłość i decydujące znaczenie w
życiu człowieka, które zawsze jest moralne—skierowane ku dobru albo złu. Tomasz
z Akwinu uważa, ze liczba cnót kardynalnych wynika z formalnych zasad
(principia formalia) działania ludzkiego lub podmiotów tych cnót. Pierwsza
zasada formalna działania bytu rozumnego jest akt rozumu (w jego funkcji
praktycznej), który wymaga roztropności; pozostałe zasady odnoszą się do
ludzkich władz pożądawczych: woli i uczuć, ponieważ funkcja cnót polega na
doskonaleniu zarówno działania, jak i samego człowieka. Najogólniejsza cnota
wprowadzająca rozumność w działanie jest sprawiedliwość, natomiast rozumne
ustosunkowanie się do uczuć wymaga dwóch cnót —umiarkowania, które
przeciwdziała pożądaniom pociągajacym człowieka do czegoś róznego od nakazów
rozumu, oraz męstwa, przeciwdziałajacego uczuciom odciągajacym go od nakazów
rozumu, takim jak lęk czy strach przed niebezpieczeństwami lub trudnościami. Od
strony podmiotów cnót, roztropność usprawnia rozum kierujący działaniem,
sprawiedliwość— wolę, umiarkowanie—uczucia pożądliwe, a męstwo—gniewliwe"
(Powszechna Encyklopedia Filozofii, http://www.ptta.pl/pef/pdf/c/cnotyiwady.pdf).
Dyskusja na temat postaw reprezentowanych przez powstańców
powinna skoncentrować się na pytaniu, czy działali oni zgodnie z nakazami rozumu
praktycznego, czy też nie; czy ich działanie charakteryzowało się rozwagą i
męstwem, czy też przeciwnie, lekkomyślnością i brawurą, które są wadami. Przyjrzyjmy
się bliżej opisowi tych oraz kilku innych wad:
"Wada przeciwna roztropności powstaje zasadniczo z jej braku (imprudentia)
i braku starań o jej zdobycie—co jest głównym zadaniem każdego człowieka—albo z
jej zaprzeczenia, tj. wykonywania działań pozbawionych jakiegoś istotnego jej
składnika: lekkomyślnych (z braku namysłu), porywczych czy impulsywnych,
niestałych (nagłe skierowanie ku czemuś innemu i odrzucenie słusznie przyjętego
sposobu działania). Wady przeciwne roztropności, aczkolwiek podobne do niej, to
skierowanie się ku niskiemu celowi (tzw. roztropność „ciała”); podstęp (użycie środków niezgodnych
z ogólnie przyjętymi zasadami, pozornie dobrych w słowie lub czynie, udawanie);
chytrość (obmyślanie takich środków); oszustwo (wykorzystanie ich tylko w czynie).
Wadą związana z nieroztropnością jest niedbalstwo, czyli brak troski i dbałości
(sollicitudo); polega na powolności namysłu, a szybkości wykonania; pokrewną
wadą jest nadmierna dbałość o rzeczy przyszłe i o rzeczy nieistotne" (tamże).
Natomiast wadą pozostającą w opozycji
do męstwa "jest tchórzostwo, wywołane strachem i lękiem; cofanie się przed wszelkim złem i unikanie
wszelkich trudności. Może istnieć również pewna nieustraszoność, biorąca się z
niedoceniania niebezpieczeństwa, a świadcząca o braku należnej miłości siebie,
ponieważ lęk jest skutkiem zagrożenia umiłowanego dobra. Wadą powstającą przez
nadmiar jest zuchwalstwo, czyli porywanie się na zbyt duże zło (wynika często z
próżności i z pychy) i upór (przeciwny wytrwałości), wynikający z nadmiaru
wytrwałości przy tym, co nie zasługuje, aby pokonywać zbyt duże trudności.
Cechą przeciwną do uporu jest zniewieściałość (miękkość)".
Nie będę podejmować próby dokonania całościowej oceny
działań walczących w postaniu, bo to po prostu jest niemożliwe. Sytuacja
każdego z powstańców była inna, każdy przypadek zasługuje na osobne
potraktowanie. Czy możliwa jest ocena decyzji podjętych przez dowódców
powstania? Na pewno warto rozpocząć dyskusję na ten temat, ale tak jak już
wcześniej wspomniałam, w oparciu o dobrą znajomość faktów. Na pewno można
jednak postawić ogólną tezę, że roztropność nie jest naszą narodową cnotą.
Męstwa nam nie brakuje (albo raczej nie brakowało, bo w tej chwili w Polsce
zatriumfowały konformizm i oportunizm), tyle że – w połączeniu z naszą polską
lekkomyślnością – często przeradzało się ono w zuchwalstwo (brawurę). Niestety "patrioci" rzadko poruszają tę kwestię. Poglądy reprezentowane przez obóz "patriotów" także więc są na rękę architektom światowej kultury pamięci, gdyż utrwalają
nasze narodowe wady, a w szczególności lekkomyślność, zuchwalstwo i naiwność.
Sprawa ma jeszcze jednej aspekt. Ulrike
Jureit i Christian Scheider w książce "Gefühlte Opfer: Illusionen der
Vergangenheitsbewältigung" („Czucie się ofiarami: iluzje przezwyciężenia
przeszłości”) wskazują na pewną kuriozalność niemieckiej kultury pamięci, która
polega na tym, że Niemcy utożsamiają się z ofiarami nazistów, a nie ze sprawcami.
Patrząc na polską kulturę pamięci o powstaniu warszawskim, można by zaryzykować
stwierdzenie, że mamy tutaj do czynienia z przypadkiem dokładnie odwrotnym.
Polacy, którzy byli ofiarami Niemców, czują się zwycięzcami… W ten oto sposób
następuje niebezpieczne przesunięcie akcentów. Niemcy wprawdzie czują się
ofiarami nazistów i solidaryzują się z innymi ofiarami, ale kiedy w grę wchodzą
Polacy, to przychodzi im to z wielkim trudem. A my od nich tego nawet nie
wymagamy, bo ogłosiliśmy się zwycięzcami… W ten oto sposób rzeczywiści sprawcy
tej wielkiej zbrodni stają się bytem zagadkowym, może nawet nierealnym. A stąd
już tylko krok do "polskich obozów koncentracyjnych"…
Pamiętajmy o powstaniu i mówmy o nim głośno, całemu światu.
Tak by światowa opinia publiczna wreszcie dowiedziała się o tym, że Polacy jako
naród walczyli z Niemcami i że zostali brutalnie przez nich spacyfikowani. Zadbajmy
też wreszcie o to, by popsuć dobre samopoczucie wszystkim naszym
"sojusznikom", którzy nie udzielili nam wtedy pomocy. To Rosjanie,
Anglicy, Amerykanie czy Francuzi ogłosili się politycznymi i moralnymi
zwycięzcami. A przecież brak udzielenia pomocy sojusznikowi to poważna plama na
honorze, której nie zmyje już chyba nic. Przede wszystkim jednak, musimy głośno
mówić o tych wydarzeniach, bo inaczej inni opowiedzą historię za nas. Za
przykład niech posłuży fragment broszury wydanej przez Bundeszentrale für
politische Bildung (Federalną Centralę Szkolenia Politycznego) Nr 307/ 2010,
pod tytułem "Jüdisches Leben in Deutschland” („Życie Żydów w Niemczech”),
w którym podana jest kłamliwa informacja o tym, że rzekomo polscy
przedstawiciele ruchu oporu nie udzielili pomocy Żydom walczącym podczas powstania
w Gettcie Warszawskim… Jeśli będziemy milczeć, to dożyjemy czasów, kiedy symbolem
ruchu oporu przeciwko nazistom staną się Stauffenberg & spółka. Wierni
słudzy Hitlera, którzy dopiero wtedy zdecydowali się na zamach na jego życie,
kiedy przestał być skutecznym…
Subskrybuj:
Posty (Atom)