Pokazywanie postów oznaczonych etykietą totalitaryzm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą totalitaryzm. Pokaż wszystkie posty

4.25.2014

Między emancypacją a technokratyzmem: prawo w służbie budowy Nowej Atlantydy?



[…] Fenomen społeczeństwa masowego, z charakterystyczną dla siebie standaryzacją i homogenizacją, wydaje się stać w sprzeczności do idei rewolucji podmiotów, która dąży do radykalnej emancypacji tego, co subiektywne. „Scentralizowana władza administracyjna trudna jest na ogół do pogodzenia z dążeniami do autonomii i samorządności funkcjonalnie i kulturowo zróżnicowanego społeczeństwa”[i]


Mamy więc tutaj do czynienia z pewną systemową ambiwalencją, która sprawia, że prawo tkwi w pewnym „szpagacie” między jednostkową autonomią a technokratyzmem. W epoce, w której wzajemna zależność ludzi od siebie jest coraz większa, kiedy „[s]kutki decyzji podejmowanych w jednych regionach czy sferach aktywności ludzkiej coraz bardziej zależą od programów realizowanych w innych regionach czy branżach[ii], państwo musiało jednak znaleźć sposób na skuteczne zarządzanie masami ludzkimi. Wyrazem tego jest przejście od systemów represyjnych, polegających na sterowaniu społeczeństwem poprzez zakazy i sankcje, do systemów promocyjnych, w których główną rolę odgrywają nakazy i gratyfikacje[iii]. W systemach tych podstawową rolę odgrywa regulacja poprzez bodźce: „W tym przypadku normodawca po to, by osiągnąć określone cele gospodarcze lub finansowe odwołuje się nie do nakazów i zakazów konkretnego postępowania, ale do różnego rodzaju bodźców finansowych, takich jak subwencje, subsydia, ulgi, koncesje, zwolnienia, zamówienia rządowe czy dotacje. […] Jeszcze bardziej subtelna i zdobywającą sobie coraz większą popularność formą regulacji poprzez bodźce jest sterowanie perswazyjne (Überzeugungsprogramme). W tym przypadku prawo, by osiągnąć określony cel, odwołuje się do perswazji, inicjując programy edukacyjne, kampanie reklamowe czy propagandowe (alkohol, nikotyna, zdrowie, ochrona środowiska), zamiast bezpośrednio zakazywać lub nakazywać określone działania”[iv]

2.17.2014

Będziecie jako bogowie czyli o kapitalizmie raz jeszcze (w odpowiedzi Kamilowi Kisielowi)

"Moje twierdzenie, że kapitalizm nie jest do pogodzenia z konserwatyzmem wynika z mojej oceny istoty nowożytnej modernizacji, która doskonale została opisana przez Hegla. Zgadzam się z nim, że procesy modernizacyjne przebiegają według reguł dialektyki i mają charakter deterministyczny. Przede wszystkim, zgadzam się z jego oceną, że człowiek nie jest ich podmiotem, tylko przedmiotem, (czy wręcz produktem – używając języka lewicy heglowskiej). Zanim przejdę do wyjaśnienia tych twierdzeń, muszę krótko wyjaśnić, czym jest dla mnie konserwatyzm. W moim ujęciu konserwatyzm stoi na gruncie personalistycznej koncepcji człowieka, która zakłada, że człowiek został stworzony na obraz i podobieństwo Boga, czyli został obdarzony wolną wolą i rozumem. Ponadto koncepcja ta zakłada, że prawdziwy rozwój człowieka jest możliwy tylko w oparciu o prawo natury, które człowiek jest w stanie poznać swoim rozumem. Koncepcja ta kłóci się więc z każdym determinizmem, jak również utylitaryzmem, które należą do istoty nowożytnych procesów modernizacyjnych."




9.10.2013

Jeśli nie „wartości rodzinne”, to co?

W tekście pt. „Wartości rodzinne” Adam Danek przypuścił atak na „charakterystyczną retorykę polityczną” środowisk katolickich, której wyróżnikiem jest „nieustanne odwoływanie się do pojęcia rodziny oraz powoływanie się w sporach politycznych na tak zwane „wartości rodzinne”, wymagające respektu i ochrony” (http://xportal.pl/?p=10188). Danek zarzucił polskim „pseudokonserwatystom”, iż ci de facto hołdują liberalizmowi, gdyż jego zdaniem retoryka „wartości rodzinnych” stanowi przykrywkę dla treści liberalnych.

Kilka z krytycznych argumentów Danka podniesionych przeciwko pojęciu „wartości rodzinnych” uważam za trafne. Niestety, tekst jako całość trudno potraktować poważnie. Postulaty Danka dotyczące tego, jak powinno wyglądać prawdziwie „konserwatywne” stanowisko w tej sprawie, doskonale bowiem wpisują się w formację intelektualną, którą za jednym z moich czytelników określam mianem „egzaltowanego idealizmu”.
 
Zacznijmy od tego, z czym się z Dankiem zgadzam. Uważam, że pojęcie „wartości rodzinnych” rzeczywiście zasługuje na krytykę, gdyż na krytykę zasługuje samo pojęcie „wartości”. Moja krytyka sięga więc dużo dalej i dotyczy np. także pojęcia „wartości chrześcijańskich”. Nie będę szczegółowo rozwijać tego zagadnienia, gdyż zasługuje ono na osobne omówienie. W tym miejscu chciałabym jedynie wskazać na to, że klasyczna koncepcja prawa naturalnego pojęcia „wartości” nie znała, i co więcej, zupełnie go nie 
potrzebowała. U podstaw tej koncepcji leżało przekonanie, że człowiek powinien rozumowo rozpoznawać, co jest zgodne z jego naturą, i odpowiednio kierować swoim postępowaniem. Koncepcja ta posługiwała się pojęciami „prawdy” i „dobra”, logosu i ethosu. Rodzina odgrywała w niej kluczową rolę, gdyż stanowiła najbliższą człowiekowi wspólnotę, w której mógł rozwijać się jako osoba.
 
Wskazując na liberalny podtekst pojęcia „wartości rodzinnych”, Danek kierował się więc słuszną intuicją. Jego twierdzenie, że za pomocą konstrukcji „wartości rodzinnych” próbuje się ratować to, co stanowi conditio sine qua non dalszego przetrwania społeczeństwa liberalnego, zasługuje na aprobatę. Odwoływanie się do różnorakich wartości stanowi bowiem reakcję na absolutyzację rozumu instrumentalnego, która dokonała się w nowożytności. Nowożytność zerwała z klasyczną koncepcją prawa naturalnego i stanęła na stanowisku, że człowiek musi przestać patrzeć „w zaświaty”, a zadaniem państwa jest zaspokajanie różnie zdefiniowanych interesów jednostek. Także możliwość prowadzenia życia rodzinnego może, zgodnie z nowożytną koncepcją, zostać ujęta w kategoriach interesu indywidualnego. I tak rzeczywiście zazwyczaj jest ujmowana.
 
Problem z tekstem Danka polega jednakże na tym, że niczym walec zrównuje krajobraz dużo bardziej zróżnicowany niż ten, który wyłania się z jego tekstu . Danek ma rację, twierdząc, że pojęcie „wartości rodzinnych” (podobnie jak pojęcie „wartości chrześcijańskich” etc.) przez wielu katolików używane jest w sposób mało refleksyjny. Jednakże wielu z nich, używając tego sformułowania, ma na myśli mniej więcej to, co odpowiada klasycznej koncepcji prawa naturalnego. Z jednej bowiem strony twierdzą oni, że rodzice powinni mieć prawo do wychowywania dzieci zgodnie ze swoimi przekonaniami. Z drugiej jednakże trudno przypuszczać, że broniliby takiego prawa w przypadku rodziców, którzy np. posyłaliby swoje kilkuletnie pociechy na prywatne kursy dotyczące edukacji seksualnej. Problem polskiej prawicy polega więc na tym, że jej przedstawiciele używają pojęcia, które jest obarczone balastem nowożytnego sposobu myślenia o państwie i prawie, zazwyczaj nadają mu jednak treść właściwą dla tradycji logocentrycznej.
 
Rację ma więc Danek, kiedy postuluje, aby prawica zaprzestała używać tego pojęcia (moim zdaniem, powinna także zaprzestać używania pojęcia „wartości chrześcijańskich”, które częstokroć w politycznych bójkach przeciwstawiane są tzw. wartościom europejskim, czyli tolerancji etc). Jednakże w kwestii tego, co Adam Danek i ja proponujemy w zamian, nasze drogi radykalnie się rozchodzą.
 
Stanowisko Danka jest antyliberalne, przez co rozumiem, że przede wszystkim jest „anty”. Danek oznajmia, iż: „Ważnym zadaniem ruchu narodowo-społecznego w Polsce jest wymiecenie z krajowego obiegu idei zarówno „wartości rodzinnych”, jak i całej reszty „konserwatywno-liberalnego” chłamu, a zastąpienie ich postulatami autentycznego konserwatyzmu”. Na czym jego zdaniem polegają postulaty autentycznego konserwatyzmu? Danek tak oto wyjaśnia swoje stanowisko: „Tymczasem dzieci powinny zostać wychowane zgodnie z religią przodków, tradycją, narodowym obyczajem i etosem państwowym”. Danek nie odwołuje się więc do koncepcji prawa naturalnego – w końcu jest on zaciekłym krytykiem arystotelesowsko-tomistycznego racjonalizmu. Po odrzuceniu koncepcji logocentrycznej zostają mu więc właśnie: religia przodków, tradycja, narodowe obyczaje i etos państwowy. Problem takiej koncepcji „autentycznego konserwatyzmu” polega jednakże na tym, że wszystkie te instytucje znajdują się w stanie zaniku, co sprawia, że zrealizowanie jego postulatów staje się faktycznie niemożliwe. Danek staje więc dokładnie przed tym samym problemem, co przedstawiciele konserwatywnej rewolucji, którzy postulowali stworzenie nowych instytucji (co stanowiło element rewolucyjny), które to miały być „godne zakonserwowania”. Czy Danek przedstawia, jak konkretnie miałyby wyglądać taka nowa tradycja, narodowe obyczaje czy etos państwowy? Niestety nie. A to od możliwości zaprojektowania, a następnie wdrożenia w życie takich instytucji zależy możliwość stworzenia „autentycznego konserwatyzmu” w rozumieniu Danka.
 
Wskutek odrzucenia arystotelesowsko-tomistycznego racjonalizmu Danek popada w egzaltowany idealizm, a nawet rodzaj propaństwowego mistycyzmu. Nie zauważa, że jego słuszne twierdzenie, iż „Własne przekonania indywiduów mogą być dowolne, także szkodliwe czy głupie, więc bynajmniej nie muszą być z definicji respektowane”, można także odnieść do przekonań wspólnotowych, nie mówiąc o przekonaniach rządzących. Historia pełna jest przykładów zbiorowej głupoty. Co więcej, atakowanie koncepcji wartości rodzinnych, bez podania realistycznej koncepcji w zamian, może przynieść skutki, które będą jeszcze gorsze niż stan obecny. Tak się bowiem złożyło, że publikacja jego tekstu zbiegła się w czasie ze sprawą niemieckiej rodziny Wunderlich, której policja brutalnie odebrała dzieci, gdyż nie były one przez rodziców posyłane do szkoły. W Niemczech nauczanie domowe jest zabronione od 1938 roku. Zakaz ten został wprowadzony po to, aby zapobiec powstawaniu społeczności paralelnych w stosunku do społeczeństwa formowanego przez ideologię narodowego socjalizmu. Po wojnie ustawa została utrzymana w mocy, a w tej chwili używana jest do narzucania społeczeństwu niemieckiemu „wartości europejskich”. Dla przeciętnego Niemca zakaz nauczania domowego jest czymś oczywistym, czego przykładem jest list skierowany przez niemieckiego obywatela Stefana Schmidta do amerykańskiego stowarzyszenia HSLDA (Home School Legal Defense Association), które nagłośniło sprawę rodziny Wunderlich (http://hslda.org/hs/international/Germany/201308300.asp?src=slide&slide=Wunderlich_map_Aug_30_2013&pos=1). Autor listu wyraża swoje pełne poparcie dla polityki państwa niemieckiego w stosunku do osób, które prowadzą nauczanie domowe. Jego zdaniem, „tak zwani rodzice” (czyli państwo Wunderlich) próbują pozbawić swoje dzieci możliwości wyrobienia sobie wolnego i otwartego poglądu świat. Ze względów religijnych chcą ich „wcisnąć do swojego małego świata”, nie licząc się z tym, czego te biedne dzieci chcą. Te ostanie nigdy nie miały szansy, żeby wyrobić sobie swoje własne zdanie temat wielu spraw, co zdaniem autora listu, nawet zasługuje na miano tortur, i co na pewno hamuje dzieci w ich rozwoju jako wolnych, tolerancyjnych i otwartych członków społeczeństwa. Jego zdaniem, państwo Wunderlich powinni trafić do więzienia i nie powinni z niego zostać wypuszczeni do momentu, aż dzieci ukończą szkołę (list został opublikowany na: https://www.facebook.com/hslda?hc_location=stream). Cóż, koncepcja Danka silnie współbrzmi z podstawowym twierdzeniem tego listu, czyli przekonaniem, że państwo stoi ponad rodzicami.
 
Problem Danka polega na tym, że ze względu na odrzucenie racjonalnej koncepcji prawa naturalnego, na podstawie której można ocenić, co jest racjonalne, dobre i zgodne z ludzką naturą, a co nie, jego koncepcja może stać się podkładką dla budowania nowego totalitaryzmu, opartego na nowej religii (praw człowieka), nowej tradycji, nowych narodowych obyczajach oraz etosie państwowym. W końcu chrześcijaństwo też nie istniało od zawsze, a dwory, klasztory i szkoły rycerskie, które swego czasu sprawowały ważną funkcję wychowawczą, także kiedyś stanowiły pewne novum. Każda tradycja ma bowiem swój początek.
 
A jak należy rozstrzygnąć to zagadnienie na gruncie klasycznej koncepcji prawa naturalnego? Zgodnie z nią prawo rodziców do wychowywania dzieci zgodnie z ich własnymi przekonaniami oczywiście nie może być absolutyzowane. Podstawę wychowania zawsze powinno stanowić dobro dziecka, a rozpoznanie tego, co jest dla dziecka dobre, a co nie, wymaga umiejętności prawidłowego posługiwania się rozumem praktycznym. Stąd też wysiłek konserwatystów powinien skoncentrować się na solidnej pracy wychowawczej, ale tej dotyczącej rodziców. To właśnie rodzicom powinno przekazywać się wiedzę na temat koncepcji i metod edukacji klasycznej oraz zasad etyki opartej na prawie naturalnym. Wychowanie nowych pokoleń nie jest sprawą wyłącznie prywatną, jego głównymi agentami są jednak rodzice, którzy najpierw sami muszą zostać odpowiednio uformowani przez wspólnotę, w której żyją.

3.04.2013

Bądź osobą, myśl… Kilka refleksji filozoficznych na temat filmu „Hannah Arendt”

Film "Hannah Arendt" (2012) jest trzecim dziełem duetu reżyserki Margarethe von Trotta oraz aktorki Barbary Sukowej, poświęconym znanym postaciom kobiecym. Barbara Sukowa zagrała już u von Trotty w "Róży Luxemburg" (1986) oraz w filmie "Wizja z życia Hildegardy z Bingen" (2009). Tym razem wcieliła się w postać żydowsko-niemiecko-amerykańskiej filozofki i działaczki społecznej, Hanny Arendt.
Akcja filmu toczy się w latach 1960-1964 i koncentruje się na wydarzeniach związanych z procesem Eichmanna. Jako korespodentka czasopisma "The New Yorker", Hannah Arendt z bliska obserwowała proces niemieckiego zbrodniarza. Do Jerozolimy jechała z przekonaniem, że uda jej się stanąć twarzą w twarz ze "złem radykalnym", o którym pisała w swojej słynnej pracy pt. "Korzenie totalitaryzmu". Arendt postawiła w niej tezę, że wraz z nazizmem pojawiło się zło radykalne, którego ludzkość wcześniej nie znała. Chantal Delsol w tekście pt. ""Banalność" zła" tak oto referuje jej stanowisko:

""Radykalne" znaczy tu "absolutne". Nie istnieje ani nie istniało nic podobnego: "Czyściec reprezentują obozy pracy w Związku Radzieckim, w których zaniedbywanie jest połączone z bezładną pracą przymusową. Piekło, w najdosłowniejszym znaczeniu, ucieleśniały udoskonalone przez nazistów typy obozów, w których całe życie było dokładnie i systematycznie zorganizowane z myślą o jak najdotkliwszej udręce" – pisze w "Korzeniach totalitaryzmu". Zwróćmy uwagę na wyrażenia: "piekło w najdosłowniejszym znaczeniu" oraz "udoskonalone". Obozy nazistów wyglądają tu jak "inna planeta". Poczucie nierealności, które ogarnia nas, kiedy próbujemy pojąć ich rzeczywistość, dobrze pokazuje, że ten system, charakteryzujący się "absolutnym obłędem" daje wgląd w coś, czego, jak się wydawało, nigdy na tej ziemi nie spotkamy: w zło absolutne. Arendt z okresu "Korzeni totalitaryzmu" skłonna jest traktować nazizm jako zło metafizyczne, różniące się jakościowo od innych barbarzyństw w historii".[1]
Wbrew oczekiwaniom Arendt, Eichmann okazał się jednak nie być diabłem wcielonym, ani nikim, kogo można by uznać za egzemplifikację zła radykalnego. Pod wpływem zeznań oskarżonego jej spojrzenie na sprawę zmieniło się, i to dość radykalnie. Swoje przemyślenia zawarła w kilku artykułach opublikowanych w "The New Yorker", a następnie w książce pt. "Eichmann w Jerozolimie. Rzecz o banalności zła". Publikacje wywołały olbrzymi skandal, a sama Arendt stała się obiektem ataku ze strony przyjaciół, amerykańskich intelektualistów, mediów, a przede wszystkim środowisk żydowskich.
Autorki scenariusza, Pam Katz i Margarethe von Trotta, pokazały Arendt jako osobę, która dążyła do jak najpełniejszego zrozumienia otaczającej ją rzeczywistości. Sprawa relacji między myśleniem a działaniem odgrywała dużą rolę w filozoficznym dorobku Arendt. Była także ściśle powiązana z jej własnym stosunkiem do świata. Również Holocaust był dla tej intelektualistki fenomenem, który powinien stać się przedmiotem racjonalnej refleksji. Autorki scenariusza filmu skoncentrowały się przede wszystkim na pokazaniu procesu dojrzewania jej nowego sposobu spojrzenia na sprawę zbrodni nazistowskich, a także sposobu, w jaki Arendt broniła się przed atakami ze strony swoich przeciwników. De facto głównym bohaterem filmu jest … myślenie, które często musi być wsparte cnotą męstwa, a więc odwagą mówienia rzeczy niepopularnych, za to popartych merytorycznymi argumentami.
Przyjrzyjmy się więc bliżej, jakiej przemianie uległo stanowisko Arendt podczas przysłuchiwania się procesowi Eichmanna. Przywołajmy raz jeszcze słowa Chantala Delsola:
"Obserwując oskarżonego, była przede wszystkim zaskoczona jego niepokojącą normalnością. Co oznacza "normalność"? Psychiatrzy zapewnili, że Eichmann nie jest szaleńcem. Przede wszystkim jednak nie wykazywał on żadnych cech charakterystycznych dla sadysty: chęci zadawania cierpienia, ostentacyjnego cynizmu czy szyderczej pogardy dla ludzi. W rzeczywistości wbrew "wszystkim wysiłkom oskarżenia każdy mógł się przekonać, że ten człowiek nie jest "potworem", jednak doprawdy trudno się było oprzeć wrażeniu, że jest błaznem" – pisze Arendt. Uświadamia sobie, że współpracownicy nazizmu nie byli "mordercami z natury", ale prostymi ludźmi, którzy słuchali rozkazów i nie rozumieli, dlaczego zarzuca się im lojalność – uznawaną generalnie za cnotę. "Normalność owa – konkluduje – była dużo bardziej przerażająca niż wszystkie potworności wzięte razem", ponieważ zwykły człowiek popełniał zbrodnie, nawet o tym nie wiedząc. W ten sposób Arendt odkrywa "straszną, niewypowiedzianą i niewyobrażalną banalność zła". "Banalność" nie oznacza, że należy uznać nazistów za niewinnych, przyjmując, iż wszyscy mogliby postąpić tak samo. Nie znaczy też, że chodzi o coś błahego: zbrodnia zawsze jest zbrodnią. Ale znaczy, że zło absolutne nie istnieje na tej ziemi (w przeciwnym razie znajdowałoby się właśnie w totalitaryzmie), ponieważ "przy najlepszej woli nie sposób odkryć u Eichmanna żadnej diabelskiej czy demonicznej głębi". I odrzuciwszy zło absolutne w porządku Absolutu, który tutaj nie istnieje, Arendt ponownie umieszcza nazizm w historii, porównując go z innymi jej potwornościami.[2]
W jednym z filmowych dialogów Arendt, w Jerozolimie, zwraca się do swoich znajomych ze słowami, że Eichmann nie jest Mefistofelesem. Podkreśla jego przeciętność i pewnego rodzaju tępą bezmyślność. Już wtedy teza ta spotyka się z niezrozumieniem ze strony jej rozmówców, co nie powstrzymuje Arendt przed umacnianiem się w takim właśnie przekonaniu.
Uwagę Arendt przyciąga sposób obrony Eichmanna, który posługiwał się skrajnie biurokratycznym i pozbawionym wszelkich emocji językiem. Eichmann stanął przed sądem nie jako odpowiedzialna za swoje czyny osoba, tylko jako funkcjonariusz państwowy (Leiter des Referats IV D 4, IV B 4), który odpowiedzialność za własne decyzje ponosi wyłącznie przed swoimi przełożonymi. Samego siebie przedstawił jako urzędnika, który rzetelnie wypełniał polecenia płynące z góry. Niewątpliwą wartością filmu jest wykorzystanie w nim oryginalnych nagrań z procesu, dzięki czemu widz ma okazję zobaczyć i usłyszeć fragmenty wypowiedzi Eichmanna. Warto nadmienić, że podczas procesu oskarżony zamnkięty był w szklanej komorze (w filmie nazwanej "szklaną klatką"), co miało podkreślić powszechnie przyjętą tezę o jego demoniczności.
Eichmann nigdy nie okazał najmniejszego poczucia winy. W filmie pokazany został fragment, w którym jeden z oskarżycieli zadaje mu pytanie o to, czy kiedykolwiek miał skrupuły moralne. Odpowiedź Eichmanna jest interesująca. Stwierdził bowiem, że oczywiście miał różne wątpliwości, ale nie były one do pogodzenia ze sprawowaną przez niego funkcją. Z tego powodu niejako był zmuszony do podzielenia swojej osobowiści na dwie, niepowiązane ze sobą części: sumienia i nazistowskiego urzędnika. Dualistyczne współistnienie obu tych części dawało mu możliwość ucieczki przed moralną odpowiedzialnością, gdyż w razie wystąpienia jakichkolwiek wątpliwości na podorędziu miał Eichmann "służbową" część swojej osoby. Od "służbowej części" mógł natomiast zawsze uciec w stronę tej moralnej, z czego jednakże nie wyniknęły żadne konkretny czyny. Eichmann stwierdził bowiem, że opór i tak by nic nie zmienił. Uznał, iż nie miało sensu polewać wodą rozżarzonego kamienia, gdyż prędzej woda by wyparowała, niż kamień by się schłodził. Uwadze oskarżyciela, że gdyby jednak wszyscy wykazali się odwagą cywilną, to opór byłby skuteczny, Eichmann przytaknął. Zaznaczył jednak, że musiałoby to dotyczyć przede wszystkim osób zajmujących wyższe stanowiska w hierarchii.
Warto na chwilę zatrzymać się nad jego odpowiedzią, gdyż jest ona interesująca z punktu widzenia jednej z najważniejszych dyskusji z zakresu filozofii polityki, dotyczącej problemu zepsucia natury człowieka i roli państwa w poskramianiu jego złych popędów. Wielu konserwatystów stoi na stanowisku radykalnego pesymizmu antropologicznego, uważając, że tylko państwo może obronić przed sobą doszczętnie zepsutych moralnie ludzi. Problematyczność tego stanowiska polega na tym, że przy przyjęciu skrajnego pesymizmu antropologicznego, funkcje państwowe również muszą sprawować doszczętnie zepsuci moralnie ludzie. Przedstawiciele skrajnego pesymizmu antropologicznego muszą więc uczciwie przyznać, że niezamierzonym przez nich punktem dojścia jest sytuacja, w której… ryba psuje się od głowy. I dokładnie przed tym ostrzegała inna postać odegrana wcześniej przez Barbarę Sukową, św. Hildegarda z Bingen: "Góry (…) zamiast nieustępliwie zacieśniać swe kontakty z Bogiem tak, aby stać się światłością świata, pozostają niedbałe i zamknięte”.[3] Postawę Eichmanna – i innych nazistowskich zbrodniarzy – można potraktować jako wypełnienie się tych właśnie słów niemieckiej świętej.
Kwestia pesymizmu antropologicznego (która nie została poruszona w filmie) prowadzi nas z powrotem do rozważań Arendt na temat natury zła. Zdaniem Arendt główną przyczyną powstania zbrodnicznej machinerii w III Rzeszy była zbiorowa ucieczka wielu Niemców od swojej osobowej natury. O Eichmannie Arendt mówi, że przestał chcieć być osobą: przestał myśleć, czuć i podejmować wolne decyzje. Dodaje, że nie był on głupi, tylko bezmyślny. Ostatecznie stwierdza, że nawajżniejszą lekcją, którą można było odrobić w Jerozolimie, było odkrycie, że taka właśnie bezmyślność i utrata kontaktu z rzeczywistością mogą wyrządzić dużo więcej zła niż wszystkie niebezpieczne popędy tkwiące w człowieku razem wzięte. Arendt powoływała się przy tym na klasyczną koncepcję natury człowieka, zgodnie z którą myślenie polega na umiejętności odróżniania prawdy od fałszu, dobra od zła. Jej zdaniem u podstaw systemu nazistowskiego legła wręcz niechęć Niemców do działania jako osoby, gdyż to związane byłoby z zadaniem sobie trudu odróżniania dobra od zła i zadawaniem sobie pytań o prawdę i kłamstwo. Na tym, jej zdaniem, polega też "banalność" zła: zło wynika z lenistwa i działania w mechaniczny, a więc tępy, bezmyślny sposób.
Arendt wskazała, że cały system stworzony przez nazistów czynił ludzi – jako osoby – zbędnymi, gdyż nie tylko sprawcy, ale też i ofiary zostały pozbawione możliwości realizacji swojej osobowej natury. Funkcjonowanie obozów koncentracyjnych opierało się na założeniu, że kara nie jest powiązana z winą, że za pracę nie należy się odpowiednie wynagrodzenie, że rzeczywistość jest jednym wielkim nonsensem. Arendt zarzuciła nazistom, że demoralizowali całą Europę, w tym także ofiary. Słowa te wypowiedziała m.in. w konkteście zarzutów, jakie skierowała pod adresem Judenratów, które ściśle współdziałały z Eichmannem w realizacji jego przedsięwzięcia. Jej zdaniem, rola Judenratów w przeprowadzeniu Holokaustu była "najciemniejszym epizodem w całej tej mrocznej historii".
Podsumowując zmianę swojego stanowiska, Arendt stwierdziła, że radykalne i głębokie może być tylko dobro. Zło natomiast jest skrajne (ekstremalne).
Dla autorek scenariusza potwierdzeniem diagnozy Arendt, dotyczącej "banalności", zła zdaje się być nagonka, która została rozpętana przeciwko Arendt po opublikowaniu jej artykułów w "The New Yorker" . Arendt zarzucono, że próbuje usprawiedliwić Eichmanna i zwolnić go z odpowiedzialności za jego czyny. Wielkie emocje wywołało oczywiście oskarżenie Arendt pod adresem Judenratów. Zdaniem jej przeciwników, Arendt próbowała zatrzeć różnicę między sprawcami a ofiarami. Przypisywano jej brak wrażliwości i uczuć, arogancję i co ciekawe, wyniosłość niemieckiej intelektualistki. Niektórzy posunęli się nawet do tego, by uznać ją za nazistkę. Dostała wiele listów z pogróżkami, nawet Mosad próbował powstrzymać ją przed publikacją książki. W środowiskach żydowskich została zorganizowana akcja mająca na celu zdyskretowanie jej osoby, również kariera naukowa Arendt zawisła na włosku. Przede wszystkim jednak odwróciło się od niej wielu bliskich przyjaciół.
Arendt nie ugięła się pod naciskiem opinii publicznej i nie wycofała z zajmowanego przez siebie stanowiska. Reakcje na jej teksty nazwała histerią, która wynika z braku podjęcia jakiejkolwiek próby intelektualnego zmierzenia się z przedstawionymi przez nią tezami. Nienawiść, z którą spotkała się ze strony wielu wykształconych ludzi, określiła jako wynik tej samej bezmyślności, która doprowadziła do śmierci wielu milionów Żydów. Jej słowa zawierały ostrzeżenie przed możliwością pojawienia się kolejnej wielkiej tragedii, której zapobiec może tylko dogłębne rozpoznanie przyczyn tej ostatniej.
Film pokazuje, że wielu intelektualistów oraz innych osób opowiedzialnych za kształtowanie opinii publicznej dołączyło się do nagonki na Arendt z powodu czystego oportunizmu. W filmie pojawia się scena, w której przyjaciółka Arendt, Mary McCarthy zarzuca jej oponentom rażący brak odwagi i oportunizm, a nawet sugeruje, że niektórzy z nich próbują w ten sposób zrobić karierę. Autorki scenariusza wykorzystały sprawę takiej właśnie reakcji opinii publicznej do tego, by pokazać mechanizmy kształtowania się opinii publicznej w nowoczesnych i wydawałoby się, wolnych i otwartych społeczeństwach. Sprawa Arendt dobitnie pokazała, że podstawą roprzestrzeniania się wielu poglądów nie jest ich merytoryczna zasadność. A o tym, które idee będą kształtować opinię publiczą, decydują różnego rodzaju mechanizmy. W grę wchodzi zderzenie się różnorakich interesów, logika rynku i związane z nią wywieranie presji na wydawców, oportunizm, konformizm, lenistwo intelektualne mas, które wolą trzymać się wygodnych mitów, niż zajmować się wymagającymi intelektualnie pytaniami.
Kwestia myślenia i odpowiedzialności osoby za czyny została w filmie w bardzo ciekawy sposób powiązana także z osobą Martina Heideggera, z którym Arendt w młodości miała romans. Jako studentka intensywnie przysłuchiwała się wykładom swojego mistrza, w których dużo mówił on na temat myślenia i rozumienia. W filmie pojawia się scena retrospektywna, w której młoda studentka Arendt dyskutując ze znanym już filozofem, zarzuca mu, że oddziela od siebie myślenie i czucie (namiętność, pasję). Jej zdaniem istnieje także coś takiego jak "namiętne myślenie" (leidenschaftliches Denken). Po przejęciu władzy przez nazistów w 1933 Arendt opuściła Niemcy. Heidegger wstąpił do NSDAP i zaczął służyć nowej władzy. Arendt nigdy nie mogła zrozumieć, jak to się stało, że osoba takiego pokroju była w stanie poprzeć Hitlera i jego reżim. Po wojnie kilka razy spotkała się z Heideggerem. W filmie pojawia się scena, w której Arendt wprost mówi Heideggerowi, że spotkała się z nim właśnie po to, żeby zrozumieć jego zachowanie. Heidegger przyjął postawę dziecka, które nie rozumie świata dorosłych. Odparł jej mianowicie, że nie rozumie świata polityki i w tej kwestii jest jak małe dziecko, które chce się nauczyć rozumienia tych spraw. Arendt nalegała, aby wypowiedział się publicznie i skończył z milczeniem na temat swojego zachowania.
W konkteście tego wątku nasuwa się oczywiście refleksja na temat kondycji współczesnej filozofii, która powinna dawać ludziom wskazówki dotyczące odróżniania prawdy od fałszu, dobra od zła. Postawa Heideggera w stosunku do Hitlera i jego przestępczej bandy dobitnie pokazała, że współczesna filozofia także jest częścią problemu. W oczach wielu krytyków nowożytnej tradycji filozoficznej, takie są właśnie skutki odcięcia się nowożytności od klasycznej metafizyki, która zakłada istnienie obiektywnej prawdy. Zgodnie z klasyczną metafizyką, to obiektywna prawda jest przedmiotem filozoficznego namysłu, jej poznawanie powinno być również fundamentem działalności politycznej człowieka. W oczach klasyków, "filozof", który mówi o sobie, że nie rozumie świata polityki, nie może zasługiwać na miano filozofa…
Podsumowując, należy stwierdzić, że film porusza fundamentalne pytania dotyczące kondycji współczesnych społeczeństw. Po jego obejrzeniu autorce tego tekstu nasunęła się przede wszystkim refleksja dotycząca zdolności przetrwania nowoczesnych społeczeństw, które wykazują nikłe zainteresowanie prawdą, a w których o przekonaniach opinii publicznej decydują różnego rodzaju mechanizmy. Są to mechanizmy sterowane przez ludzi i sterujące ludźmi, którzy tak jak Eichmann, nie chcą być osobami.
Czy diagnoza Arendt dotycząca "banalności" zła jest ostatecznym wytłumaczeniem tamtych wydarzeń? Na pewno nie. Jednakże pytania, które postawiła, jak i odpowiedzi, których udzieliła, ciągle nie znalazły odpowiedniego miejsca w publicznej debacie na temat zbrodni nazistowskich. Przeciętny zjadacz chleba uwierzył już bowiem, że przyczyną Holocaustu były rzekomo chrześcijański antysemityzm i … brak demokracji. Taki stan rzeczy świadczy o tym, że przestrzeń publiczna już prawie doszczętnie została zadżumiona plagą tępej bezmyślności. Przed czym to Arendt swego czasu nas ostrzegała.
Magdalezna Ziętek
 
1. Chantal Delsol, "Banalność" zła, http://www2.tygodnik.com.pl/tp/2808/kraj05.php.
2. Tamże.
3. Za: Św. Hildegarda z Bingen wg Plinio Correa de Oliveira, http://konserwatywnaemigracja.com/?p=114.

2.07.2013

Uwolnić wodę uwięzioną w lodowcach

Jednym ze zwrotów, których dość często używała moja nauczycielka geografii w liceum, było sformułowanie „woda uwięziona w lodowcach". Moi pomysłowi koledzy zostali nim tak zainspirowani, że któregoś dnia pojawili się w szkole z transparentem, na którym widniał napis: „Uwolnić wodę uwięzioną w lodowcach!”

Hasło to przypomniało mi się w kontekście ostatniego projektu Ruchu Palikota, zgodnie z którym każdy po ukończeniu 16 roku życia powinien mieć prawo do ostatecznego określenia swojej płci. Ruch Palikota kwestionuje bowiem określanie płci przy urodzeniu dziecka na podstawie wyglądu jego narządów płciowych i badań genetycznych. Od płci biologicznej ważniejsza miałaby być  tzw. tożsamość płciowa. 

1.26.2013

Głupota wspomagana (za pieniądze podatnika)


Niedawno wpadła mi w ręce odezwa Instytutu Obrony Zdrowia Naturalnego dotycząca wprowadzonego przez prawo UE zakazu zamieszczania pewnych informacji na opakowaniach zawierających leki naturalne: 

"14 grudnia 2012 r. to czarny dzień dla wszystkich pacjentów w Unii Europejskiej. Tego dnia w Polsce – tak jak w pozostałych krajach UE – zaczęło obowiązywać rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady Unii Europejskiej nr 1924/2006/CE. Zakazuje ono producentom naturalnych środków leczniczych zamieszczania na opakowaniach informacji o ich korzyściach terapeutycznych.  Jeśli nie odczuli Państwo jeszcze do dziś tej zmiany, sprawdzając choćby opakowania na półkach w supermarkecie, to dlatego, że producenci wyprzedają jeszcze swoje zapasy. Jednak już wkrótce niezwykle trudno będzie wybrać odpowiednie preparaty naturalne, gdyż na ich opakowaniach nic nie będzie napisane. Ta decyzja Unii Europejskiej stoi w sprzeczności z wolą jej obywateli, którzy wybierają leczenie za pomocą naturalnych środków, nie chcąc narażać się na potencjalnie poważne skutki uboczne leków chemicznych. Ingeruje ona w nasze podstawowe prawa. Pacjenci muszą mieć prawo wyboru sposobu swojego leczenia! Instytut Obrony Zdrowia Naturalnego w dalszym ciągu prowadzi w większości krajów Unii Europejskiej akcję protestacyjną przeciwko temu rozporządzeniu. W 2012 roku Komisja Europejska otworzyła bowiem możliwość zaskarżenia tych regulacji w drodze referendum obywatelskiego. Jednak aby nasz głos został wysłuchany, potrzebujemy zebrać 1 milion podpisów w całej Europie. W Holandii udało się uzyskać poparcie rządu już po zebraniu około 25 000 podpisów. W Polsce mamy już niemal 50 000 podpisów. Ale to nie wystarczy. Podobnie jak w Hiszpanii, Francji i innych krajach Unii wciąż walczymy o jeszcze większe wsparcie tej inicjatywy. Dziękuję więc Państwu za dotychczasowe wsparcie, ale nadal jest ono potrzebne. Prosimy w dalszym ciągu o przekazywanie informacji na temat tej petycji członkom rodziny, przyjaciołom i znajomym. Aby podpisać petycję, proszę kliknąć ten link: http://iozn.pl/podpisz-petycje-w-obronie-medycyny-naturalnej/". 

1.16.2013

WOŚP – nowa forma kolektywizacji


Każdy system totalitarny ma swoje symbole i hasła, które stanowią cześć jego wizerunku. Wielu Polakom PRL kojarzy się z takimi zawołaniami jak "kobiety na traktory", czy też z różnymi zwrotami piętnującymi "pasożytów społecznych". Niewątpliwie częścią nowego totalitaryzmu, który jest mozolnie i konsekwetnie budowany na naszych oczach, staje się WOŚP. Każdy bowiem, kto się odważy skrytykować Owsiaka & spółkę, traktowany jest jak prawdziwy wróg społeczny. 

Np. porównanie WOŚP przez Martę Kaczyńską oraz Rafała Ziemkiewicza do nazistowskiej pomocy zimowej podniosło wielu Polakom ciśnienie. Ja natomiast żywię dużą sympatię do takiego postawienia sprawy. Czytając bowiem tekst autorstwa Pawła Rybickiego pt. "Wielka Orkiestra Nazistowskiej Pomocy" dotyczący niemieckiej pomocy zimowej, trudno mi oprzeć się wrażeniu, że doskonale opisuje on właśnie WOŚP: 

"Każdego roku, u progu zimy, nadchodził czas, gdy cały naród jednoczył się w dziele pomocy bliźnim. Na ulice miast i miasteczek wyruszały tysiące wolontariuszy z czerwonymi puszkami. Zbierali pieniądze, ochoczo wręczane im przez obywateli. Rozemocjonowane media wychwalały altruistyczne zachowanie rodaków. Wszyscy wspierali akcję: politycy, wojskowi, artyści. Zagraniczni dziennikarze ze zdumieniem przyglądali się temu zimowemu festiwalowi dobroczynności. Pewien Amerykanin zanotował, że puszki ostentacyjnie wystawiano w knajpach i sklepach. Nikt nie chciał być posądzony o unikanie udziału w akcji. Nie tylko właściciele biznesów bali się osądu innych. Większość obywateli w dniu akcji zerkało jeden na drugiego, sprawdzając, czy dostatecznie gorliwie bierze udział w charytatywnych uniesieniach. Równocześnie wszyscy radośnie zapewniali się o swej solidarności.
Po zakończeniu zbiórki naród niecierpliwie czekał na ogłoszenie wyników. Czy udało się zebrać więcej ni poprzednim razem? Czy byliśmy dostatecznie szczodrzy? Czy tegoroczne Winterhilfswerk odniosło sukces?
" (http://rybitzky.salon24.pl/266497,wielka-orkiestra-nazistowskiej-pomocy). 


Brzmi bardzo znajomo. Nazistowska pomoc zimowa na pewno różni się od WOŚP w kwestiach prawno-organizacyjnych. Winterhilfswerk organizowany był przez państwo niemieckie, a wolontariusze sprzedawali znaczki, co znacznie utrudniało defraudację zebranych pieniędzy (w tej kwestii Owsiak & spółka mogliby czegoś nauczyć się od nazistów, co oczywiście nie leży w ich interesie). No i ideologia była ciut inna: jak "przystało" na narodowy socjalizm, nazistowska pomoc zimowa miała służyć zacieśnianiu więzi między niemieckimi obywatalemi. Natomiast w przypadku WOŚP, która jest dzieckiem socjalizmu internacjonalistycznego oraz oświeceniowego kultu człowieka, chodzi o pogłębianie solidarności międzyludzkiej. W obu jednak przypadkach mamy do czynienia z ukolektywnieniem dobroczynności oraz wykorzystywaniem jej do budowania nowego kolektywu. 

Ktoś mógłby spytać: a co jest złego w pogłębianiu solidarności międzyludzkiej? Wszystko, jeśli człowiek wierzy w to, że sam może stworzyć raj na ziemi. Nic, jeśli fundamentem budowania solidarności jest przykazanie miłości bliźniego, które ściśle powiązane jest z przykazaniem miłości do Boga. Chodzi więc o to, by dostrzegać fundamentalne różnice między katolicką cnotą miłosierdzia a Owsiakowym cyrkiem, który funkcjonuje w oparciu o całą gamę kolektywnych ludzkich zachowań. Nie, nie chodzi mi o to, że ludzi trzeba zmuszać do bycia katolikami. Chodzi mi wyłącznie o to, by katolików nikt nie zmuszał do bycia marksistami. A w tej chwili mamy do czynienia z sytuacją, w której na całe społeczeństwo wywierana jest coraz silniejsza presja, by utożsamiać się z WOŚP i ideologią, która za nią stoi.  

Polacy są bardzo dumni z tego, że WOŚP powstało w Polsce. A ja, żyjąc w Niemczech, cieszę się, że nie mam tutaj (być może jeszcze) do czynienia z jakimś nowym wydaniem nazistowskiego winterhilfswerku. A z cnoty miłosierdzia nie będą rozliczać mnie skolektywizowane marionetki, tylko sam Bóg.