Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polskie obozy koncentracyjne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polskie obozy koncentracyjne. Pokaż wszystkie posty

10.19.2013

RFN dąży do zatarcia się śladów zbrodni niemieckich?

W związku z obchodami 70. rocznicy wybuchu powstania w niemieckim nazistowskim obozie zagłady Sobibór,  14 października b.r. Międzynarodowy Komitet Oświęcimski/Auschwitz zaapelował  do rządu Niemiec o wsparcie prac przy zachowaniu miejsca pamięci, w którym zginęło ponad 250 tys. ludzi.
 
Apel związany jest z tym, że do tej pory strona niemiecka nie wyraziła specjalnego zainteresowania wsparciem projektu mającym na celu upamiętnienie zbrodni popełnionych przez Niemców w tym obozie.  

8.13.2012

Powstanie warszawskie. Kość niezgody


Rokrocznie wokół obchodów rocznicy wybuchu powstania warszawskiego dochodzi do ostrych słownych przepychanek między "patriotami" i "racjonalistycznymi realistami". Przepychanek, bo trudno to nazwać dyskusją. I tak, z jednej strony mamy apologetów powstania, którzy z ulubieniem powtarzają twierdzenie o odniesieniu przez Polaków zwycięstwa moralnego. Natomiast druga strona odpowiedzialnością za śmierć wielu tysięcy osób oraz zniszczenie stolicy obarcza (wyłącznie) dowódców powstania. W ubiegłym roku miał się nawet odbyć sąd nad powstaniem warszawskim. Oskarżycielami dowódców zbrojnego zrywu mieli być prezydent miasta Stalowej Woli, Andrzej Szlęzak, oraz Janusz Korwin-Mikke. Ostatecznie do procesu nie doszło.  Naprzeciwko siebie stoją więc dwa obozy: pierwszy głośno wykrzykuje patriotyczne hasła, a drugi zaciekle "pałuje" patriotów.   

Niestety, zarówno "patrioci", jak i "racjonaliści" wykazują się fundamentalnym brakiem przytomności politycznej. Obchodzenie rocznicy wybuchu powstanie jest ważne. Nawet bardzo ważne. Wszystko jednak rozbija się o sposób upamiętniania tego wydarzenia. 

Powstanie warszawskie jest wydarzeniem o wielkim znaczeniu historycznym i powinno wreszcie znaleźć godne miejsce w światowej kulturze pamięci dotyczącej II Wojny Światowej. Jednak architekci kultury pamięci  sobie tego nie życzą. W tej chwili to Holokaust zajmuje w niej centralne miejsce. Pokazanie martyrologii narodu polskiego doprowadziłoby do pewnego zrelatywizowania takiego obrazu niemieckich zbrodni. Co więcej, architekci kultury pamięci dbają o to, by światowej opinii publicznej Polska kojarzyła się przede wszystkim – a najlepiej wyłącznie – z "polskimi obozami koncentracyjnymi". Natomiast faktyczny przebieg okupacji niemieckiej w Polsce jest wielkim tematem tabu. Światowa opinia publiczna nie ma ŻADNEGO pojęcia o tym, z jak wielką brutalnością Niemcy traktowali Polaków. Zamiast tego karmiona jest propagandą,  która Polaków przedstawia jako nacjonalistów i antysemitów, którzy gorliwie pomagali Niemcom w mordowaniu Żydów. Utrwalaniu takiego właśnie obrazu służą m.in. produkcje filmowe. I tak, film "Wielki tydzień" Andrzeja Wajdy pokazuje karuzelę, która została ustawiona tuż przy murze płonącego getta w Warszawie. Obraz ten ma być dowodem na niewrażliwość Polaków w obliczu tragedii Żydów (o tym, że karuzela prawdopodobnie została ustawiona z inicjatywy samych Niemców, film oczywiście milczy). Najnowsza produkcja Agnieszki Holland "W ciemności" także powiela obraz Polaków – antysemitów. Warto też zacytować fragment artykułu Pawła Łepkowskiego pt. "Antypolonizm a Żydzi", w którym autor porusza kwestię antypolskiej propagandy:

"Jeżeli ktokolwiek kiedykolwiek bardziej fałszował historię świata niż Hollywood, to należy mu się specjalne miejsce dla VIP-a w piekle. W jednym z pierwszych odcinków serialu telewizyjnego „Wojna i pamięć” jest scena, kiedy polski żołnierz zatrzymuje wyjeżdżający z oblężonej Warszawy samochód, w którym jadą Aaron i Natalie Jastrow. Polski wojak jakimś cudem natychmiast rozpoznaje w bohaterach Żydów, po czym wygłasza plebejski, antysemicki komentarz i nie pozwala na przejazd pojazdu. W innym serialu – pt. „Holocaust” – jest scena, kiedy polscy żołnierze w zielonych mundurach i czapkach-rogatywkach rozstrzeliwują na oczach zadowolonych Niemców powstańców warszawskiego getta. Inna scena z tego serialu pokazuje polskich żołnierzy prowadzących pod karabinami ludność żydowską na Umschlagplatz. Serial „Holocaust” był wyświetlany na History Channel jako znakomity i wierny faktom historycznym obraz przedstawiający zagładę Żydów w czasie II wojny światowej. Obrzydliwym blamażem, bezczelnie fałszującym historię Polski i Polaków czasów okupacji, była inna szmira hollywoodzka pt. „Wybór Zofii”, z Meryl Streep w roli głównej. Bohaterką tego filmu jest głupawa mieszkanka Krakowa, córka polskiego nacjonalisty, który tworzy przed wojną polski plan „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”. Dalsze komentarze pod adresem tego filmowego łajdactwa są zbędne."( http://nczas.com/publicystyka/lepkowski-antypolonizm-a-zydzi/). 

W tym kontekście należy przypomnieć o antypolskiej propagandzie uprawianej swego czasu przez Hollywood, co opisał Michał Biskupski w książce "Nieznana wojna. Hollywood przeciwko Polsce. 1939 – 45". Jednym słowem, nic nowego. Architekci światowej kultury pamięci dbają więc o to, by światowej opinii publicznej niemiecka okupacja w Polsce kojarzyła się w taki oto sposób: Polacy podczas II Wojny Światowej miło spędzali czas, bawiąc się na karuzeli, i gorliwie pomagali Niemcom w przeprowadzaniu Holokaustu (natomiast amerykańska dziennikarka Debbie Schlussel dodałaby, że bilety na karuzelę Polacy opłacili pieniędzmi, które dostali od Niemców za swój współudział w Holokauście…) Co więcej, produkcje filmowe coraz częściej przedstawiają Niemców jako przyjaciół Żydów albo nawet ofiary nazistów. Wystarczy tutaj wspomnieć  "Listę Schindlera"  Stevena Spielberga, "Ucieczkę" Kaia Wessela albo "Walkirię" Bryana Singera (z Tomem Cruisem w roli głównej). 

Architektom nowej światowej polityki historycznej powstanie warszawskie wybitnie nie pasuje do pisanej przez nich opowieści. Powstanie jest bowiem dowodem koronnym na to, że naród polski nie tylko do samego końca walczył przeciwko Niemcom, ale także został  przez nich brutalnie spacyfikowany. Gdyby światowa opinia publiczna dowiedziała się o tym, być może zaczęłaby nawet nam współczuć. A tymczasem nas, polskich bandytów, nacjonalistów i antysemitów,  ma nie lubić nikt. 

Architekci światowej kultury pamięci są więc żywo zainteresowani tym, aby polską kulturę pamięci ukształtować tak, jak to leży w ich własnym interesie. Przepychanki między "patriotami" i "realistami", jak również poglądy reprezentowane przez obie strony, są im jak najbardziej na rękę.  

Zacznijmy od "racjonalistów" i "realistów".  Frakcja ta z ulubieniem powtarza twierdzenie, że główną odpowiedzialność za skutki powstania ponosi dowództwo AK. Twierdzenie to wręcz idealnie wpasowuje się w opowieść pisaną przez architektów światowej kultury pamięci: jak zwykle, wszystko co najgorsze, to my, inni są czystymi jak łza aniołami. A w tym przypadku odpowiedzialność za masakrę ponoszą Niemcy, którzy przecież, zdaniem jednego z przedstawicieli frakcji "racjonalistów", latem 1944 roku zachowywali się zupełnie "racjonalnie". Takie stawianie sprawy wynika między innymi z faktu, że w nowożytności pojęcia "racjonalizmu" oraz "realizmu politycznego" zostały zwulgaryzowane, gdyż zaczęto ich używać dla usprawiedliwiania nawet najbardziej niemoralnych czynów. Wystarczyło, żeby cel tych czynów był "słuszny", czyli aby polegał na zdobyciu albo utrzymaniu władzy (machiawelizm). Dokładnie takie rozumienie "realizmu politycznego" reprezentowane jest przez wspomnianą tutaj frakcję. Działanie "racjonalne" to działanie skuteczne. Liczy się tylko władza i skuteczność. Ci, którzy tej władzy nie mają i próbują po nią sięgnąć, są zwykłymi rebeliantami, których należy doszczętnie zniszczyć. Na gruncie machiawelicznej koncepcji "realizmu politycznego" nie można kradzieży nazwać kradzieżą, czy jakiejkolwiek zbrodni: zbrodnią. To tylko środki techniczne, które okażą się słuszne, jeśli cel zostanie osiągnięty. W tym konkretnym przypadku władzę mieli Niemcy, a utrzymali ją za pomocą dostępnych w tym momencie środków. Jednym słowem, prawowici gospodarze Warszawy, w momencie gdy utracili swoją władzę, stali się zwykłymi bandytami. Natomiast okupanci stali się prawowitą władzą… Niemcy mieli więc "prawo" wymordować wiele tysięcy Polaków oraz zniszczyć stolicę i nie ponoszą za to odpowiedzialności. To "rebelianci" są winni, bo nie powinni byli prowokować władzy.  Ofiara staje się sprawcą, a sprawca ofiarą. Takie stawianie sprawy, oczywiście, jest nie do zaakceptowanie z punktu widzenia katolickiej koncepcji rozumu praktycznego i realizmu politycznego. Zbrodnia jest zbrodnią, a w tym konkretnym przypadku to Niemcy ponoszą główną odpowiedzialność za swoje czyny.

W przypadku dowódców powstania można co najwyżej mówić o przyczynieniu się do powstania szkody. Ostateczne udzielenie odpowiedzi dotyczącej zakresu tej odpowiedzialności wymaga przeprowadzenia starannej analizy w oparciu o głęboką wiedzę historyczną oraz szacunek dla faktów. A tego nie widzę u przedstawicieli frakcji "racjonalistów". Zamiast tego szafują oni na prawo i lewo twierdzeniami, że dowództwo AK wiedziało to a tamto, a siamto i owamto powinno było wiedzieć. Jednym słowem, "racjonaliści" sami przyczyniają się do tego, że prawdziwie naukowe podejście do sprawy ciągle pozostaje w sferze pobożnych życzeń. 

Podsumowując, należy stwierdzić, że frakcja "realistów politycznych" notorycznie pomija milczeniem fakt, że Niemców wtedy w ogóle nie powinno było być w Warszawie, jak również, że to oni mordowali Polaków i niszczyli miasto, a nie dowództwo AK… Takie stawianie sprawy przypomina twierdzenie, że to nie gwałciciel, a ofiara gwałtu jest główną odpowiedzialną za swoją niedolę, gdyż nosiła zbyt krótką spódniczkę… Złodziej, który broni swojej zdobyczy, nie może zostać postawiony na równi – albo nawet wyżej – niż właściciel, który próbuje ją odzyskać.  Frakcja "racjonalistyczno-realistyczna" pracuje więc ręka w rękę z architektami światowej kultury pamięci. Ostatecznie to Polacy mają zostać obarczeni odpowiedzialnością za tę zbrodnię, tak już jak zostali obarczeni odpowiedzialnością za rozbiory i prześladowania ze strony zaborców po wszystkich innych powstaniach. Jednocześnie pruski bandytyzm czy też carski despotyzm i imperializm stały się ucieleśnieniem politycznego "racjonalizmu" i "realizmu"… ( Hannah Arendt ma rację, twierdząc, że nowożytność dokonała  gloryfikacji przemocy.  Ostatecznie racjonalnie i realistycznie działa ten, kto jest po prostu silniejszy). 

Przyjrzyjmy się teraz frakcji "patriotów". Przedstawiciele tego obozu ciągle podkreślają gotowość powstańców do oddania swojego życia za ojczyznę, jak również ich waleczność. Z ulubieniem powtarzany jest też argument o "zwycięstwie moralnym" walczących. Niestety, także i ta frakcja jest na bakier z katolicką doktryną realizmu politycznego. Dlaczego? Ważnym elementem składowym arystotelesowsko-tomistycznej koncepcji rozumu praktycznego jest teoria cnót i wad. Przyjrzyjmy się jej bliżej: 

"Ze względu na osobowę, tj. rozumną i wolną naturę człowieka rozróżniono sprawności dotyczące rozumu dianoetyczne, poznawcze): mądrość, intuicja, nauka, roztropność i sztuka, oraz sprawności dotyczące woli (etyczne): sprawiedliwość, umiarkowanie i męstwo, które w połaczeniu z roztropnością zyskały miano cnót kardynalnych, ze względu na ich najogólniejszy charakter, doniosłość i decydujące znaczenie w życiu człowieka, które zawsze jest moralne—skierowane ku dobru albo złu. Tomasz z Akwinu uważa, ze liczba cnót kardynalnych wynika z formalnych zasad (principia formalia) działania ludzkiego lub podmiotów tych cnót. Pierwsza zasada formalna działania bytu rozumnego jest akt rozumu (w jego funkcji praktycznej), który wymaga roztropności; pozostałe zasady odnoszą się do ludzkich władz pożądawczych: woli i uczuć, ponieważ funkcja cnót polega na doskonaleniu zarówno działania, jak i samego człowieka. Najogólniejsza cnota wprowadzająca rozumność w działanie jest sprawiedliwość, natomiast rozumne ustosunkowanie się do uczuć wymaga dwóch cnót —umiarkowania, które przeciwdziała pożądaniom pociągajacym człowieka do czegoś róznego od nakazów rozumu, oraz męstwa, przeciwdziałajacego uczuciom odciągajacym go od nakazów rozumu, takim jak lęk czy strach przed niebezpieczeństwami lub trudnościami. Od strony podmiotów cnót, roztropność usprawnia rozum kierujący działaniem, sprawiedliwość— wolę, umiarkowanie—uczucia pożądliwe, a męstwo—gniewliwe" (Powszechna Encyklopedia Filozofii, http://www.ptta.pl/pef/pdf/c/cnotyiwady.pdf). 

Dyskusja na temat postaw reprezentowanych przez powstańców powinna skoncentrować się na pytaniu, czy działali oni zgodnie z nakazami rozumu praktycznego, czy też nie; czy ich działanie charakteryzowało się rozwagą i męstwem, czy też przeciwnie, lekkomyślnością i brawurą, które są wadami. Przyjrzyjmy się bliżej opisowi tych oraz kilku innych wad: 

"Wada przeciwna roztropności powstaje zasadniczo z jej braku (imprudentia) i braku starań o jej zdobycie—co jest głównym zadaniem każdego człowieka—albo z jej zaprzeczenia, tj. wykonywania działań pozbawionych jakiegoś istotnego jej składnika: lekkomyślnych (z braku namysłu), porywczych czy impulsywnych, niestałych (nagłe skierowanie ku czemuś innemu i odrzucenie słusznie przyjętego sposobu działania). Wady przeciwne roztropności, aczkolwiek podobne do niej, to skierowanie się ku niskiemu celowi (tzw. roztropność  „ciała”); podstęp (użycie środków niezgodnych z ogólnie przyjętymi zasadami, pozornie dobrych w słowie lub czynie, udawanie); chytrość (obmyślanie takich środków); oszustwo (wykorzystanie ich tylko w czynie). Wadą związana z nieroztropnością jest niedbalstwo, czyli brak troski i dbałości (sollicitudo); polega na powolności namysłu, a szybkości wykonania; pokrewną wadą jest nadmierna dbałość o rzeczy przyszłe i o rzeczy nieistotne"  (tamże).

Natomiast wadą pozostającą w opozycji  do męstwa "jest tchórzostwo, wywołane strachem i lękiem;  cofanie się przed wszelkim złem i unikanie wszelkich trudności. Może istnieć również pewna nieustraszoność, biorąca się z niedoceniania niebezpieczeństwa, a świadcząca o braku należnej miłości siebie, ponieważ lęk jest skutkiem zagrożenia umiłowanego dobra. Wadą powstającą przez nadmiar jest zuchwalstwo, czyli porywanie się na zbyt duże zło (wynika często z próżności i z pychy) i upór (przeciwny wytrwałości), wynikający z nadmiaru wytrwałości przy tym, co nie zasługuje, aby pokonywać zbyt duże trudności. Cechą przeciwną do uporu jest zniewieściałość (miękkość)".  

Nie będę podejmować próby dokonania całościowej oceny działań walczących w postaniu, bo to po prostu jest niemożliwe. Sytuacja każdego z powstańców była inna, każdy przypadek zasługuje na osobne potraktowanie. Czy możliwa jest ocena decyzji podjętych przez dowódców powstania? Na pewno warto rozpocząć dyskusję na ten temat, ale tak jak już wcześniej wspomniałam, w oparciu o dobrą znajomość faktów. Na pewno można jednak postawić ogólną tezę, że roztropność nie jest naszą narodową cnotą. Męstwa nam nie brakuje (albo raczej nie brakowało, bo w tej chwili w Polsce zatriumfowały konformizm i oportunizm), tyle że – w połączeniu z naszą polską lekkomyślnością – często przeradzało się ono w zuchwalstwo (brawurę). Niestety "patrioci" rzadko poruszają tę kwestię. Poglądy reprezentowane przez obóz "patriotów" także więc są na rękę architektom światowej kultury pamięci, gdyż utrwalają nasze narodowe wady, a w szczególności lekkomyślność, zuchwalstwo i naiwność.

Sprawa ma jeszcze jednej aspekt. Ulrike Jureit i Christian Scheider w książce "Gefühlte Opfer: Illusionen der Vergangenheitsbewältigung" („Czucie się ofiarami: iluzje przezwyciężenia przeszłości”) wskazują na pewną kuriozalność niemieckiej kultury pamięci, która polega na tym, że Niemcy utożsamiają się z ofiarami nazistów, a nie ze sprawcami. Patrząc na polską kulturę pamięci o powstaniu warszawskim, można by zaryzykować stwierdzenie, że mamy tutaj do czynienia z przypadkiem dokładnie odwrotnym. Polacy, którzy byli ofiarami Niemców, czują się zwycięzcami… W ten oto sposób następuje niebezpieczne przesunięcie akcentów. Niemcy wprawdzie czują się ofiarami nazistów i solidaryzują się z innymi ofiarami, ale kiedy w grę wchodzą Polacy, to przychodzi im to z wielkim trudem. A my od nich tego nawet nie wymagamy, bo ogłosiliśmy się zwycięzcami… W ten oto sposób rzeczywiści sprawcy tej wielkiej zbrodni stają się bytem zagadkowym, może nawet nierealnym. A stąd już tylko krok do "polskich obozów koncentracyjnych"… 

Pamiętajmy o powstaniu i mówmy o nim głośno, całemu światu. Tak by światowa opinia publiczna wreszcie dowiedziała się o tym, że Polacy jako naród walczyli z Niemcami i że zostali brutalnie przez nich spacyfikowani. Zadbajmy też wreszcie o to, by popsuć dobre samopoczucie wszystkim naszym "sojusznikom", którzy nie udzielili nam wtedy pomocy. To Rosjanie, Anglicy, Amerykanie czy Francuzi ogłosili się politycznymi i moralnymi zwycięzcami. A przecież brak udzielenia pomocy sojusznikowi to poważna plama na honorze, której nie zmyje już chyba nic. Przede wszystkim jednak, musimy głośno mówić o tych wydarzeniach, bo inaczej inni opowiedzą historię za nas. Za przykład niech posłuży fragment broszury wydanej przez Bundeszentrale für politische Bildung (Federalną Centralę Szkolenia Politycznego) Nr 307/ 2010, pod tytułem "Jüdisches Leben in Deutschland” („Życie Żydów w Niemczech”), w którym podana jest kłamliwa informacja o tym, że rzekomo polscy przedstawiciele ruchu oporu nie udzielili pomocy Żydom walczącym podczas powstania w Gettcie Warszawskim… Jeśli będziemy milczeć, to dożyjemy czasów, kiedy symbolem ruchu oporu przeciwko nazistom staną się Stauffenberg & spółka. Wierni słudzy Hitlera, którzy dopiero wtedy zdecydowali się na zamach na jego życie, kiedy przestał być skutecznym…




7.02.2012

Akcja ruszyła!


Szanowni Czytelnicy, 

zapraszam Was do zapoznania się z pierwszymi pozycjami bibliograficznymi, których listę sporządziłam w ramach akcji "Pro veritate, contra vanitatem": 



Najwyższy czas, abyśmy wzięli sprawy w swoje ręce! 

6.20.2012

Naszym hasłem: Pro veritate, contra vanitatem


Coraz częstsze pojawianie się w mediach tematu dotyczącego rzekomej polskiej współodpowiedzialności za Holokaust nie może być zwykłym przypadkiem albo wynikiem spontanicznych działań poszczególnych dziennikarzy. Światowa opinia publiczna krok po kroku „uświadamiana” jest w kwestii polskiego antysemityzmu, czego kolejnym etapem prawdopodobnie będzie forsowanie nowej wykładni terminu „polskie obozy koncetracyjne” (czyli nie tylko jako oznaczenia geograficznego). Przyglądając się różnym działaniom dotyczących przypisania Polakom współodpowiedzialności za Holokaust, trudno oprzeć się wrażeniu, że mamy tutaj do czynienia ze starannie opracowaną strategią. Strategią, realizowaną z prawdziwie żelazną konsekwencją. 

Przyczyn i założeń akcji, której celem jest przerzucenie części odpowiedzialności za Holokaust na Polaków, nie da się wytłumaczyć wyłącznie na jednym poziomie analizy. Mamy tutaj bowiem do czynienia ze zjawiskiem dość złożonym. Pierwsza płaszczyzna analizy na pewno dotyczy rozpoznania interesów konkretnych państw i grup interesu, którym zależy na tym, by Polaków obciążyć taką odpowiedzialnością. Druga płaszczyzna natomiast dotyczy kwestii stosowanych technik manipulacji:  w końcu wielu dziennikarzy, którzy piszą na te tematy, rzeczywiście wierzy w to, co pisze. Sprawa ma jednak jeszcze głębszy wymiar. Konkretnie chodzi tutaj o wojnę cywilizacyjną, której jesteśmy uczestnikami. A ta kwestia znowu ściśle powiązana jest ze ze sprawą zupełnie fundamentalną, bo dotyczącą  metafizyczno-religijnego aspektu tejże wojny. I dopiero na tym poziomie analizy cel przerzucania na nas – przynajmniej częściowej – odpodwiedzialności za Holokaust może w pełni zostać rozpoznany. 

Opracowanie skutecznej strategii obronnej przed działaniami przeciwnika musi zostać poprzedzone analizą obejmującą wszystkie wymiary całego przedsięwzięcia „polskie obozy koncetracyjne”. Jeden z możliwych kierunków działania zakreśliłam w tekście „Kto pod nami dołkie kopie, wpadnie w nie sam...” (http://magdalenazietek.blogspot.de/2012/06/kto-pod-nami-doki-kopie-wpadnie-w-nie.html). Przedstawiona przeze mnie strategia sprowadza się do tego, by przypomnieć światu rozwój niemieckiej (anty)kultury, z której to bezpośrednio wyrastał Holokaust. Jak również kultury polskiej, która w znacznym stopniu znajdowała się pod wpływem katolicyzmu i która zaowocowała postawami zgoła odmiennymi, niż to miało miejsce w przypadku„ucywilizowanych Niemców”. Dlaczego taka właśnie strategia? Rozwój niemieckiej (anty)kultury był częścią ogólniejszej tendencji rozwojowej, która rozpoczęła się we wczesnej nowożytności, a która aktualnie dochodzi do swojego punktu kulminacyjnego. Konkretnie chodzi o pewną formę cywilizacyjną, która na naszych oczach chce sobie podporządkować – najlepiej – całą ludzkość. Rozwój niemieckiej (anty)kultury ściśle powiązany jest z tą cywilizacją. Co oznacza, że to właśnie tej ostatniej musi zostać przypisana odpowiedzialność za Holokaust. Warunkiem dalszej ekspansji owej cywilizacji jednakże jest „podrzucenie” Holokaustu polskiemu społeczeństwu, które w wyższym stopniu niż inne państwa europejskie pozostawało pod wpływem cywilizacji łacińskiej (w czasie, kiedy Holokaust miał miejsce). Obarczenie nas odpowiedzialnością za zbrodnie popełnione przez innych ma być po prostu ciosem śmiertelnym zadanym światu łacińskiemu.  

O jaką cywilizacyjnę konkretnie chodzi? Jej pełen opis nie jest możliwy do przeprowadzenia w ramach tego tekstu. Na pewno jest ona jakąś specyficzną mieszanką tego, co Feliks Koneczy oznaczył mianem cywilizacji bizantyńskiej oraz cywilizacji żydowskiej. Nie jestem jednak do końca pewna, czy jej pełna rekonstrukcja może zostać przeprowadzona wyłącznie za pomocą kategorii wypracowanych przez Konecznego. Z bardzo prostego powodu: cywilizacje, które badał Koneczny, były wynikiem ewolucyjnego i spontanicznego rozwoju, natomiast forma cywilizacyjna, o którą tutaj się rozchodzi, jest w gruncie rzeczy sztucznym tworem. To konstrukt ludzkiego (czy tylko ludzkiego?) umysłu, który jest siłą narzucany ludzkości. Sprawa musi być przedmiotem osobnej analizy. W tym tekście chciałabym poruszyć tylko te aspekty zagadnienia, które są istotne z punktu widzenia  wypracowania przez nas skutecznej strategii obrony przed pomówieniami o współodpowiedzialność za Holokaust.  

Jak wyżej wspomniałam, korzeni tej cywilizacji należy szukać we wczesnej nowożytności. Jej literacki opis znajdziemy w powieści Franciszka Bacona  pt. „Nowa Atlantyda”. Przedstawia ona idealne państwo, w którym panuje prawdziwa szczęśliwość. Państwo to bowiem uporało się z tym wszystkim, co w chrześcijaństwie uważane jest za skutek grzechu pierworodnego, czyli biedą, chorobą, anarchią, przemocą, moralnym złem. To raj na ziemi, ale raj bez Boga, zbudowany wyłącznie przez człowieka siłami jego własnego rozumu. W jaki sposób, zdaniem Bacona, człowiek sam może się wyzwolić ze skutków grzechu pierworodnego? Za pomocą techniki, nauki i organizacji państwowej. Powieść Bacona przedstawia program, który sukcesywnie będzie realizowany przez całą nowożytność. Aż do dnia dzisiejszego. I być może kryzysy toczące „cywilizowany świat” są niczym innym jak oznaką tego, że cywilizacja ta podzieli los Atlantydy...

Cywilizacja, która mozolnie budowana jest przez całą nowożytność, odrzuciła katolicyzm z jego nauką o prawie naturalnym. Cywilizacja ta w międzyczasie w pełni „wyemancypowała” się spod władzy Kościoła, katolickiej teologii i filozofii. Jednym z przejawów tego procesu było odrzucenie katolickiej nauki o konieczności podporządkowania polityki zasadom moralności. Nowa cywilizacja przyjęła inną zasadę działania: skuteczność przed moralnością. Cywilizacja ta odrzuciła także inny ideał, który jest fundamentem cywilizacji łacińskiej: prawdę, jako wartość samą w sobie. To nie kto inny jak Bacon uznał, że wiedza to władza, i w związku z tym przypisał jej wartość wyłącznie utylitarną. Bezinteresowne poszukiwanie prawdy przestało być głównym celem nauki: nauka miała stanąć w służbie budowy Nowej Cywilizacji. I stanęła. 

Natomiast ideał cywilizacji łacińskiej najpełniej został wyrażony w koncepcji prawego rozumu (orthós logos) św. Tomasza z Akwinu. Za Arystotelesem wskazał on na to, że ludzkie poznanie może być nakierowane na cele teoretyczne (theoria), praktyczne (praksis) i wytwórcze (poiesis). Wszystkie te dziedziny działania rozumu znajdują odpowiednio uzewnętrznienie w trzech dziedzinach kultury. Są to nauka, etyka (indywidualna, ekonomika, polityka) oraz sztuka i technika. W każdej tej dziedzinie, jeśli rozum chce działać prawidłowo, musi kierować się odpowiednią zasadą działania. Tomasz z Akwinu wyróżnił więc potrójną dziedzinę działalności prawego rozumu: usprawniony prawdą [prawy] rozum teoretyczny, usprawniony prawdą o dobru [prawy] rozum praktyczny oraz usprawniony prawdą o pięknie [prawy] rozum wytwórczy. Wszystkie trzy dziedziny są też ściśle powiązane ze sobą. I tak na przykład rozum wytwórczy korzysta z praw odkrywanych przez rozum teoretyczny;  jednocześnie musi być podporządkowany rozumowi praktycznemu, tak aby jego wytwory nie stały w sprzeczności z tym, co dobre. 

Nowożytność zrywa z koncepcją prawego rozumu. Zamiast tego filozofia nowożytna rozwija swoją własną koncepcję rozumu, który jest swoistą syntezą rozumu teoretycznego i wytwórczego. Rozum praktyczny natomiast zostaje wyeliminowany z gry. Nowożytność  stoi pod znakiem wytwarzania: nie tylko przedmiotów materialnych, ale całej rzeczywistości. Wytwarzane są społeczeństwa (inżynieria społeczna), wytwarzane są państwa (na podstawie różnych ideologicznych programów), coraz w większym stopniu wytwarzana jest przyroda (dzięki genetyce), w przyszłości wytwarzany  ma być i człowiek (jego ciało). Ale to nie wszystko: w nowożytności wytwarzany także jest duch, czyli subiektywne formy świadomości. W celu kształtowania świadomości mas ludzkich, wytwarzana musi być „prawda”. Tak, prawda także stała się przedmiotem działalności wytwórczej. Co łączy wszystkie te obszary – w gruncie rzeczy – produkcji? Podporządkowanie ich zasadzie technicznej skuteczności. 

Nowa Cywilizacja zrywa więc z ideałem obiektywnej prawdy, której człowiek powinien poszukiwać i której powinien się podporządkować z szacunku dla niej samej. Nowa Cywilizacja zrywa także z idałem obiektywnego dobra, które powinno być urzeczywistniane tu na Ziemi, przez ludzi, we wszystkich podejmowanych przez nich działaniach. Nowa Cywilizacja odrzuciła też ideał obiektywnego piękna, któremu powinna być podporządkowana działalność wytwórcza człowieka. Zamiast tego człowiek stał się konstruktorem i stwórcą otaczającego go świata i samego siebie. Zamiast odkrywać to, co prawdziwe, dobre i piękne, człowiek zaczął wymyślać rzeczywistość od nowa. Tak, aby dopasować ją do swoich własnych preferencji. Rozum człowieka przestał być prawy. Zamiast tego, został zdeprawowany. 

Nowa Cywilizacja została zbudowana na ludzkiej pysze. Człowiek uwierzył w to, że sam może zbudować sobie raj. Łacińskie słowo vanitas oznacza próżność, marność, czczość, nicość, złudę. Ono najlepiej opisuje stan ducha mieszkańców Nowej Cywilizacji, czyli wszechobecną próżność, której skutkiem jest nicość. Nicość jest nieunikniona, bo prawdziwy byt zakorzeniony jest w tym, co prawdziwe, dobre i piękne. 

Vanitas jest najtrafniejszym określeniem dla stanu tej niemieckiej kultury, która została zbudowana na gruzach cywilizacji łacińskiej. To narcyzm w czystej postaci. Jego skutkiem było niszczenie wszystkiego, co sprzeciwiało się budowaniu idealnego porządku zaprojektowanego przez niemieckich półbogów: 

„Na kartach swojej książki Rosenberg pisał: „Kościoły wszystkich wyznań ogłosiły: Wiara kształtuje człowieka… Jednakże Nordycko-Europejska Religia – świadomie lub też nie – ogłasza: to człowiek kształtuje swoją wiarę, lub precyzyjniej: człowiek określa rodzaj i zawartość wyznawanej przez siebie wiary [pogr. G.K.]”. Główny ideolog narodowego socjalizmu zgłosił ponadto postulat utworzenia w Niemczech „Kościoła ludowego” (Volkskirche), który przede wszystkim miał stać na straży honoru narodowego i niemieckiego chrześcijaństwa. Także postać Jezusa została swoiście przez Rosenberga zreinterpretowana: „Jezus jawi się nam dzisiaj jako świadomy siebie mistrz. (…) Dla germańskich ludów liczy się Jego życie, a nie Jego śmierć, gloryfikowana przez rasy alpejskie i śródziemnomorskie. Radykalny antropocentryzm, fascynacja okultyzmem i gnozą, postulat „ludowego Kościoła”” – wszystko to w jakiś szczególny sposób zbliża narodowy socjalizm do współczesnego New Age’u, postmodernistycznego bałaganu myślowego, współczesnych naprawiaczy Kościoła (jakże podobnie do postulatu Volkskirche brzmi wezwanie współczesnych „reformatorów” Kościoła z Austrii: „Wir sind die Kirche „– My [lud] jesteśmy Kościołem)” (Grzegorz Kucharczyk, „Swastyka przeciw Krzyżowi”,   http://www.pch24.pl/swastyka-przeciw-krzyzowi,3327,i.html). 

W cytowanych wyżej słowach Rosenberga pobrzmiewa opisany przez Konecznego bizantynizm. Prawda i moralność nie stoją ponad niemieckim państwem albo niemieckim narodem, wręcz przeciwnie, to państwo i naród wytwarzają swoją własną prawdę i swoją własną moralność. A ostatecznym celem niemieckiego państwa było (i moim zdaniem ciągle jest) zdobycie nieograniczonej władzy. Czyli zupełnie tak, jak tego chciał Bacon: żądza władzy to ważny element składowy nowożytnego programu. Bez żądzy władzy nie da się zrozumieć pruskiego bizantynizmu, bez którego z kolei nie da się zrozumieć Holokaustu.

Budowniczy Nowej Cywilizacji nie chcą przyznać się do tego, że Holokaust jest ich dzieckiem. Dlatego też próbują podrzucić go społeczeństwu, które w porównaniu z wieloma innymi społeczeństwami, w dużo mniejszym stopniu przejęło nowożytne ideały. Co w jakim sensie czyni nas też bezbronnymi w stosunku do perfidnych metod stosowanych przez przeciwnika. My ciągle wierzymy w ludzką prawość i nie rozumiemy, jak działa polityka oparta wyłącznie na cynicznej skuteczności. 

Bronimy się przed niesłusznymi zarzutami o współudział w Holokauście, bo bliski nam jest ideał prawdy. Nie chcemy „wybielać” własnej historii. Chcemy, żeby była ona przedmiotem rzetelnych naukowych badań. Tak, aby każdy pojedynczy przypadek współdziałania Polaków z Niemcami został należycie wyjaśniony, czyli przy zachowaniu odpowiednich standardów naukowości. Bronimy się przed instrumentalizacją Holokaustu do celów czysto politycznych. Jednym słowem, walczymy o to, by nasza własna przeszłość nie stała się historią (opowieścią) wymyśloną i narzuconą nam przez tych, którzy mają jakiś interes w tym, żeby była ona właśnie taka, a nie inna. Chcemy, aby nasza historia miała pokrycie w rzeczywistości, czyli żeby była prawdziwa. 

W sprawie „polskich obozów koncetracyjnych” mamy więc do czynienia ze zderzeniem dwóch cywilizacji: łacińskiej oraz Nowej Cywilizacji. Cywilizacja łacińska odwołuje się do ideału prawdy (veritas), fundamentem Nowej Cywilizacji jest vanitas. Sprawa „polskich obozów koncentracyjnych” to wielkie przedsięwzięcie propagandowe, które ma na celu przerzucenie odpowiedzialności za Holokaust na przedstawicieli narodu, który sam prawie doszczętnie został zniszczony przez tą cywilizację. To kolejna odsłona tej samej historii: Nowa Cywilizacja może bowiem zatryumfować wyłącznie na gruzach świata łacińskiego. 

Po raz kolejny stajemy do samotnej walki przeciwko potęgującej się deprawacji ludzkiego ducha. Niesty, sami jej nie wygramy. Dlatego też czym prędzej musimy zrozumieć, że nie chodzi tutaj tylko o Polskę, ale o przyszłość całej ludzkości. Szukajmy sojuszników wśród tych członków innych narodów, którzy tak jak my przywiązani są do ideału cywilizacji łacińskiej. A hasłem naszej walki niech będzie: Pro veritate, contra vanitatem!



6.12.2012

Kto pod nami dołki kopie, wpadnie w nie sam...


Użycie przez Baracka Obamę określenia „polskie obozy śmierci” wywołało wśród Polaków falę oburzenia. Oliwy do ognia dolała dziennikarka Debbie Schlussel, która na swoim blogu umieściła wpis, w którym obarcza Polaków winą za zaplanowaną i dokonaną przez Niemców zagładę Żydów (http://wpolityce.pl/wydarzenia/29914-oto-owoce-pedagogiki-wstydu-i-klamstw-grossa-amerykanska-dziennikarka-twierdzi-ze-polacy-zamordowali-miliony-zydow). Internauci zaczeli zbierać podpisy pod listami protestatacyjnymi. Pojawiły się także inne inicjatywy, jak na przykład apel wystosowany przez kolegę blogera: http://hansklos.blogspot.de/2012/06/apel-w-sprawie-polskich-obozow.html (tym samym spełniam jego prośbę o nagłośnienie sprawy). 

Akcje sprowadzające się do samego protestowania i żądania zaprzestania używania takich sformułowań (czy też wygłaszania określonych tez) na pewno nie wystarczą, aby pokonać przeciwnika. Ale nie można też ich nie doceniać. Za przykład tego, że można coś i w ten sposób zdziałać, niech posłuży sprawa broszury wydanej przez Bundeszentrale für politische Bildung (Federalną Centralę Szkolenia Politycznego) Nr 307/ 2010, pod tytułem "Jüdisches Leben in Deutschland (Życie Żydów w Niemczech). Jest to broszura z serii "Informationen zur politischen Bildung" („Informacje do politycznego kształcenia”; żeby nie powiedzieć programowania...). Pojęcie „polskich obozów koncentracyjnych” padło w niej na 59 stronie: 

Marsze śmierci. Wraz ze zbliżającym się frontem zaczął się dla tych więźniów polskich obozów koncentracyjnych, [którzy przeżyli dotychczasowe represje], nowy tragiczny rozdział, czyli tak zwane marsze śmierci. Wielu z nich przypłaciło je życiem“  (Todesmärsche: „Mit der herannahenden Front folgte für die Überlebenden in den polnischen Konzentrationslagern ein neues tragisches Kapitel, die so genannten Todesmärsche. Diese "Verlegung" kostete viele das Leben”).  

Co więcej, na 61  stronie umieszczono zdanie: „Także w krajach jak Polska, gdzie panował tradycyjny antysemityzm, znaleźli się ludzie, którzy ukrywali Żydów, jak donosi o tym literatura wspomnieniowa. Było tam wiele klasztorów, które ukrywały żydowskie dzieci i w ten sposób uratowały je przed śmiercią” („Auch in Ländern wie Polen, in denen es einen traditionellen Antisemitismus gab, fanden sich Menschen in der Bevölkerung, die Juden versteckten, wie aus der Memorienliteratur bekannt ist. Es gab hier zahlreiche Klöster, die jüdische Kinder versteckten und sie so vor der Ermordung bewahrten“). 

Sprawa została nagłośniona przez część środowisk polonijnych. Prawdopobnie pod wpływem tych protestów (choć sprawa nie do końca jest jasna), w internetowym wydaniu broszury dokonano dwóch zmian. Po pierwsze, sformułowanie „polskie obozy koncetracyjne” zostało zamienione na „niemieckie obozy w okupowanej Polsce“ (deutsche Konzentrationslager im besetzten Polen, link do wydania inernetowego: http://www.bpb.de/izpb/7687/1933-1945-verdraengung-und-vernichtung?p=all). Po drugie, cytowanej wyżej zdanie zaczyna się teraz tak: „Także w krajach, w których istniał silny antysemityzm...("Auch in Ländern, in denen es einen ausgeprägten Antisemitismus gab, …“). 

Niestety, w wersji drukowanej wszystko zostało po staremu. A nakład broszury to 800 tys. egzemplarzy, czyli całkiem sporo. I nic nie wskazuje na to, aby BPB zamiarzała wycofać tę pozycję z dystrybucji. Ponadto, jej autorzy nie sprostowali innej, fałszywej informacji: „Natomiast podczas Powstania w Gettcie Warszawskim, podczas którego w kwietniu w 1943 mieszkańcy getta pod dowództwem Mordechaja Anielewicza przez 5 tygodni stawiali opór oddziałom Waffen-SS, polscy przedstawiciele ruchu oporu nie udzielili Żydom pomocy. 7000 osób zostało zabitych podczas tego powstania” („Andererseits kamen beim Warschauer Ghetto-Aufstand, bei dem im April 1943 Ghettobewohner unter Führung von Mordechai Anielewicz der Waffen-SS fünf Wochen lang Widerstand leisteten, polnische Widerstandskämpfer den Juden nicht zu Hilfe. 7000 Menschen wurden bei diesem Aufstand getötet“). 

Warto też zwrócić uwagę na sposób potraktowania przez  media Ryszarda Czarneckiego, który nagłośnił sprawę broszury:  „Broszura, która trafiła już do niemieckich szkół jako materiał dydaktyczny, zawiera na stronie 59 stwierdzenie o… »polskich obozach koncentracyjnych«" - pisze Czarnecki. Tymczasem, we wskazanym przez polityka miejscu, nie widnieje słowo "polskich", ale "w Polsce" (http://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/niemcy-o-polskich-obozach-czarnecki-atak-na-nasz-k,5037818,11441271,artykul-fotoreportaz-duzy.html). Redaktorzy Onetu, jak widać, zapomnieli poinformawać swoich czytelników o istnieniu dwóch różnych wersji tej broszury.  

Sprawa publikacji BPB pokazuje, jakimi treściami karmi się (w tym przypadku) niemiecką opinię publiczną. I to przez instytucję, która jest odpowiedzialna za polityczne kształcenie niemieckich obywateli (na marginesie można postawić pytanie o to, czym właściwie BPB różni się od podobnych instytucji ksztalcenia politycznego, które istniały np. w Związku Radzieckim).  W ten oto sposób wsącza się w niemieckie głowy przekonanie, że pod względem nastawienia do Żydów Polacy właściwie w niczym nie ustępowali Niemcom. A kto wie, czy nawet nie byli gorsi... Z czego oczywiście ma wynikać przekonanie o czynnym i masowym udziale Polaków w przeprowadzeniu Holokaustu w „polskich” w końcu obozach kocentracyjnych. Efektem tejże „pracy edukacyjnej” (ważną rolę odgrywają tu książki „znawcy” tematu, czyli Grossa) jest tak wysoki poziom zmanipulowania mieszkanców zachodnich społeczeństw, że przedarcie się do nich z prawdą wydaje się sprawą wręcz beznadziejną (generalnie poziom zmanipulowania społeczeństw zachodnich spokojnie można porówać z tym, jaki panował w nazistowskich Niemczech czy też w Związku Radzieckim).  Co więcej, w przypadku podejmowania przez Polaków akcji protestacyjnch istnieje poważne niebezpieczeństwo, że zostaną one zinterpretowane jako wypieranie się własnych win. Sprawa Debbie Schlussel jest tego najlepszym przykładem. 

W jaki sposób powinniśmy więc działać, abyśmy (tym razem) skutecznie obronili własną rację? W gruncie rzeczy, sprawa wcale nie jest tak trudna, jak mogłoby się to wydawać. Zacznijmy od tego, że „punktowe” atakowanie przeciwnika na pewno nie przyniesie spodziewanego efektu. Zamiast tego powinniśmy promować polskie dziedzictwo kulturalne – a ściślej polską myśl polityczno-społeczną – oraz pokazywać, w jaki sposób wpływała ona na konkretne postawy Polaków. Jednocześnie powinniśmy pokazywać światu, jakie w tym samym czasie „wyżyny” osiągnął „duch niemiecki” i co z tego konkretnie wynikało. Dlaczego taka strategia? Pamiętajmy, że Niemcy stworzyły sobie wizerunek „kraju filozofów i poetów”, a więc państwa o bardzo wysokim poziomie rozwoju kulturalnego. Zachowanie niemieckich bandytów w Polsce wybitnie nie pasuje do tego wizerunku. A wizerunek dla Niemiec jest rzeczą świetą (Niemcy w końcu dobrze wiedzą, co robią, kształtując go w taki, a nie inny sposób). Przypisywanie Polakom wizerunku niebezpiecznych bandytów ma więc na celu odwrócenie uwagi światowej opinii publicznej od tego, w jakim kierunku rozwinęła się niemiecka kultura i jakie to miało praktyczne konsekwencje. Świat niewiele wie na temat niemieckiego rasizmu i szowinizmu. Hitler był tylko wypadkiem przy pracy, efektem kryzysu gospodarczego i chwilowej słabości niemieckiej demokracji... A antysemityzm? No, to w końcu chrześcijaństwo (bez rozróżnienia na katolicyzm i protestantyzm) było odpowiedzialne za propagowanie antysemityzmu. Z kolei ten etap (tzn. chrześcijaństwo) Niemcy mają już definitywnie za sobą (z czego też są bardzo dumni). Sprawa jest jasna.  

Żeby pokonać przeciwnika, musimy więc działać dokładnie w odwrotnym kierunku niż on. Zamiast zwalczać go za pomocą środków, które w gruncie rzeczy stawiają nas w pozycji defensywnej, musimy przystąpić do ofensywy. Dlatego też należy światu przypomnieć o antysemityzmie Marcina Lutra i Karola Marksa (na czym polegał antysemityzm Lutra, dobitnie pokazuje ten jego tekst: http://www.humanitas-international.org/showcase/chronography/documents/luther-jews.htm), o rasizmie Alfreda Rosenberga, militaryzmie Ericha Ludendorfa, o głoszącym kult przemocy germańskim neopogaństwie, rozwijanym przez takich autorów jak np. Felix Dahn czy Heinrich von Treitschke. I właśnie na tle tych poglądów trzeba pokazać, jak wyglądała niemiecka okupacja w Europie Wschodniej, nie tylko w Polsce. 

Jednocześnie musimy popularyzować dzieła wielu polskich myślicieli, którzy mówili o istnieniu uniwersalnych wartości, na których oparty musi być prawdziwie ludzki porządek społeczny. A polską myśl polityczną trafnie scharakteryzował Łukasz Kobeszko w artykule „Wyjątkowość Polski”:

„Harmonijne i integralne połączenie poszanowania godności i wolności człowieka oraz zobowiązań wobec świata i bliźnich, poszerzanie republikanskiej polis w dążeniu do unii z pobratymczymi narodami środkowoeuropejskimi, unikalny sposób przeżywania wiary - na tym polega wyjątkowość polskiego modelu cywilizacyjnego, religijnego i społecznego” (http://rebelya.pl/post/2024/kobeszko-wyjatkowosc-polski). 

I w takim właśnie kontekście należy pokazać historię  Żydów w Polsce, którym naród polski udzielił gościny oraz przyznał wiele praw, o których wielu niemieckich Żydów mogło tylko pomarzyć (np. we Frankfurcie od 1462 do 1796 istniało żydowskie getto, tzw. Judengasse). (Co ciekawe, we wspomnianej wcześniej broszurze BPB, na 27 stronie wskazano na to, że w XVI wieku wielu niemieckich Żydów przeniosło się do Polski, gdyż cieszyli się tam dużą wiekszą wolnością niż w Niemczech).  Warto np. głośno mówić o takich faktach jak ten, że wtedy, kiedy niemieccy Żydzi nie mieli już żadnych praw, będący żydowskiego pochodzenia Ksawery Tartakower, Mieczysław Najdorf i Paulin Frydman wspólnie z dwoma Polakami wywalczyli dla Polski srebny medal na VIII Olimpiadzie Szachowej w Buenos Aires w 1939r. (co zostało przypomniane przez Gabriela Maciejewskiego w książce „Baśń jak niedźwiedź. Polskie historie. T.1”). 

Tylko w ten sposób będziemy w stanie skutecznie obronić się przed przeciwnikiem, który działa w sposób perfidny i bezpardonowy. Żeby wykonać to zadanie,  sami najpierw musimy nadrobić zaległości. Przede wszystkim musimy na nowo odkryć Polskę i jej dziedzictwo kulturowe. Jednocześnie musimy poznać ścieżki, po których kroczył „duch niemiecki” (na początek odsyłam do świetnego artykułu prof. Bogumiła Grotta „Szowinizm niemiecki jako obiektywna legitymacja reorientacji polityki polskiej dokonanej przez Romana Dmowskiego na początku XX wieku”, http://www.legitymizm.org/szowinizm-niemiecki). Ale nie tylko. Należy stanowczo podkreślić, że Niemcy nie ponoszą wyłącznej odpowiedzialności za tę wielką tragedię XX wieku, którą była II Wojna Światowa. Tak zwany „Zachód” ze swoją porewolucyjną i w gruncie rzeczy dekadencką wizją świata i człowieka jest za nią również odpowiedzialny. I ten właśnie „Zachód” przypisał sobie rolę pogromcy „faszyzmu”, mimo że dla uratowania Żydów na dobrą sprawę nie zrobił prawie nic (nie tylko więc Niemcy, ale też i „Zachód” potrzebuje „polskich obozów koncetracyjnych”). Dlatego też należy ukazać tradycję polskiej myśli politycznej nie tylko na tle tendencji społeczno-politycznych obecnych w Niemczech, ale także i tych charakterystycznych dla Zachodu”. (Warto przytoczyć tutaj słowa prof. Jacka Bartyzela na temat filozoficzno-religijnych podstaw tzw. „cywilizacji Zachodu”: „Zsekularyzowane później, ale źródłowo purytańskie dziedzictwo republiki amerykańskiej zawierało już in nuce dwie najbardziej zgubne idee: egalitaryzmu i kontraktualizmu – można by rzec „idee – matki” wszystkich błędów politycznych, zawleczonych z Nowego do Starego Świata, niszczących właśnie cywilizację chrześcijańską, a dzisiaj także inne cywilizacje tradycyjne”. J. Bartyzel, „Judeochrześcijański neokonserwatyzm” – koń trojański demoliberalizmu, http://www.legitymizm.org/judeochrzescijanski-neokonserwatyzm).  

Jak mogłoby wyglądać realizowanie takiej strategii w praktyce? Na pewno należy tłumaczyć teksty polskich autorów na języki obce albo przynajmniej umieszczać ich streszczenia w internecie. Jednocześnie należy porównywać wyrażone w nich poglądy z dziełami współczesnych autorów niemieckich, ale  nie tylko. Paradoksalnie, w wykonaniu tego zadania pomocni okazać się mogą niemieccy neonaziści, którzy na stworzonej przez siebie stronie udostępnili całą „klasykę” niemieckiego nacjonalizmu (http://reichsarchiv.com/).  Znających język niemiecki zachęcam do krytycznej lektury umieszczonych tam pozycji oraz sporządzania odpowiednich notatek na temat ich treści (apeluję o umiejętne korzystanie z zasobów strony, tak żeby nie narazić się na zarzut propagowania „faszyzmu”). Jednym słowem: Polska musi podbić internet. 

W tej chwili mamy do czynienia z zupełnie absurdalną sytuacją, kiedy to zarówno Niemcy – sprawcy Holokaustu – jak i „Zachód” – który Żydów zostawił na pastwę Niemców – żyją w stanie błogiego i głębokiego samozadowolenia. Natomiast my staliśmy się dla nich prawdziwym chłopcem do bicia. Najwyższy czas, żeby przymnieć im o tym, co w międzyczasie tak skrzętnie zostało zmiecione pod dywan...