Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rosja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rosja. Pokaż wszystkie posty

11.11.2016

Trump a niepodległość Polski

Zarówno wynik referendum w sprawie Brexitu jak i ostatnich wyborów w USA mogą doprowadzić do poważnego przetasowania geopolitycznego w Europie kontynentalnej. Ich skutkiem zdaje się być wycofanie się Anglosasów z naszego regionu. Oznacza to faktyczne zakończenie układu polityczno-wojskowego powstałego po II wojnie światowej. Nie ulega wątpliwości, że nowy układ może być atrakcyjny i pożądany przede wszystkich przez Niemców.

Niemcy wreszcie będą mogły sięgnąć po status europejskiego hegemona, którym w dużej bierze faktycznie już są, ale jednak ciągle byli/są ograniczani przez Anglosasów. Wielka Brytania blokowała przekształcenie UE w wielkie pruskie quasi-państwo europejskie, a Stany Zjednoczone pilnowały, żeby takie ewentualne quasi-państwo nigdy nie posiadało swojej armii. Militarnego porządku w tej części świata miało pilnować przede wszystkim NATO, czyli de facto USA. Jeśli Trump będzie wierny swoim zapewnieniom, że będzie prezydentem Amerykanów, a nie całego świata, może to oznaczać, że Europa będzie musiała sama zadbać o swoje bezpieczeństwo. Może to zrobić poprzez rozbudowę armii narodowych, albo też stworzenie wspólnej armii europejskiej. Nie mam wątpliwości, że adwokatem drugiego rozwiązania będą przede wszystkim Niemcy, którzy o takim projekcie mówią już od dawna.

Aby zachęcić Europejczyków do stworzenia wspólnej armii, Niemcy prawdopodobnie, szczególnie w naszej części Europy, będą nadal podgrzewać antyrosyjskie fobie. Polacy czy też mieszkańcy państw bałtyckich będą straszeni widmem rosyjskiej agresji, po to, byśmy chętnie włączyli się do budowy euro-wehry. W najgorszym wypadku – zaprosili Bundeswehrę do Polski. Nie należy więc spodziewać się złagodzenia antyrosyjskiej histerii w „polskich” mediach. Wręcz przeciwnie, może stać się ona jeszcze głośniejsza, gdyż Amerykanie nam już nie pomogą…  Sami Niemcy z Rosją się jak najbardziej „dogadają”.

4.10.2016

Katyń – czy chrześcijan może karmić się nienawiścią do Rosjan?



Jeśli Katyń jest Golgotą Wschodu, to zobowiązuje do tego, by nadać mu prawdziwie chrześcijańskie znaczenie. Antykomunizm, który oderwie się od chrześcijańskiego rozumienia historii, może stać się ideologią, która będzie uczyć nienawiści.

O coraz większym rozdziale między forsowaną w mediach – nazwanych przez Wiktora Węgrzyna „fabryką kłamstwa” – ideologią antykomunizmu a zasadami cywilizacji łacińskiej i religii katolickiej rozmawiają w studiu Narodowej Akademii Informacyjnej (NAI Warszawa) reżyserka Agnieszka Piwar, założyciel i Komandor Międzynarodowego Motocyklowego Rajdu Katyńskiego Wiktor Węgrzyn oraz Magdalena Ziętek-Wielomska. Okazją do rozmowy jest internetowa premiera filmu A. Piwar „Rajd Katyński – śladami pamięci”.

Zapraszam do oglądnięcia rozmowy, jak i samego filmu:

 
Wywiad z reżyserką Agnieszką Piwar i Komandorem Rajdu Wiktorem Węgrzynem  


Film „Rajd Katyński – śladami pamięci”

3.12.2014

Między Wielkim Zachodem a Katechonem, czyli więcej rozsądku, Panowie!

Aż chciałoby się powiedzieć: nie mój cyrk, nie moje małpy. Niestety, trudno nie zareagować na to, co się dzieje w polskiej przestrzeni publicznej wokół sprawy ukraińskiej. Dostrzegam jednak pewną pozytywną stronę tegoż „cyrku”: działa on jak papierek lakmusowy, za pomocą którego można wykryć, u kogo działa jeszcze zdrowy rozsądek. Niestety, wyniki „testu” są dość zatrważające… Co więcej, także w obozie konserwatystów, którzy przecież – przynajmniej w teorii – zdrowy rozsądek szczególnie cenią.
 
Jeśli przyjrzeć się wypowiedziom byłego i aktualnego prezesa Klubu Zachowawczo-Monarchistycznego (KZ-M), Artura Górskiego i Adama Wielomskiego, trudno nie popaść w przygnębienie… Pierwszy z nich wyznaje wiarę w Wielki Zachód, którego Polska powinna bronić przeciwko Rosji, drugi natomiast w Putina-Katechona, który obroni Polskę przed tym samym Zachodem. Niestety, oba stanowiska są równie błędne, czy wręcz – obłędne.
 
Zacznijmy od credo posła Artura Górskiego. W jednym z jego komentarzy padają słowa: dogmat obrony wolności jest w USA ponadczasowy i ponadpartyjny. Zrozumie to każdy, kto uważnie słuchał konferencji prasowej sekretarza stanu USA Johna Kerrego w Kijowie. Ten demokrata mówił wczoraj językiem przedstawiciela ekipy… Ronalda Reagana. Mówił bez umizgów wobec Rosji i bez ważenia słów w stylu miękkiej, europejskiej dyplomacji. W Ameryce duch Zachodu jeszcze nie umarł”. Poseł Górski na pewno automatycznie użył wyrażenia „dogmat obrony wolności", ale fakt użycia takiego sformułowania mówi trochę na temat kondycji światopoglądowej formacji politycznej, którą poseł reprezentuje. Sformułowanie to bowiem dobrze wskazuje na quasireligijny charakter zachodniej koncepcji wolności, która ma swoje korzenie w Oświeceniu i do której odwoływały się wszystkie nowożytne rewolucje. Natomiast do konserwatyzmu, jaki swego czasu reprezentował poseł Górski, nie ma to się nijak!
 
W innym komentarzu Artur Górski stwierdza, iż: „W Europie mamy największy kryzys od rozpadu Jugosławii”. Niestety, poseł PiS, podobnie jak cała jego partia i znienawidzone przez nią PO, powiela zachodnią propagandę na temat rozpadu Jugosławii. Nie, Panie Pośle, Jugosławia się nie rozpadła. Ten kraj został w sposób planowy i celowy rozbity, głównie za sprawą RFN i USA. Szczególnie RFN było zainteresowane zniszczeniem swojego „odwiecznego” wroga na Bałkanach, czyli Serbii. Oczywiście przy pomocy swojego równie „odwiecznego” sojusznika, Chorwacji, w której – podobnie jak na Ukrainie – faszyzm przybrał szczególnie brutalną postać. Serbia została zniszczona, bo nie znalazła żadnego wsparcia ze strony Rosji. Oderwane zostało od niej terytorium uważana za jej kolebkę. A ponieważ niszczenia niezwykle cennych kosowskich zabytków dopuścił się Zachód i także – tym razem – jego muzułmańscy sojusznicy, nikt się tym nie oburzał! Tak Panie Pośle, kiedy Rosja broni swojej mniejszości na Krymie, pisze Pan: „Ukrainie grozi nie tylko wojna domowa, inspirowana przez Moskwę, ale także otwarta agresja Rosji i aneksja Krymu”. Kiedy Jugosławia została pogrążona w inspirowanej przez Zachód – a przede wszystkim USA i RFN – wojnie domowej i kiedy Serbię ograbiono z jej terytorium, tworząc jedno z najbardziej mafijnych państw świata, i to w środku Europy, to nazywało się to „dogmatem obrony wolności” w praktyce! Skąd ta schizofrenia, Panie Pośle?
 
Artur Górski stwierdza dalej: „Należy pamiętać, że Władimir Putin jako samowładca jest nieprzewidywalny. Jak powiedziała do prezydenta USA Baracka Obamy kanclerz Niemiec Angela Merkel, Putin "jest odrealniony, żyje w innym świecie". Żyje w świecie marzeń o imperialnej Rosji, przekonany o potędze swojego państwa i słabości Zachodu”. Dobrze zdaję sobie sprawę z tego, że wypowiedzi przywódców USA i RFN są dla posła Górskiego ostatnią wyrocznią. W końcu reprezentują oni ten Wielki, Oświecony Zachód, do którego tęsknie wzdychamy, nie dostrzegając, że ten Zachód traktuje nas jak białych murzynów. Nie, Putin, w przeciwieństwie do posła Górskiego, polskich polityków, dziennikarzy i wyborców, jak najbardziej twardo stąpa po ziemi, i dokładnie wie, co USA i RFN mogą zgotować jego państwu. Dokładnie to samo, co zgotowali Polsce, a czego „odrealnieni” Polacy, żyjący w przekonaniu o własnej wolności, nie dostrzegają.
 
To „odrealnienie" posła Górskiego staje się szczególnie widoczne, kiedy oburza się na prezydenta Janukowicza, za to, że ten „Z własnego kraju uciekł chyłkiem, by z terytorium Rosji potępiać nową ukraińską władzę.” Panie Pośle, czy naprawdę Pan nie pamięta, w jaki sposób ten rzekomo cywilizowany Zachód potraktował Saddama Husseina, Osamę bin Ladena oraz Kadafiego? To właśnie w momencie mordowania tych osób Zachód pokazał swoją prawdziwą, bestialską twarz! Jak bardzo trzeba być „odrealnionym”, żeby tego nie dostrzegać?! Tak na marginesie, śmierć Miloševica także do dziś nie została wyjaśniona. Prezydent Janukowicz doskonale wiedział, co go czeka, jeśli wpadnie w łapy Zachodu. Uciekał, bo dobrze znał jego mało cywilizowane zwyczaje.
 
Poseł Górski stwierdza dalej: „Nowy rząd na Ukrainie jest rządem jedności narodowej wszystkich sił politycznych, które chcą niezależności Ukrainy od Moskwy i które utożsamiają się z Europą. Jeśli nawet formalnie dążą do integracji z UE i zapraszają NATO, to właśnie w celu utrwalenia niezależności od Kremla. Chcą, aby ich państwo było traktowane przez Rosję jako partner gospodarczy, a nie jako twór politycznie zwasalizowany. Nie chcą, by Ukraina była kolonią rosyjską”. Cóż, jako przedstawiciel państwa zwasalizowanego przez Berlin, pan poseł Górski zdaje się twierdzić, iż lepiej być wasalem Niemiec niż Rosji. Niemcy finansują w końcu UE, która z kolei chętnie trzyma na swoim garnuszku polskie lumpenelity… W kwestii utożsamiania się z Europą dodam jeszcze, że z tych słów należy wnioskować, iż poseł Górski utożsamia się z tzw. wartościami europejskimi, czyli prawdziwie neobolszewickim programem zniszczenia człowieka. Niestety, ale innej Europy na tym magicznym Zachodzie w tej chwili już nie ma! Rewolucja bolszewicka była dziełem Zachodu (podrzuconym Rosji, żeby ją zniszczyć), i ten Zachód w swoim nowym wydaniu zupełnie podbiła. Cóż, poseł Górski widocznie hołduje tradycji polskiej martyrologii i najpierw będzie walczył o to, żeby Polska była jak najbliżej tego Zachodu, po to, by potem ją przed nim bronić…
 
Pozwolę sobie skomentować także te oto słowa Górskiego: „O mistyfikacji ze strony Rosji świadczy to, że Putin wysłał wojska rosyjskie na Krym bez emblematów i okłamuje opinię publiczną, że to nie są wojska rosyjskie”. Widocznie Putin sporo nauczył się od Zachodu, który lubi, za pomocą swoich płatnych najemników, destabilizować państwa posiadające niewygodne dla siebie rządy… Ale ponieważ w tym przypadku chodzi o Rosję, więc należy stosować specjalne kryteria oceny. Sporządzone specjalnie dla Rosji.
 
Pan Poseł stwierdza także, że Putinuważa, że Europa gnije”. No cóż, czy nie ma racji? I dalej o Putinie: „Jest przekonany, że UE i Amerykanie nie będą w stanie mu się przeciwstawić, gdyż nie zdecydują się na otwartą konfrontację i konflikt. A jeśli nawet wprowadzą ograniczone sankcje, Rosja, która kontroluje energetycznie znaczną część Europy, nie tylko nie boi się tych sankcji, to nawet może wprowadzić swoje sankcje, choćby zakręcając kurki z gazem i ropą. Unia Europejska ma tego świadomość i mimo twardej retoryki, zna ograniczoność swoich możliwości”. Jedni zakręcają kurki z gazem i ropą, a inni – dotacje europejskie. Ja tu nie widzę żadnej różnicy…
 
Stwierdzenie Górskiego, iż: „W interesie Polski jest integralna terytorialnie, niepodległa, maksymalnie suwerenna Ukraina, wolna od rosyjskich wpływów”, można skwitować pytaniem: a co z niemieckimi wpływami? Zważywszy na to, że to właśnie w Niemczech, USA i w Kanadzie po II wojnie światowej schronienie znaleźli banderowcy, nie jest to pytanie bynajmniej retoryczne… Może panu Górskiemu należy przypomnieć, że sam Bandera po wojnie spokojnie sobie żył w Monachium, do czasu, gdy został „sprzątnięty” przez agenta KGB. Ach, ci agenci KGB, oni jakoś tych banderowców nie lubią…
 
Na deser zostawiłam wypowiedzi, które napawają mnie szczególnym niepokojem: „Ale też nasze poparcie dla aspiracji narodu ukraińskiego może przełamać wzajemne niechęci, wynikające ze zbrodni Banderowców na Polakach” oraz „Ukraińcy, którzy nie lubili Polaków, mogą stać się naszymi przyjaciółmi. Polacy, którzy nie mieli zaufania do Ukraińców, mogą teraz podać im braterskie dłonie”. Właściwie, to wypowiedzi te napawają mnie przerażeniem. Panie Pośle, a co Ukraińcy zrobili w tym kierunku, żeby wnuki ich ofiar mogłyby podać im dłoń? Czy prosili o przebaczenie? I tak na marginesie, retoryka „braterskich dłoni” godna jest bolszewika, a nie rzekomo konserwatywnego polityka.
 
I na samo zakończenie należy odnieść się do tegoż wyznania wiary posła Górskiego: „Wspólnie wybieramy Europę i Amerykę, wspólnie przeciwstawimy się roszczeniom rosyjskiego, azjatyckiego niedźwiedzia. To nasz wspólny, żywotny interes”. Jaką Europę? Jaką Amerykę? I na jakich zasadach?!
 
Niestety, ale z wypowiedzi posła Górskiego tchnie najprawdziwszy „duch Zachodu”: jakobinizm, obłuda i kiedy przychodzi co do czego, brutalność. Stąd nietrudno zgodzić się ze słowami Adama Wielomskiego, kiedy ten pisze: „Czytam wpisy Artura Górskiego i jestem zdruzgotany. Zwykle ludzie w młodości są jakobinami, a na starość przechodzą na pozycje konserwatywne. Tutaj obserwujemy proces odwrotny”. Jednakże z dalszym ciągiem wypowiedzi Wielomskiego jest już trudniej się zgodzić: „Rewolucjonista, zwolennik Majdanu, wróg konserwatywnej władzy Katechona”. Oczywiście, wszystko rozbija się o obwołanie Putina Katechonem.
 
Co Wielomski miał na myśli, dokładnie wyjaśnia oświadczenie redakcji portalu konserwatyzm.pl, pt. „Apel do Prezydenta Federacji Rosyjskiej Władimira Putina o nieprzyjęcie pokojowej nagrody Nobla w przypadku jej uzyskania”. W oświadczeniu tym czytamy: „Apelujemy do prezydenta Rosji Władimira Putina o nieprzyjęcie pokojowej nagrody Nobla w przypadku jej uzyskania. Katechon nie ma na ziemi władzy nad sobą ani równego sobie (Hi 41,25). Władimir Putin jest naszym zdaniem rodzajem katechona, czyli tego, który powstrzymuje przyjście politycznego antychrysta. Za jego prezydentury Rosja odrodziła się ekonomicznie, militarnie i politycznie po latach jelcynowskiej smuty i – ku zaskoczeniu wielu – stała się jedynym racjonalnym mocarstwem, stojącym na straży przestrzegania prawa międzynarodowego, obrońcą legalnej władzy przed fanatyzmem islamskim i rewolucyjnym”.
 
Śmiem przypuszczać, że Putin, gdyby dowiedział się o tym, że został obwołany Katechonem, w pierwszej chwili bardzo by się tym zdziwił… Jednakże na pewno szybko dostrzegłby propagandową wartość takiej wizerunkowej „stylizacji”. W tej kwestii Artur Górski ma rację – retoryka trzeciego Rzymu na pewno szybciutko stałaby się jednym z najważniejszych elementów rosyjskiej propagandy…
 
Dokonana przez Adama Wielomskiego „katechonizacja” Putina stanowi dla mnie przejaw innego rodzaju niż u Artura Górskiego quasireligijnej egzaltacji. Owszem, Putin jest politykiem niezwykle skutecznym, który dba o interesy swojego kraju. Ale stawianie go na czele kontrrewolucji jest, mówiąc delikatnie, także przejawem „odrealnienia”. Prawdziwa kontrrewolucja wymaga czegoś więcej niż bronienia swojego stanu posiadania przed Zachodem, czy nawet zakazywania pederastii. Kontrrewolucja wymaga zdecydowanego odrzucenia retoryki rewolucyjnej, a tego u Putina nie widać. Czy Putin obruszał się, kiedy Gerhard Schröder nazywał go „kryształowym demokratą”? Nie bardzo. Czy Putin kiedykolwiek krytykował doktrynę praw człowieka? Nie, on ją tylko interpretuje po swojemu. Jeśli chodzi o jego stosunek do cerkwi, można spekulować, na ile wynika on z głębokiej religijności, a na ile z politycznej kalkulacji. A być może ze zwykłej próżności – w końcu trudno kreować się na cara bez błogosławieństwa cerkwi. Na pewno zdjęcia z cerkiewnym wystrojem w tle bardzo ładnie wychodzą …
 
Podstawowy problem z „katechonizacją" Putina polega jednak na tym, że jest ona przejawem wulgaryzacji idei Katechona, który przestaje należeć do porządku duchowej walki dobra ze złem, a zostaje wtłoczony w polityczną retorykę starcia liberalizmu z antyliberalizmem. Nie rozumiem, skąd Adam Wielomski bierze swoją pewność, że Antychryst nie okaże się być antyliberałem…
 
Wracając do Putina, należy jeszcze stwierdzić, że tak jakoś zawsze bywało, iż Rosja prędzej czy później z tymże Zachodem się porozumiewała – własne interesy zawsze przeważały nad jakimś politycznym idealizmem. Tak, Putin jest realpolitykem, w przeciwieństwie do obu panów z KZM-u, którzy są przedstawicielami dwóch form egzaltowanego idealizmu.
 
Jak więc powinna kształtować się nasza polityka i w stosunku do Zachodu i Rosji? Rafał Brzeski pytany o to, czy Polacy powinni stawiać na Niemców, czy na Rosję, zawsze odpowiada: na samych siebie (a mnie w tym momencie przypomina się transparent z filmu „Ubu Król”: „Obce mocarstwa gwarancją naszej niepodległości”…). Oczywiście nie będę tutaj przedstawiać swojej wizji polskiej polityki, bo nie sposób tego zrobić w ramach tego tekstu. Na pewno jednak trzeba stwierdzić, że Polska, taką jak chciałabym ją widzieć, jest obca cywilizacyjnie zarówno w stosunku do współczesnego Zachodu, jak i do Rosji. Dlatego moim zdaniem powinniśmy stworzyć własny pomysł na zagospodarowanie europejskiego centrum. Od razu zaznaczam, że nie mam tutaj na myśli żadnego projektu politycznego odwołującego się do koncepcji międzymorza. Moim zdaniem, powinniśmy stać się ośrodkiem, który będzie promieniował na całą Europę, i to poprzez konsekwentną walkę o urzeczywistnienie nowej koncepcji wolności. Powinniśmy odrzucić zarówno jakobińskie rozumienie wolności, jak i wystrzegać się wschodniego „zamordyzmu”, który jest nam zupełnie obcy. Chcemy kontrrewolucji? To zacznijmy ją przeprowadzać przeciwko brukselskiemu molochowi, który administruje nowoczesnym lumpenproletariatem za pomocą nowoczesnych lumpenelit. Ale róbmy ją, stosując metody stosowane przez Polaków zamieszkałych w zaborze pruskim, czyli przez pracę u podstaw. Zacznijmy gromadzić we własnych rękach kapitał (a nie zapożyczać się u światowej finansjery), bo niezależność materialna jest podstawą prawdziwej wolności i suwerenności. Wydzierajmy możnym tego świata media, zacznijmy wychowywać naród po swojemu: w duchu umiłowania do wolności, która zakłada realną odpowiedzialność za najbliższe otoczenie. Zwalczajmy natomiast propagandę wolności urojonej, bo de facto zadekretowanej przez urzędników. Zamiast biernie kopiować to, co Zachód dyktuje, i cieszyć się jak małpki, które zostały pogłaskane po główce, bo były grzeczne, zacznijmy szanować samych siebie, własną kulturę i własną pracę. Jak mamy obronić się przed Rosją? Cóż, Rosja szanuje tych, którzy szanują samych siebie i potrafią stanowczo bronić własnych interesów. Niestety, poseł Górski, jak i większość Polaków myli stanowczość z histerycznością. A dopóki zachowujemy się jak omdlewająca dziewica, szukająca silnego ramienia – narażamy się na niebezpieczeństwo, że zostaniemy zgwałceni… Wszak w tej chwili trudno nas za cokolwiek szanować. Za to, że grzecznie implementujemy wytyczne płynące z Brukseli? Ciągle patrzymy na siebie tak, jak chciałby widzieć nas Zachód: jak na uczniaków, którzy wzorowo odrobili zadanie domowe. A może najwyższy czas, żebyśmy spojrzeli na siebie oczami Putina? To byłaby dobra lekcja dla polskich lumpenelit, które może w końcu nawiązałyby kontakt z rzeczywistością i zauważyły, że jesteśmy biedną, wymierającą i politycznie nic nieznaczącą neokolonią Wielkiego Zachodu.
 

11.13.2012

Gdzie dwóch się bije…

Dziwne rzeczy dzieją się w naszym kraju. Najpierw ni stąd, ni zowąd wybuchła afera Amber Gold, w którą uwikłany jest syn Donalda Tuska. Następnie ekshumacja ciał kilku ofiar katastrofy smoleńskiej pokazała, jak nieudolnie rząd prowadził i nadal prowadzi sprawy związane z tym tragicznym wydarzeniem. Oliwy do ognia dolał artykuł Cezerego Gmyza na temat trotylu na wraku Tupolewa, jak również zwolnienie go z pracy za ten właśnie artykuł. Warto też wspomnieć o komentowanym w polskich środowiskach prawicowych tekście opublikowanym w niemieckim czasopiśmie „Westdeutsche Zeitung”, w którym podana została informacja o tym, że we krwi Remigiusza Musia, który według ustaleń organów ścigania popełnił samobójstwo, znaleziono środki znieczulające albo odurzające (Betäubungsmittel). Po zakończeniu Marszu Niepodległości Polskę obiegły zdjęcia "zbiro-policjantów", czyli chuliganów przebranych za policję, albo policjantów przebranych za chuliganów, którzy wywołali zamieszki podczas Marszu. Jakby tego było mało, polska opinia publiczna została poinformowana o kolejnym niemieckim artykule, tym razem opublikowanym w "Die Welt", pod bardzo wymownym tytułem "Czy śmierć Kaczyńskiego była w interesie Rosji?" (http://wpolityce.pl/wydarzenia/40463-wazna-zmiana-tonu-i-watkow-debaty-niemiecki-die-welt-stawia-otwarte-pytanie-o-zamach-a-zatem-sily-w-rosji). 

Jak widać, atmosfera w Polsce jest mocno podgrzewana. Na wybuch jeszcze chyba za wcześnie, ale w Polsce już wre. Kto na tym korzysta? Na pewno nie Polacy. 

Kilka dni temu niemiecki parlament potępił politykę prezydenta Władimira Putina wobec jego własnych obywateli. Jak czytamy w dokumencie, "Niemiecki Bundestag stwierdza ze szczególnym niepokojem, że od czasu ponownego objęcia urzędu przez prezydenta Władimira Putina w Rosji podejmuje się kroki ustawodawcze i jurystyczne, które w całości mają na celu większą kontrolę nad aktywnymi obywatelami, w coraz większym stopniu kryminalizują krytyczne zaangażowanie oraz oznaczają konfrontacyjny kurs wobec krytyków rządu" (za: http://rebelya.pl/post/2874/bundestag-kontra-putin). Co ciekawe, stanowisko to zostało przyjęte na tydzień przed wizytą kanclerz Angeli Merkel w Moskwie i szczytem rosyjsko-niemieckim. Portal Rebelya podaje dalej, że odpowiedzią były słowa ambasadora Rosji w Niemczech Władimira Grinina – tego samego, który był ambasadorem w Warszawie przed, w trakcie i krótko po katastrofie smoleńskiej – a który w rozmowie z tygodnikiem "Der Spiegel” stwierdził, że niczego konstruktywnego w tym tekście nie odkrył. 

Uchwała niemieckiego parlamentu nie jest żadnym zaskoczeniem. Do przewidzenia było, że Niemcom coraz bardziej będzie przeszkadzał fakt, że Putin nie chce przeprowadzić w Rosji reform, których życzy sobie RFN. Chodzi oczywiście o wprowadzanie "standardów europejskich" przy pomocy licznych niemieckich fundacji i innych ekspertów finansowanych przez RFN. Podczas gdy w Polsce jedną z najważniejszych instytucji kształtujących politykę jest Fundacja Adenauera, w Rosji Putin doprowadził do uchwalenia ustawy, która zagraniczne fundacje – zupełnie słusznie – traktuje jako narzędzie obcej agentury. Niemcy postanowili więc przywołać Rosję do porządku i zaczynają robić jej czarny PR. 

Co sprawa tej uchwały ma wspólnego z Polską? Moim zdaniem, istnieje poważne niebezpieczeństwo, że niemieccy realpolitycy po raz kolejny wykorzystają wojnę polsko-polską i naszą rusofobię do swoich własnych celów. Uważam, że między innymi nie zawahają się użyć sprawy katastrofy smoleńskiej do robienia czarnego PR Rosji. Od razu podkreślam, że nie twierdzę, iż maczali oni palce we wszystkich "dziwnych" wydarzeniach, które wymieniłam na początku tego tekstu. Trudno podejrzewać ich o to, że np. pomagali w przebieraniu się policjantów za chuliganów albo chuliganów za policjantów. Wystarczy jednak, że odpowiednio wykorzystują dla siebie sytuacje stworzone bez ich własnego udziału. Nie ulega natomiast wątpliwości, że podsycanie w Polakach rusofobii zawsze było niemiecką specjalnością. Stąd też należy ostrożnie podchodzić do nagłego zainteresowania niemieckich dziennikarzy katastrofą smoleńską i samobójstwem Remigiusza Musia. Prawdopodobnie związane jest ono jest z nowymi wytycznymi niemieckiej polityki. Czy jesteśmy przygotowani do tego, żeby odpowiednio na nią zareagować? Wcale nie. 

Nie jesteśmy przygotowani, bo nie wyciągnęliśmy żadnych wniosków z przeszłości. Przyjrzyjmy się na przykład sprawie powstania styczniowego. Ilu Polaków wie, że to Bismarck podsycał w Polsce antyrosyjskie, a w Rosji antypolskie nastroje? Polityka Wielopolskiego najbardziej przeszkadzała Prusom, dlatego też robiły mu czarny PR (który do dziś jest podtrzymywany). Jak pisał Stanisław Cat-Mackiewicz: "O ile Francuzi popierają Wielopolskiego w jego programie, o tyle Bismarck patrzy na niego z nienawiścią. Jeszcze będąc przedstawicielem Prus w Petersburgu, Bismarck idzie tak daleko, że rozpuszcza idiotyczną plotkę, iż Wielopolski chce otruć Aleksandra II. Bismarck zrobiłby wszystko, co może, aby podsycić opór „czerwonych” i opór Andrzeja Zamoyskiego przeciwko polityce Wielopolskiego" (Stanisław Cat-Mackiewicz, Bismarck i Grottger. Fragment książki "Był bal", http://www.konserwatyzm.pl/artykul/5493/bismarck-i-grottger-fragment-ksiazki-byl-bal). Wybuch powstania styczniowego był Bismarckowi jak najbardziej na rękę. Po rozpoczęciu walk szybko zainicjował podpisanie konwencji Alvenslebena, na mocy której Prusy zobowiązały się do udzielania pomocy wojskom rosyjskim, w razie gdyby powstańcy pojawiali się na granicy rosyjsko-pruskiej lub chcieli przeniknąć na terytorium Poznańskiego. Jak pisał Cat-Mackiewicz: "Cesarz serdecznie przyjął Alvenslebena, wyraził mu radość, że wtedy, kiedy inne kraje europejskie z powodu Polaków napadają na Rosję, jedne jedyne Prusy występują z gestem przyjaznym". Gra Bismarcka była jednakże wyjątkowo wyrachowana. Potrzebował on rosyjskiego długu wdzięczności po to, by Rosja nie stanęła na przeszkodzie do zjednoczenia Niemiec pod pruskimi auspicjami. Cat-Mackiewicz słusznie wskazuje na to, że zadeklarował on pomoc  Rosji, by "pokazać Aleksandrowi II, że jest o wiele lepszy dla Rosji niż obrzydliwa Austria. Trzeba pamiętać, że to rok 1863, a więc czasy, w których mózg Bismarcka wciąż się wysila na temat, jak by to wypędzić Austrię z niemieckiej wspólnoty. Poza tym Bismarck nie tylko chce zwycięstwa rosyjskiego nad powstańcami, ale chce także, aby to zwycięstwo nie przyszło Rosji zbyt łatwo i przede wszystkim, nade wszystko, koniecznie, aby pokłóciło Rosję z innymi państwami w Europie. Powstanie polskie jest dla Bismarcka znakomitą okazją do pokłócenia Rosji ze wszystkimi i do zajęcia przez Prusy roli jedynego wiernego przyjaciela mocarstwa rosyjskiego. Konwencja Alvenslebena to okrzyk Bismarcka: „Rosja skłócona z Europą dla mnie”". Rzeczywiście, po pokonaniu Francji przez Niemcy w 1871 roku Rosja nie sprzeciwiła się zjednoczeniu Niemiec przez Prusy (albo raczej ich podbiciu). A co Bismarck mówił o Polakach? Warto jeszcze raz zacytować Cata-Mackiewicza: "Polacy są rozżarzonym żelazem, ale w razie, gdybyśmy mieli wojnę z Rosją, chwycę za to rozpalone żelazo, aby Rosję porazić". 
 
Stało się dokładnie tak, jak chciał tego Bismarck. Jego polityczny "testament" zrealizował Józef Piłsudski. Po "zjednoczeniu" Niemiec Prusy bardzo zapragnęły "zjednoczyć" całą Europę. Na drodze do realizacji ich celu stała carska Rosja. Należało więc ją zniszczyć. W tym celu państwo niemieckie opłacało wszelkiej maści rewolucjonistów i nacjonalistów, którzy spiskowali przeciwko Rosji. Do tej grupy należeli także Piłsudski i Lenin, którzy podjęli współpracę z niemieckim wywiadem. Efekt tej współpracy jest powszechnie znany: bolszewicy zniszczyli Rosję i ustanowili swoje własne rządy. A młode państwo polskie cudem zostało uratowane przed "czerwoną zarazą". Jednym słowem, polskie rozpalone żelazo skutecznie zostało użyte w tym celu, aby Rosję porazić.

Wbrew temu, co twierdzą Wieczorkiewicz, Zychowicz & spółka, na szczęście nie poszliśmy z Niemcami bić Moskala podczas II Wojny Światowej. Wynikłoby z tego jeszcze większe nieszczęście niż wspólne bicie Moskala podczas I Wojny Światowej, i to nie tylko dla Polski, ale i całego świata. 

Polska rusofobia jednakże jeszcze raz została wykorzystana przez niemieckich strategów. Przy pomocy polskiej opozycji udało im się doprowadzić do rozpadu Związku Radzieckiego, a tym samym do zjednoczenia Niemiec. Na fali entuzjazmu z powodu odzyskania niepodległości Solidarność zapomniała jednak o "drobnym szczególe", czyli o głębokim przywiązaniu ówczesnych niemieckich elit do granic państwa niemieckiego z 1937 roku. Dla polskich antykomunistów głosy mówiące o niemieckim zagrożeniu były bowiem wyłącznie przejawem radzieckiej propagandy. Na szczęście dzięki naciskom ze strony Margaret Thatcher, Niemcy w końcu uznały granicę na Odrze i Nysie. 

A jak wygląda bilans rzekomego odzyskania przez nas niepodległości? Państwo polskie znajduje się w stanie całkowitego rozkładu, podobnie sprawy się mają z polską gospodarką, kulturą i nauką. Staliśmy się rynkiem zbytu dla niemieckich produktów (jak pokazuje wykres opublikowany na stronie Instytutu Niemieckiej Gospodarki w Kolonii, wartość niemieckiego eksportu do Polski w 2011 roku wyniosła 60,6 mld $, rosyjskiego 21,1, holenderskiego 13,3, włoskiego 13,1, chińskiego 10,9, francuskiego 9,5 mld $: http://www.iwkoeln.de/__extendedmedia_resources/95932/index.html). Prasa znajduje się przede wszystkim w rękach niemieckich koncernów, a światopogląd Polaków kształtowany jest przez takie gadzinówki jak Newsweek czy Fakt. I jak już wspomniałam, jednym z ważniejszych graczy na polskiej scenie politycznej jest Fundacja Adenauera. Jak by tego jeszcze było mało, Niemcy coraz częściej pouczają nas o "polskich obozach koncentracyjnych", jak również zaczynają rozliczać za "wypędzenie" Niemców. Jednym słowem, potwierdziło się dokładnie to, przed czym przestrzegali zwolennicy sojuszu Polski ze Związkiem Radzieckim, a co antykomuniści uznali za zwykłą propagandę: za pomocą Unii Europejskiej Polska została już niemalże całkowicie podporządkowana RFN. 

A teraz przyszedł czas na Rosję. Sprawa Smoleńska świetnie nadaje się do tego, by osłabić pozycję tego kraju. Czy znowu pozwolimy, aby Niemcy w swoim pochodzie po coraz większą władzę posłużyły się Polską, jak to zrobiły w 1863, w czasie I Wojny Światowej i w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia? Powiedzmy to dosadnie:  dzięki polskiej rusofobii, której efektem było powstanie styczniowe,  Prusy dostały od Rosji zielone światło dla podbicia przez siebie Niemiec (nazywanego zjednoczeniem Niemiec). To dzięki polskiej rusofobii Piłsudski grał w tej samej lidze co Lenin, przez co Polska przyczyniła się do zniszczenia Rosji przez państwo niemieckie i bolszewików. To Polska w wydatny sposób przyczyniła się do tego, że po Europie przejechał walec nazywany Unią Europejską, za pomocą której RFN "jednoczy" Europę. Czy w końcu wyciągniemy wnioski z tych oczywistych faktów? Czy też znowu ruszymy na Moskala, aby go "cywilizować" i nawracać na wartości europejskie, a przy okazji pomścić Smoleńsk? Aby następnie po zniszczeniu Rosji rozpuścić się w kontrolowanym przez RFN bloku kontynentalnym? 

Nie, nie jestem zwolenniczką rosyjskiego bizantynizmu i turańszczyzny. Moim ideałem jest cywilizacja łacińska. Podkreślam: cywilizacja łacińska, a nie "wartości europejskie". Niestety, zdecydowana większość  tak zwanej polskiej prawicy nie rozumie, na czym polega różnica między tymi dwiema formami cywilizacyjnymi. Co więcej, wielu "polskich patriotów" przekonanych jest o wyższości cywilizacyjnej Polski nad Rosją, nie zauważając przy tym, że w Polsce dosłownie panuje burdel i że w tej sytuacji nie możemy być żadnym wzorem do naśladowania. Może w końcu najwyższy czas, żebyśmy sobie przypomnieli, że jedną z podstawowych zasad prowadzenia polityki w duchu cywilizacji łacińskiej jest po prostu rozwaga? 

P.S. Czyż nie ma racji Krzysztof Zagozda? Pisze: "Dziś jeszcze raz o Gmyzie z Wikipedii. Tym razem ciekawostka, że ten nowy narodowy bohater  "jest wiceprezesem fundacji Medientandem, zajmującej się polsko-niemiecką współpracą dziennikarską". Co prawda informacja to nie do końca ścisła, bo fundacja jest w stanie likwidacji, ale jej ścisła współpraca (finansowanie) z Fundacją Adenauera chluby nie przynosi (…). Gdyby Gmyz szefował fundacji polsko-rosyjskiej, już zostałby odsądzony od czci i wiary przez elektorat Prawa i Sprawiedliwości. A że niemieckiej? Wszak sąsiedzi zza Odry dobrze nam życzą.  Dopiero pół Polski wykupili" (http://zagozda.nowyekran.pl/post/79146,tego-o-gmyzie-nie-wiedzialem-ciag-dalszy).


8.25.2012

Był sobie kiedyś taki list…


Wspólne orędzie Kościoła i Cerkwi jest wydarzeniem o wielkim znaczeniu historycznym i potencjale politycznym, którego nie wolno nam zmarnować. Wydarzenie to często porównywane jest do wymiany listów między polskimi i niemieckimi biskupami z 1965 roku, która powszechnie uważana jest za rozpoczęcie procesu pojednania polsko-niemieckiego. W opinii zdecydowanej większości decydentów politycznych, dziennikarzy oraz działaczy społecznych po obu stronach Odry proces ten został zakończony sukcesem. Wspomniana wymiana listów, jak również orędzie są ściśle ze sobą powiązane. W obu przypadkach przedstawiciele duchowieństwa podkreślali bowiem, że pojednanie między Polakami a Niemcami i Rosjanami może dokonać się tylko w oparciu o chrześcijaństwo. Taki był punkt wyjścia procesu polsko-niemieckiego pojednania, taki jest punkt wyjścia pojednania polsko-rosyjskiego. Czy jednak polsko niemieckie-pojednanie, tak jak jest ono w tej chwili przeprowadzane, rzeczywiście realizuje postulat sformułowany przed laty przez polskich biskupów? Czyż nie jest przypadkiem tak, że odbywa się ono na obcym chrześcijaństwu ideologicznym gruncie? Myślę, że najwyższy czas, żeby polscy katolicy zadali sobie to właśnie pytanie.  

Wątpliwości co do tego, jaki jest ideologiczny grunt polsko-niemieckiego pojednania, nie ma Błażej Lenkowski, który w tekście pt. "Antyliberałowie łączą się" stwierdza:

"Teoretycznie wiadomość o wizycie Cyryla w Polsce powinna cieszyć. Pojednanie między religiami, krok w kierunku pojednania pomiędzy zwaśnionymi narodami to przecież zmiana w dobrym kierunku. Należy jednak zadać sobie pytanie, na jakim gruncie owo pojednanie się dokonuje, kto i w jakim kontekście je zawiera. (…)Szczególnie zaniepokojeni mogą być liberałowie i ci, którym kierunek zmian kulturowych wyznaczony przez Zachód jest bliski. Przecież w Rosji i Cerkwi prawosławnej nie doszło do cudownego nawrócenia na wartości Zachodu: przywiązanie do demokracji i prawa człowieka. To pojednanie pod auspicjami abp. Michalika, jednego z największych zwolenników Radia Maryja w polskim Kościele, zawierane jest pod hasłami obrony przed liberalnym Zachodem wspólnych tradycji i wartości Polski oraz Rosji. (…)Porównania z pojednaniem biskupów polskich i niemieckich są zupełnie nietrafione. Ówczesny Kościół niemiecki funkcjonował w demokratycznym kraju, a polski był podporą demokratycznej opozycji. Teraz Cerkiew ramię w ramię z Putinem tłamsi prawa człowieka w Rosji." (Gazeta Wyborcza, 21.0.2012, http://wyborcza.pl/1,86116,12336422,Antyliberalowie_lacza_sie.html#ixzz24MwtZDWD).

Na szczególną uwagę zasługuje stwierdzenie autora, iż "Ówczesny Kościół niemiecki funkcjonował w demokratycznym kraju, a polski był podporą demokratycznej opozycji". Nie chrześcijaństwo, a wiara w zbawczą moc demokracji rzekomo podzielana przez polskich i niemieckich biskupów przyczyniła się zadaniem Lenkowskiego do  sukcesu polsko-niemieckiego pojednania. Co więcej, autor sugeruje, że polski Kościół katolicki pełnił wtedy rolę demokratycznej opozycji. Autor zdaje się nie dostrzegać, że prymas Wyszyński walczył przeciwko demokracji (sic!) ludowej w celu obrony polskiego Kościoła katolickiego, a nie o demokrację. Co więcej, że tacy przedstawiciele "demokratycznej opozycji", jak Adam Michnik, Jacek Kuroń, Karol Modzelewski, Jan Lityński czy też Seweryn Blumsztajn, twórcy KOR i trockiści walczyli o "socjalizm z ludzką twarzą"… Skąd się więc bierze przekonanie Lenkowskiego, że polski Kościół mimo wszystko był podporą demokratycznej opozycji? Moim zdaniem, wynika to ze skutecznej polityki propagandowej, uprawianej przez Adama Michnika i innych, którzy postawili znak równości między antykomunizmem, prawicowością i katolicyzmem. Kłamstwo, w które uwierzyło wielu członków Solidarności i w które większość Polaków do dziś wierzy. Właśnie dzięki temu kłamstwu mogło zostać przeprowadzone "pojednanie polsko-niemieckie" w takiej formule, w jakiej ostatecznie zostało przeprowadzone: Polaków i Niemców połączyła wspólna wiara w wartości zachodnie, czyli demokrację i prawa człowieka. 

Jak silne jest przekonanie o tym, że polsko niemieckie-pojednanie jest sukcesem, z którego polska prawica może być dumna, świadczą chociażby słowa autorów apelu "Prosimy o wysłuchanie naszej opinii i wycofanie się z podpisania tego niebezpiecznego dla przyszłości Polski wspólnego orędzia", wystosowanego przez Elżbietę Szmidt do bp. Michalika w imieniu "katolickiego laikatu, świeckich prawdziwie zaangażowanych, zatroskanych o obecność wiary, Ewangelii, Chrystusa pośrodku nas i o przyszłość naszej Ojczyzny, zgromadzonych wokół portalu Stowarzyszenia Blogmedia24.pl": 

"Dość przypomnieć, że List biskupów polskich do niemieckich został poprzedzony autentycznym procesem pojednania i był odpowiedzią polskich hierarchów na wieloletnie starania strony niemieckiej. Wyprzedziły go działania kościołów niemieckich, w tym Kościoła ewangelickiego, który w swym memorandum z 1 października 1965 r. wzywał do zaakceptowania granic na Odrze i Nysie oraz do podjęcia dzieła pojednania Niemców ze wschodnimi sąsiadami. Wcześniejszym gestem intelektualistów ewangelickich było tzw. memorandum z Tybingi - przedstawione deputowanym Bundestagu w roku 1961, nawołujące zachodnioniemieckich polityków do odejścia od idei rewizji granic. Okazją do podjęcia procesu pojednania był przede wszystkim Sobór Watykański II, dając możliwość bezpośredniego spotkania przedstawicieli Episkopatów obu krajów. Poprzedziły go wspólne wystąpienia w sprawie beatyfikacji franciszkanina — męczennika Auschwitz — o. Maksymiliana Kolbe czy pielgrzymki niemieckich chrześcijan do miejsc zbrodni hitlerowskich w Polsce. Słowa „przebaczamy i prosimy o przebaczenie” – podpisane m.in. przez kardynała Stefana Wyszyńskiego i biskupa Karola Wojtyłę – były nie tylko aktem mądrości politycznej ówczesnych hierarchów Kościoła, ale wypływały z głębokiego przeświadczenia, że istnieją rzeczywiste warunki pojednania „w tym jak najbardziej chrześcijańskim, ale i bardzo ludzkim duchu”. Jeśli ówczesne władze komunistyczne zareagowały z wściekłością na orędzie polskich biskupów – to również dlatego, że było ono wyrazem ewangelicznej i chrześcijańskiej postawy" (Prezes Zarządu Elżbieta Szmidt http://wpolityce.pl/artykuly/33905-prosimy-o-wysluchanie-naszej-opinii-i-wycofanie-sie-z-podpisania-tego-niebezpiecznego-dla-przyszlosci-polski-wspolnego-oredzia)

Autorzy tego apelu twierdzą, że "List biskupów polskich do niemieckich został poprzedzony autentycznym procesem pojednania i był odpowiedzią polskich hierarchów na wieloletnie starania strony niemieckiej". W intencji autorów stwierdzenie to ma być koronnym dowodem na chrześcijański charakter pojednania, które rzekomo dokonało się między obydwoma narodami.  Niestety, twierdzenie "o wieloletnich staraniach strony niemieckiej" nie odpowiada prawdzie. Aż do lat 80. strona niemiecka nie wykazała większego zainteresowania pojednaniem z Polakami, a list polskich biskupów przez niemiecki episkopat został przyjęty z olbrzymią powściągliwością. Proces pojednania ruszył z miejsca dopiero po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce, kiedy to Niemcy odkryli, że przy pomocy Polaków mogą obalić komunizm…  Wygłaszanie fałszywych twierdzeń jak wyżej przytoczone przyczynia się więc do tego, że Polacy utwierdzani są w błędnym przekonaniu o tym, że pojednanie polsko-niemieckie rzeczywiście zostało przeprowadzone na gruncie chrześcijaństwa. 

Warto zatem przyjrzeć się okolicznościom powstania listu polskich biskupów do niemieckich oraz jego wpływu na przebieg pojednania polsko-niemieckiego. W dalszych rozważaniach będę opierać się na pracy wydanej przez Basila Kerskiego, Tomasza Kycia oraz Roberta Żurka, "Przebaczamy i prosimy o przebaczenie". Orędzie biskupów polskich i odpowiedź niemieckiego episkopatu z 1965 r. Geneza. Kontekst, Spuścizna (Olsztyn 2006).  

Autorzy tego opracowania jednoznacznie wskazują, że poza Memoriałem ogłoszonym przez Kościół ewangelicki strona niemiecka nie podjęła żadnej znaczącej inicjatywy mającej na celu rozpoczęcie procesu pojednania polsko-niemieckiego. Takich kroków nie podjął niemiecki Kościół katolicki, takich kroków nie podjął rząd Adenauera. List biskupów polskich do niemieckich od początku do końca był inicjatywą polską, w żaden sposób niesprowokowaną przez "wieloletnie starania strony niemieckiej". W liście tym biskupi polscy zapraszali przedstawicieli niemieckiego episkopatu do udziału w centralnych uroczystościach milenijnych na Jasnej Górze. Jednocześnie list miał doprowadzić do pojednania między obydwoma narodami, tak aby w ten sposób przygotować Polaków do obchodów Millenium chrztu Polski. 

Jak wskazują autorzy opracowania, inicjatywa pojednania na dobrą sprawę powinna była wyjść ze strony Niemiec. Tak się jednak nie stało. Co więcej:

"W porównaniu z tym krokiem biskupi niemieccy byli w swojej reakcji bardzo powściągliwi. Co prawda, przyjęli "z głębokim braterskim szacunkiem" wyciągniętą ku nim dłoń, ale nie była to reakcja adekwatna w stosunku do rewolucyjnej, łamiącej tabu i politycznie ryzykownej dla jego autorów prukursorskiej inicajatywy. W tekście brakowało gestu, zwrotu, który nadałby odpowiedzi wyjątkowy charakter. NIe przełamano żadnego społecznego tabu, nie żądano żadnej zmiany obowiązującego paradygmatu. (…) W związku z kwestią granicy niemieccy biskupi wyrazili jednynie życzenie, "by wszystkie nieszczęśliwe skutki wojny zostały przezwyciężone w sposób sprawiedliwy i zadowalający obie strony". Przy czym było jasne, że takie rozwiązanie nie istnieje" (tamże, s. 31). 

Taką reakcję ze strony biskupów niemieckich autorzy tłumaczą tym, że większość zachodnioniemieckiego społeczeństwa nie była gotowa pogodzić się z utratą ziem wschodnich. 

"Jak silny był opór wobec jakichkolwiek ustępstw, przekonało się kierownictwo Kościoła ewangelickiego po opublikowanoi swego Memoriału. Doszło wtedy do masowych, ostrych i przeważnie bardzo negatywnych reakcji wykraczających poza ramu wspólnoty ewangelickiej. Część wiernych zdystansowała się od kierownictwa swojego Kościoła, podniosła się fala wystąpień, rozprzestrzeniał się wewnątrzkościelny kryzys. Katoliccy biskupi mogli zakładać, że także w Kościele katolickim doszłoby do podobnej burzy w przypadku, gydyby wezwali do uznania granicy na Odrze i Nysie. Takie wystąpienie mogłoby również wywowałać kryzys w stosunkach Kościoła katolickiego z politykami CDU/CSU, którzy trwali przy żądaniu rewizji granic" (tamże, s. 30-31).   

Zdaniem autorów książki, biskupi niemieccy w ogóle nie byli zachwyceni polską inicjatywą. Co więcej, twierdzą oni, że list polskich biskupów został potraktowany jako wyraz … polskiego nacjonalizmu. Kerski, Kycia i Żurek powołują się na poufne postanowienie Episkopatu Niemiec z 3 grudnia 1965 roku, w którym stwierdzono, że "na twardą, nacjonalistyczną postawę polskich biskupów i wiernych nie należy reagować ostro, lecz z wciąż na nowo demonstrowaną życzliwością". Zdaniem autorów książki w "świetle powyższego cytatu powściągliwa odpowiedź niemieckiego episkopatu na Orędzie jawi się wręcz jako akt chrześcijańskiej wspaniałomyślności wobec kolejnego nacjonalistycznego wybryku polskich biskupów" (tamże, s. 38). Autorzy podsumowują to w ten sposób:

"Zadziwiająca jest również łatwość, z jaką strona niemiecka zarzucała polskiemu Kościołowi szowinizm. Ta beztrosko można ferować wyroki tylko wtedy, gdy samemu nie ma się specjalnego poczucia winy. Rzeczywiście: reakcje niemieckiej opinii publicznej na Orędzie wskazują, że niemała część niemieckiego społeczeństwa wciąż jeszcze była głęboko przekonana o tym, że winy Polaków wobec Niemców są dużo większe niż winy Niemców wobec Polaków. Kiedy posłanie dotarło do wiadomości publicznej, katoliccy wysiedleńcy z satysfakcją przyjęli do wiadomości nie propozycję przebaczenia, a prośbę o nie. Dla nich był to sygnał, że polski episkopat nareszcie jest gotów wyznać polską winę. Z tego punktu widzenia posłanie pojednania zostało zrozumiana jako późno wypełniony obowiązek polskich biskupów wobec niemieckiego Kościoła, a nie jako wielkoduszny gest polskich ofiar reżimu hitlerowskiego wobec Niemców. Zdaniem wielu niemieckich katolików na tym "spełnieniu obowiązku" spoczywał jednak cień "nacjonalistycznej" wizji historii polskich duchownych, która znalazła swój wyraz w liście" (tamże, s. 37). Autorzy także wskazują na wciąż obecne wśród przedstawicieli niemieckiego duchowieństwa poczucie wyższości. Ich zdaniem, nawet przy najlepszej woli niektórym z nich z wielkim trudem przychodziło "pożegnanie się ze stereotypem o cywilizacyjnej przepaści między zachodem i wschodem oraz z wyobrażeniem o roli Niemiec jako krzewiciela kultury na wschodzie"

Autorzy stwierdzają, że wbrew potocznemu mniemaniu wymiana listów z 1965 roku nie wywołała żadnego radykalnego zwrotu w stosunkach między polskim i niemieckim Kościołem. Wręcz przeciwnie, w następnych latach można było mówić o okresie stagnacji, jeśli nie wręcz regresu (s. 45). Prawdziwy kryzys nastąpił po dojściu do władzy w RFN SPD, kiedy to nowy kanclerz Niemiec, Willy Brandt zaczął prowadzić politykę zbliżenia między RFN a Związkiem Radzieckim. Polityka ta była torpedowana przez niemieckich chadeków. Dlatego też w 1970 roku Prymas Wyszyński wystosował list do przewodniczącego konferencji biskupów niemieckich Juliusa Döpfnera, w którym "stwierdził, że prowizoryczność organizacji kościelnej na "Ziemiach Odzyskanych" przypisuje się "hamującej działalności niemieckiego episkopatu", co niestety nie jest "postępem na drodze do pojednania i pokojowej współpracy" (tamże, s. 47). Niestety, jego prośba nie spotkała się ze zrozumieniem ze strony Döpnera. Natomiast pod koniec 1970 roku arcybiskup Kominek wystosował list otwarty do wszystkich chadeckich partii świata. Poddał w nich ostrej krytyce CDU/CSU.

"Jak stwierdził, obie partie w czasie swoich długich rządów nie uczyniły nic dla pojednania polsko-niemieckiego, a po utracie władzy zwalczały nową politykę pojednania prowadzoną przez socjalliberalną koalicję. Szczególnie wiele krytycznych uwag zebrali katoliccy politycy CDU/CSU, ponieważ nawet gdy z szeregów tych partii dochodziły jakieś pozytywne sygnały, to zawsze ze strony protestantów". "Kminek kończył swój list dramatycznie: "w ciągu nabliższych tygodni okaże się, czy niemiecki katolicki episkopat przełamie w tym historycznym momencie swoją powściągliwość i milczenie i wstrząśnie sumieniami decydentów, i czy politycy katoliccy nie skryją się za dyscypliną partyjną jak w 1933 roku przy głosowaniu nad ustawą o środkach nadzwyczajnych ochrony państwa" (s. 48). 

Autorzy wskazują, że ze względu na nieustępliwą pozycję niemieckiego episkopatu zawarty został "egzotyczny sojusz" między konserwatywnym prymasem Wyszyńskim i kierownictwem socjoliberalnej SPD, i to z pominięciem naturalnych sprzymierzeńców Wyszyńskiego, czyli biskupów niemieckich (s. 49). Ostatecznie w grudnia 1970 r. został zawarty traktat o normalizacji stosunków między RFN a PRL, niedługo potem Watykan uregulował stosunki kościelne w diecezjach na ziemiach odzyskanych. Kwestia granicy polsko-niemieckiej została więc uregulowana przez traktat, a nie jak mieli nadzieję Kominek i Wyszyński, w drodze aktu pojednania Kościołów. Nie niemieccy biskupi, a Willy Brandt przez swój gest uklęknięcia przed Pomnikiem Bohaterów Getta w Warszawie zainicjował pojednanie polsko–niemieckie (warto wiedzieć, że wielu członków CDU/CSU potraktowało ten gest jako zdradę stanu…) Postawa niemieckiego Kościoła katolickiego nie zmieniła się aż do lat 80. Między innymi w 1980 r. przedstawiciele ruchu Znak odrzucili zaproszenie na Katholikentag (Dzień katolików) w Berlinie, po tym jak prezydent Centralnego Komitetu Niemieckich Katolików (Zentralkomitee der deutschen Katholiken) Hans Maier wypowiedział się za oznaczaniem w atlasach szkolnych polsko-niemieckiej granicy z roku 1937 (tamże, s. 233). 

Prawdziwy "przełom" nastąpił w latach 80, kiedy to niemiecka strona zaczęła organizować pomoc humanitarną dla Polski. Do Niemców dotarło bowiem, iż bez Polski nie da się obalić komunizmu. (A bez obalenia komunizmu nie byłoby zjednoczenia Niemiec… Co moim zdaniem odgrywało decydującą rolę w procesie tak zwanego pojednania polsko-niemieckiego). 

W wywiadzie przeprowadzonym przez autorów książki z Władysławem Bartoszewskim czytamy: 

"W roku 1966 był Pan ponownie w RFN. Czy listy biskupów były tematem Pana dyskusji z niemieckiemi partnerami?" Odpowiedź: "Pytano mnie, co my, Polacy chcieliśmy przez to osiągnąć. "Przecież wiedzieliście, że biskupi są obywatelami Niemiec, że nie mogą się wypowiadać w sposób niezgodny z konstytucją o sprawach państwa, że nie są politykami." Dla mnie najważniejszym odkryciem było wtedy stwierdzenie, że rola Kościołów w Niemczech jest mniejsza niż w Polsce. Może, jeżeli chodzi o organizację inicjatyw charytatywnych jest ważna, ale biorąc pod uwagę wpływ na kształtowanie poglądów, to nie do końca. Pogłądy są kształtowane przez związki młodzieżowe, partie polityczne, grupy nacisku, związki zawodowe, landy, układy polityczne, a nie Kościoły" (tamże, S. 116-117). 

W dalszej części wywiadu Bartoszewski potwierdza, że to nie Kościoły, ale powstanie Solidarności przyczyniło się do przełomu w relacjach polsko-niemieckich. Natomiast  Bernhard Vogl w wywiadzie z redaktorami książki stwierdza: "Dopiero później zorientowano się, że dzięki Polsce można będzie rozsadzić komunistyczną Europę Wschodnią, jednak kiedy pojawiły się listy, nikt jeszcze o tym nie myślał" (s. 164).  

Jakie więc było ideologiczne tło pojednania polsko-niemieckiego, które na dobrą sprawą zaczęło być realizowane dopiero od lat 80? Moim zdaniem, była nim chęć stworzenia zjednoczonej Europy, której najważniejszym symbolem miało być zjednoczenie Niemiec i upadek Muru Berlińskiego.  Chodziło więc o czysto polityczny projekt, który niewiele miał i niewiele ma wspólnego z chrześcijaństwem. Dlatego też relacje między RP a RFN od samego początku były nacechowane jasną asymetrią. W końcu to Niemcy "wprowadzały nas do Europy", co stawiało nas na pozycji petenta, który musi okazywać wdzięczność za przyjęcie go do towarzystwa. Niemcy uznały się bowiem za eksperta od sprawy "europejskości" a nam przypisano rolę ucznia. W ten oto sposób pojednanie polsko-niemieckie zaczęło polegać na nawracaniu nas na europejskość przez elity RFN. Niemcom natomiast nawet do głowy nie przyszło, że może i oni mogliby nauczyć się czegoś od nas… Tym bardziej że, jak stwierdzają autorzy książki w wywiadzie z Władysławem Bartoszewskim: 

"Mamy wrażenie, że w stosunkach między Polakami i Niemcami, również między polskimi i niemieckimi elitami katolickimi panowała praktycznie przez cały czas dysproporcja nie tylko w zaangażowaniu na rzecz pojednania, ale w jakości refleksji na temat wzajemnych relacji. Przed chwilą potwierdził Pan nasze przypuszczenia o braku zainteresowania niemieckich partnerów manifestami PPN, wcześniej poinformował nas Pan, że nawet te gesty strony niemieckiej, które postrzegaliśmy jako jej wkład w symbolikę dialogu, jak wizyta u grobu Popiełuszki, czy Krzyżowa, były tak naprawdę inspirowane przez stronę polską". Odpowiedź: "Pocieszające jest, że dali się zainspirować". Redaktorzy: "Ale sami nie byli w stanie wypracować impulsów ożywiających dialog. To jest dramatyczny wniosek" (tamże, s. 121). 

Sprawa pojednania polsko-niemieckiego ma jeszcze jeden aspekt, o którym koniecznie należy wspomnieć. Proces ten był wspierany przez tak zwanych postępowych katolików, do których należeli tacy aktorzy polsko niemieckiego-pojednania jak Stanisław  Somma, Tadeusz Mazowiecki, Jerzy Turowicz, Władysław Bartoszewski, czy też Józefa Hennelowa. To oni utrzymywali kontakty z Niemcami, jeździli do RFN i działali na rzecz unormowania stosunków polsko-niemieckich. W  rozmowie autorów książki z Józefą Hennelową czytamy:  

"W roku 1989 czołowi przedstawiciele polskich i niemieckich katolików świeckich podpisali wspólny dokument, w którym zgodnie wypowiedzieli się w najtrudniejszych kwestiach stosunków polsko-niemieckich. Tymczasem w minionych piętnastu latach stanowiska zamiast jeszcze bardziej się zbliżyć, oddaliły się. Jak do tego doszło?" Odpowiedź: "Ma Pan na myśli deklarację podpisaną w pięćdziesiątą różnicę wybuchu II wojny światowej. Dokument te rzeczywiście oddaje olbrzymią zgodność sygnatariuszy, a wszystkie jego sformułowania są bardzo krzepiące. Ale proszę zwrócić uwagę, że w deklaracji tej pokazano również bardzo uczciwie, czego jeszcze brakuje, co powinno być naszym zdaniem zadaniem na przyszłość. Chyba tego zadania nie wypełniliśmy, po części dlatego, że przedwcześnie uwierzyliśmy w sukces, a także na skutek zaangażowania przede wszystkim w sytuację wewnętrzną naszych krajów, tak bardzo się w minionym piętnastoleciu zmieniających" (tamże, s. 199-200). 

Moim zdaniem, ta przedwczesna wiara w sukces, o której wspomniała Hennelowa, w dużej mierze wynikała z pewnej naiwności postępowych katolików, którzy chyba do dziś nie zrozumieli, że Niemcy już prawie całkowicie odcięły się od swoich chrześcijańskich korzeni (warto nadmienić, że w chyba żadnym innym europejskim kraju papież Benedykt XVI nie jest darzony tak wielką niechęcią jak w swojej własnej ojczyźnie). Sprawa pojednania polsko-niemieckiego jest więc także ściśle powiązana z kondycją posoborowego Kościoła katolickiego w Polsce, który często sam nie jest w stanie wytłumaczyć swoim wiernym różnic między oświeceniowymi hasłami wolności, równości i braterstwa a katolicką doktryną prawa naturalnego (również chadecka Fundacja Adenauera nie widzi większej różnicy między oświeceniowymi ideologiami demokracji i praw człowieka a katolicką koncepcją filozofii praktycznej). 

Budowanie zjednoczonej Europy nie jest jeszcze zakończonym projektem. W imię tak zwanych wartości europejskich zwalczany jest Kościół katolicki, jak również polska tradycja narodowa. To niemieckie fundacje współfinansują Krytykę Polityczną, Kampanię Przeciwko Homofobii, Nigdy Więcej oraz inne lewicowe projekty i inicjatywy. Fundacje te są przede wszystkim utrzymywane z budżetu federalnego RFN. Dla architektów Zjednoczonej Europy w końcu to właśnie polski katolicyzm uchodzi za przeszkodę na drodze do "polsko niemieckiego-pojednania" i "integracji europejskiej". Zgodnie z ich światopoglądem, polski katolicyzm musi być zwalczany bo rzekomo jest źródłem "tradycyjnego polskiego antysemityzmu", "nacjonalizmu", "konserwatyzmu" (czytaj: faszyzmu), homofobii, nietolerancji, i tak dalej. Czyli tego wszystkiego, co jest sprzeczne z "wartościami europejskimi". 

W celu obrony polskiego Kościoła i polskiej tradycji narodowej został zawarty strategiczny sojusz między Kościołem a Cerkwią. Czy niemiecki Kościół katolicki miałby odwagę tak otwarcie potępić zachodni demoliberalizm, jak to zrobiła Cerkiew? Obawiam się, że nie. Czy Polacy mogą więc znaleźć w Niemczech partnera do wspólnej walki przeciwko "wartościom europejskim"? Chyba nie. Dlaczego więc katolicy uwierzyli w to, że Polacy i Niemcy pojednali się na gruncie chrześcijaństwa? Liczę na to, że ostatnia inicjatywa polskiego duchowieństwa przypomni Polakom, że także i pojednanie polsko-niemieckie ciągle jeszcze jest otwartym projektem.