"Podstawowy
problem, który zasygnalizowałam w moim tekście dotyczy tego, że
cywilizacja łacińska w zderzeniu z niższymi formami cywilizacyjnymi ma
ograniczone możliwości samoobrony. Motywacje etyczne sprowadzają się do
moralnej zdolności stawiania sobie ograniczeń w imię zasad, których
łamanie nie jest zagrożone żadnymi sankcjami energetycznymi. Takie
zasady krępują, gdyż kierujący się nimi nie może osiągać stawianych
sobie celów w dowolny sposób. Jak już wspomniałam, normy etyczne
określają sposób osiągania celów, a więc ograniczają paletę środków,
którymi można się posłużyć w konkretnej sytuacji. Można tutaj podać
przykład średniowiecznego rycerza, który kierując się zasadami honorowej
walki był słabszy w stosunku do bandyty, który nie kierował się żadnymi
zasadami i mógł pokonać rycerza podstępnie wbijając mu nóż w plecy".
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nowożytna koncepcja polityki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nowożytna koncepcja polityki. Pokaż wszystkie posty
6.26.2014
4.25.2014
Między emancypacją a technokratyzmem: prawo w służbie budowy Nowej Atlantydy?
[…] Fenomen społeczeństwa masowego,
z charakterystyczną dla siebie standaryzacją i homogenizacją, wydaje się
stać w sprzeczności do idei rewolucji podmiotów, która dąży do radykalnej
emancypacji tego, co subiektywne. „Scentralizowana władza administracyjna
trudna jest na ogół do pogodzenia z dążeniami do autonomii i samorządności
funkcjonalnie i kulturowo zróżnicowanego społeczeństwa”[i].
Mamy więc tutaj do czynienia z pewną systemową ambiwalencją,
która sprawia, że prawo tkwi w pewnym „szpagacie” między jednostkową autonomią
a technokratyzmem. W epoce, w której wzajemna zależność ludzi od siebie jest
coraz większa, kiedy „[s]kutki decyzji podejmowanych w jednych regionach czy
sferach aktywności ludzkiej coraz bardziej zależą od programów realizowanych w
innych regionach czy branżach”[ii],
państwo musiało jednak znaleźć sposób na skuteczne zarządzanie masami ludzkimi.
Wyrazem tego jest przejście od systemów represyjnych, polegających na
sterowaniu społeczeństwem poprzez zakazy i sankcje, do systemów promocyjnych, w
których główną rolę odgrywają nakazy i gratyfikacje[iii].
W systemach tych podstawową rolę odgrywa regulacja poprzez bodźce: „W tym
przypadku normodawca po to, by osiągnąć określone cele gospodarcze lub
finansowe odwołuje się nie do nakazów i zakazów konkretnego postępowania, ale
do różnego rodzaju bodźców finansowych, takich jak subwencje, subsydia, ulgi,
koncesje, zwolnienia, zamówienia rządowe czy dotacje. […] Jeszcze bardziej
subtelna i zdobywającą sobie coraz większą popularność formą regulacji poprzez
bodźce jest sterowanie perswazyjne (Überzeugungsprogramme). W tym
przypadku prawo, by osiągnąć określony cel, odwołuje się do perswazji,
inicjując programy edukacyjne, kampanie reklamowe czy propagandowe (alkohol,
nikotyna, zdrowie, ochrona środowiska), zamiast bezpośrednio zakazywać lub
nakazywać określone działania”[iv].
3.12.2014
Między Wielkim Zachodem a Katechonem, czyli więcej rozsądku, Panowie!
Aż
chciałoby się powiedzieć: nie mój cyrk, nie moje małpy. Niestety, trudno
nie zareagować na to, co się dzieje w polskiej przestrzeni publicznej
wokół sprawy ukraińskiej. Dostrzegam jednak pewną pozytywną stronę tegoż
„cyrku”: działa on jak papierek lakmusowy, za pomocą którego można
wykryć, u kogo działa jeszcze zdrowy rozsądek. Niestety, wyniki „testu”
są dość zatrważające… Co więcej, także w obozie konserwatystów, którzy
przecież – przynajmniej w teorii – zdrowy rozsądek szczególnie cenią.
Jeśli
przyjrzeć się wypowiedziom byłego i aktualnego prezesa Klubu
Zachowawczo-Monarchistycznego (KZ-M), Artura Górskiego i Adama
Wielomskiego, trudno nie popaść w przygnębienie… Pierwszy z nich wyznaje
wiarę w Wielki Zachód, którego Polska powinna bronić przeciwko Rosji,
drugi natomiast w Putina-Katechona, który obroni Polskę przed tym samym
Zachodem. Niestety, oba stanowiska są równie błędne, czy wręcz –
obłędne.
Zacznijmy od credo posła Artura Górskiego. W jednym z jego komentarzy padają słowa: „dogmat
obrony wolności jest w USA ponadczasowy i ponadpartyjny. Zrozumie to
każdy, kto uważnie słuchał konferencji prasowej sekretarza stanu USA
Johna Kerrego w Kijowie. Ten demokrata mówił wczoraj językiem
przedstawiciela ekipy… Ronalda Reagana. Mówił bez umizgów wobec Rosji i
bez ważenia słów w stylu miękkiej, europejskiej dyplomacji. W Ameryce
duch Zachodu jeszcze nie umarł”. Poseł Górski na pewno automatycznie użył wyrażenia „dogmat obrony wolności",
ale fakt użycia takiego sformułowania mówi trochę na temat kondycji
światopoglądowej formacji politycznej, którą poseł reprezentuje.
Sformułowanie to bowiem dobrze wskazuje na quasireligijny charakter
zachodniej koncepcji wolności, która ma swoje korzenie w Oświeceniu i do
której odwoływały się wszystkie nowożytne rewolucje. Natomiast do
konserwatyzmu, jaki swego czasu reprezentował poseł Górski, nie ma to
się nijak!
W innym komentarzu Artur Górski stwierdza, iż: „W Europie mamy największy kryzys od rozpadu Jugosławii”.
Niestety, poseł PiS, podobnie jak cała jego partia i znienawidzone
przez nią PO, powiela zachodnią propagandę na temat rozpadu Jugosławii.
Nie, Panie Pośle, Jugosławia się nie rozpadła. Ten kraj został w sposób
planowy i celowy rozbity, głównie za sprawą RFN i USA. Szczególnie RFN
było zainteresowane zniszczeniem swojego „odwiecznego” wroga na
Bałkanach, czyli Serbii. Oczywiście przy pomocy swojego równie
„odwiecznego” sojusznika, Chorwacji, w której – podobnie jak na Ukrainie
– faszyzm przybrał szczególnie brutalną postać. Serbia została
zniszczona, bo nie znalazła żadnego wsparcia ze strony Rosji. Oderwane
zostało od niej terytorium uważana za jej kolebkę. A ponieważ niszczenia
niezwykle cennych kosowskich zabytków dopuścił się Zachód i także – tym
razem – jego muzułmańscy sojusznicy, nikt się tym nie oburzał! Tak
Panie Pośle, kiedy Rosja broni swojej mniejszości na Krymie, pisze Pan: „Ukrainie grozi nie tylko wojna domowa, inspirowana przez Moskwę, ale także otwarta agresja Rosji i aneksja Krymu”.
Kiedy Jugosławia została pogrążona w inspirowanej przez Zachód – a
przede wszystkim USA i RFN – wojnie domowej i kiedy Serbię ograbiono z
jej terytorium, tworząc jedno z najbardziej mafijnych państw świata, i
to w środku Europy, to nazywało się to „dogmatem obrony wolności” w praktyce! Skąd ta schizofrenia, Panie Pośle?
Artur Górski stwierdza dalej: „Należy
pamiętać, że Władimir Putin jako samowładca jest nieprzewidywalny. Jak
powiedziała do prezydenta USA Baracka Obamy kanclerz Niemiec Angela
Merkel, Putin "jest odrealniony, żyje w innym świecie". Żyje w świecie
marzeń o imperialnej Rosji, przekonany o potędze swojego państwa i
słabości Zachodu”.
Dobrze zdaję sobie sprawę z tego, że wypowiedzi przywódców USA i RFN są
dla posła Górskiego ostatnią wyrocznią. W końcu reprezentują oni ten
Wielki, Oświecony Zachód, do którego tęsknie wzdychamy, nie
dostrzegając, że ten Zachód traktuje nas jak białych murzynów. Nie,
Putin, w przeciwieństwie do posła Górskiego, polskich polityków,
dziennikarzy i wyborców, jak najbardziej twardo stąpa po ziemi, i
dokładnie wie, co USA i RFN mogą zgotować jego państwu. Dokładnie to
samo, co zgotowali Polsce, a czego „odrealnieni” Polacy, żyjący w
przekonaniu o własnej wolności, nie dostrzegają.
To „odrealnienie" posła Górskiego staje się szczególnie widoczne, kiedy oburza się na prezydenta Janukowicza, za to, że ten „Z własnego kraju uciekł chyłkiem, by z terytorium Rosji potępiać nową ukraińską władzę.”
Panie Pośle, czy naprawdę Pan nie pamięta, w jaki sposób ten rzekomo
cywilizowany Zachód potraktował Saddama Husseina, Osamę bin Ladena oraz
Kadafiego? To właśnie w momencie mordowania tych osób Zachód pokazał
swoją prawdziwą, bestialską twarz! Jak bardzo trzeba być „odrealnionym”,
żeby tego nie dostrzegać?! Tak na marginesie, śmierć Miloševica także do dziś nie została wyjaśniona. Prezydent Janukowicz doskonale wiedział, co go czeka, jeśli wpadnie w łapy Zachodu. Uciekał, bo dobrze znał jego mało cywilizowane zwyczaje.
Poseł Górski stwierdza dalej: „Nowy
rząd na Ukrainie jest rządem jedności narodowej wszystkich sił
politycznych, które chcą niezależności Ukrainy od Moskwy i które
utożsamiają się z Europą. Jeśli nawet formalnie dążą do integracji z UE i
zapraszają NATO, to właśnie w celu utrwalenia niezależności od Kremla.
Chcą, aby ich państwo było traktowane przez Rosję jako partner
gospodarczy, a nie jako twór politycznie zwasalizowany. Nie chcą, by
Ukraina była kolonią rosyjską”.
Cóż, jako przedstawiciel państwa zwasalizowanego przez Berlin, pan
poseł Górski zdaje się twierdzić, iż lepiej być wasalem Niemiec niż
Rosji. Niemcy finansują w końcu UE, która z kolei chętnie trzyma na
swoim garnuszku polskie lumpenelity… W kwestii utożsamiania się z Europą
dodam jeszcze, że z tych słów należy wnioskować, iż poseł Górski
utożsamia się z tzw. wartościami europejskimi, czyli prawdziwie
neobolszewickim programem zniszczenia człowieka. Niestety, ale innej
Europy na tym magicznym Zachodzie w tej chwili już nie ma! Rewolucja
bolszewicka była dziełem Zachodu (podrzuconym Rosji, żeby ją zniszczyć),
i ten Zachód w swoim nowym wydaniu zupełnie podbiła. Cóż, poseł Górski
widocznie hołduje tradycji polskiej martyrologii i najpierw będzie
walczył o to, żeby Polska była jak najbliżej tego Zachodu, po to, by
potem ją przed nim bronić…
Pozwolę sobie skomentować także te oto słowa Górskiego: „O
mistyfikacji ze strony Rosji świadczy to, że Putin wysłał wojska
rosyjskie na Krym bez emblematów i okłamuje opinię publiczną, że to nie
są wojska rosyjskie”.
Widocznie Putin sporo nauczył się od Zachodu, który lubi, za pomocą
swoich płatnych najemników, destabilizować państwa posiadające
niewygodne dla siebie rządy… Ale ponieważ w tym przypadku chodzi o
Rosję, więc należy stosować specjalne kryteria oceny. Sporządzone
specjalnie dla Rosji.
Pan Poseł stwierdza także, że Putin „uważa, że Europa gnije”. No cóż, czy nie ma racji? I dalej o Putinie: „Jest
przekonany, że UE i Amerykanie nie będą w stanie mu się przeciwstawić,
gdyż nie zdecydują się na otwartą konfrontację i konflikt. A jeśli nawet
wprowadzą ograniczone sankcje, Rosja, która kontroluje energetycznie
znaczną część Europy, nie tylko nie boi się tych sankcji, to nawet może
wprowadzić swoje sankcje, choćby zakręcając kurki z gazem i ropą. Unia
Europejska ma tego świadomość i mimo twardej retoryki, zna ograniczoność
swoich możliwości”. Jedni zakręcają kurki z gazem i ropą, a inni – dotacje europejskie. Ja tu nie widzę żadnej różnicy…
Stwierdzenie Górskiego, iż: „W interesie Polski jest integralna terytorialnie, niepodległa, maksymalnie suwerenna Ukraina, wolna od rosyjskich wpływów”,
można skwitować pytaniem: a co z niemieckimi wpływami? Zważywszy na to,
że to właśnie w Niemczech, USA i w Kanadzie po II wojnie światowej
schronienie znaleźli banderowcy, nie jest to pytanie bynajmniej
retoryczne… Może panu Górskiemu należy przypomnieć, że sam Bandera po
wojnie spokojnie sobie żył w Monachium, do czasu, gdy został
„sprzątnięty” przez agenta KGB. Ach, ci agenci KGB, oni jakoś tych
banderowców nie lubią…
Na deser zostawiłam wypowiedzi, które napawają mnie szczególnym niepokojem: „Ale
też nasze poparcie dla aspiracji narodu ukraińskiego może przełamać
wzajemne niechęci, wynikające ze zbrodni Banderowców na Polakach” oraz „Ukraińcy,
którzy nie lubili Polaków, mogą stać się naszymi przyjaciółmi. Polacy,
którzy nie mieli zaufania do Ukraińców, mogą teraz podać im braterskie
dłonie”.
Właściwie, to wypowiedzi te napawają mnie przerażeniem. Panie Pośle, a
co Ukraińcy zrobili w tym kierunku, żeby wnuki ich ofiar mogłyby podać
im dłoń? Czy prosili o przebaczenie? I tak na marginesie, retoryka
„braterskich dłoni” godna jest bolszewika, a nie rzekomo konserwatywnego
polityka.
I na samo zakończenie należy odnieść się do tegoż wyznania wiary posła Górskiego: „Wspólnie
wybieramy Europę i Amerykę, wspólnie przeciwstawimy się roszczeniom
rosyjskiego, azjatyckiego niedźwiedzia. To nasz wspólny, żywotny interes”. Jaką Europę? Jaką Amerykę? I na jakich zasadach?!
Niestety,
ale z wypowiedzi posła Górskiego tchnie najprawdziwszy „duch Zachodu”:
jakobinizm, obłuda i kiedy przychodzi co do czego, brutalność. Stąd
nietrudno zgodzić się ze słowami Adama Wielomskiego, kiedy ten pisze: „Czytam
wpisy Artura Górskiego i jestem zdruzgotany. Zwykle ludzie w młodości
są jakobinami, a na starość przechodzą na pozycje konserwatywne. Tutaj
obserwujemy proces odwrotny”. Jednakże z dalszym ciągiem wypowiedzi Wielomskiego jest już trudniej się zgodzić: „Rewolucjonista, zwolennik Majdanu, wróg konserwatywnej władzy Katechona”. Oczywiście, wszystko rozbija się o obwołanie Putina Katechonem.
Co
Wielomski miał na myśli, dokładnie wyjaśnia oświadczenie redakcji
portalu konserwatyzm.pl, pt. „Apel do Prezydenta Federacji Rosyjskiej
Władimira Putina o nieprzyjęcie pokojowej nagrody Nobla w przypadku jej
uzyskania”. W oświadczeniu tym czytamy: „Apelujemy
do prezydenta Rosji Władimira Putina o nieprzyjęcie pokojowej nagrody
Nobla w przypadku jej uzyskania. Katechon nie ma na ziemi władzy nad
sobą ani równego sobie (Hi 41,25). Władimir Putin jest naszym zdaniem
rodzajem katechona, czyli tego, który powstrzymuje przyjście
politycznego antychrysta. Za jego prezydentury Rosja odrodziła się
ekonomicznie, militarnie i politycznie po latach jelcynowskiej smuty i –
ku zaskoczeniu wielu – stała się jedynym racjonalnym mocarstwem,
stojącym na straży przestrzegania prawa międzynarodowego, obrońcą
legalnej władzy przed fanatyzmem islamskim i rewolucyjnym”.
Śmiem
przypuszczać, że Putin, gdyby dowiedział się o tym, że został obwołany
Katechonem, w pierwszej chwili bardzo by się tym zdziwił… Jednakże na
pewno szybko dostrzegłby propagandową wartość takiej wizerunkowej
„stylizacji”. W tej kwestii Artur Górski ma rację – retoryka trzeciego
Rzymu na pewno szybciutko stałaby się jednym z najważniejszych elementów
rosyjskiej propagandy…
Dokonana
przez Adama Wielomskiego „katechonizacja” Putina stanowi dla mnie
przejaw innego rodzaju niż u Artura Górskiego quasireligijnej
egzaltacji. Owszem, Putin jest politykiem niezwykle skutecznym, który
dba o interesy swojego kraju. Ale stawianie go na czele kontrrewolucji
jest, mówiąc delikatnie, także przejawem „odrealnienia”. Prawdziwa
kontrrewolucja wymaga czegoś więcej niż bronienia swojego stanu
posiadania przed Zachodem, czy nawet zakazywania pederastii.
Kontrrewolucja wymaga zdecydowanego odrzucenia retoryki rewolucyjnej, a
tego u Putina nie widać. Czy Putin obruszał się, kiedy Gerhard Schröder
nazywał go „kryształowym demokratą”? Nie bardzo. Czy Putin kiedykolwiek
krytykował doktrynę praw człowieka? Nie, on ją tylko interpretuje po
swojemu. Jeśli chodzi o jego stosunek do cerkwi, można spekulować, na
ile wynika on z głębokiej religijności, a na ile z politycznej
kalkulacji. A być może ze zwykłej próżności – w końcu trudno kreować się
na cara bez błogosławieństwa cerkwi. Na pewno zdjęcia z cerkiewnym
wystrojem w tle bardzo ładnie wychodzą …
Podstawowy
problem z „katechonizacją" Putina polega jednak na tym, że jest ona
przejawem wulgaryzacji idei Katechona, który przestaje należeć do
porządku duchowej walki dobra ze złem, a zostaje wtłoczony w polityczną
retorykę starcia liberalizmu z antyliberalizmem. Nie rozumiem, skąd Adam
Wielomski bierze swoją pewność, że Antychryst nie okaże się być
antyliberałem…
Wracając
do Putina, należy jeszcze stwierdzić, że tak jakoś zawsze bywało, iż
Rosja prędzej czy później z tymże Zachodem się porozumiewała – własne
interesy zawsze przeważały nad jakimś politycznym idealizmem. Tak, Putin
jest realpolitykem, w przeciwieństwie do obu panów z KZM-u, którzy są
przedstawicielami dwóch form egzaltowanego idealizmu.
Jak
więc powinna kształtować się nasza polityka i w stosunku do Zachodu i
Rosji? Rafał Brzeski pytany o to, czy Polacy powinni stawiać na Niemców,
czy na Rosję, zawsze odpowiada: na samych siebie (a mnie w tym momencie
przypomina się transparent z filmu „Ubu Król”: „Obce mocarstwa
gwarancją naszej niepodległości”…). Oczywiście nie będę tutaj
przedstawiać swojej wizji polskiej polityki, bo nie sposób tego zrobić w
ramach tego tekstu. Na pewno jednak trzeba stwierdzić, że Polska, taką
jak chciałabym ją widzieć, jest obca cywilizacyjnie zarówno w stosunku
do współczesnego Zachodu, jak i do Rosji. Dlatego moim zdaniem
powinniśmy stworzyć własny pomysł na zagospodarowanie europejskiego
centrum. Od razu zaznaczam, że nie mam tutaj na myśli żadnego projektu
politycznego odwołującego się do koncepcji międzymorza. Moim zdaniem,
powinniśmy stać się ośrodkiem, który będzie promieniował na całą Europę,
i to poprzez konsekwentną walkę o urzeczywistnienie nowej koncepcji
wolności. Powinniśmy odrzucić zarówno jakobińskie rozumienie wolności,
jak i wystrzegać się wschodniego „zamordyzmu”, który jest nam zupełnie
obcy. Chcemy kontrrewolucji? To zacznijmy ją przeprowadzać przeciwko
brukselskiemu molochowi, który administruje nowoczesnym
lumpenproletariatem za pomocą nowoczesnych lumpenelit. Ale róbmy ją,
stosując metody stosowane przez Polaków zamieszkałych w zaborze pruskim,
czyli przez pracę u podstaw. Zacznijmy gromadzić we własnych rękach
kapitał (a nie zapożyczać się u światowej finansjery), bo niezależność
materialna jest podstawą prawdziwej wolności i suwerenności. Wydzierajmy
możnym tego świata media, zacznijmy wychowywać naród po swojemu: w
duchu umiłowania do wolności, która zakłada realną odpowiedzialność za
najbliższe otoczenie. Zwalczajmy natomiast propagandę wolności urojonej,
bo de facto zadekretowanej przez urzędników. Zamiast biernie kopiować
to, co Zachód dyktuje, i cieszyć się jak małpki, które zostały
pogłaskane po główce, bo były grzeczne, zacznijmy szanować samych
siebie, własną kulturę i własną pracę. Jak mamy obronić się przed Rosją?
Cóż, Rosja szanuje tych, którzy szanują samych siebie i potrafią
stanowczo bronić własnych interesów. Niestety, poseł Górski, jak i
większość Polaków myli stanowczość z histerycznością. A dopóki
zachowujemy się jak omdlewająca dziewica, szukająca silnego ramienia –
narażamy się na niebezpieczeństwo, że zostaniemy zgwałceni… Wszak w tej
chwili trudno nas za cokolwiek szanować. Za to, że grzecznie
implementujemy wytyczne płynące z Brukseli? Ciągle patrzymy na siebie
tak, jak chciałby widzieć nas Zachód: jak na uczniaków, którzy wzorowo
odrobili zadanie domowe. A może najwyższy czas, żebyśmy spojrzeli na
siebie oczami Putina? To byłaby dobra lekcja dla polskich lumpenelit,
które może w końcu nawiązałyby kontakt z rzeczywistością i zauważyły, że
jesteśmy biedną, wymierającą i politycznie nic nieznaczącą neokolonią
Wielkiego Zachodu.
3.27.2013
Kiedy konserwatyzm i demokratyzm stają się neopogaństwem
Wybór
kardynała Bergoglio na głowę Stolicy Apostolskiej uruchomił kolejną
lawinę medialnej krytyki skierowanej pod adresem Kościoła katolickiego.
Papieżowi zarzucono między innymi, że ma konserwatywne poglądy, czyli że
sprzeciwia się aborcji albo małżeństwom par homoseksualnych. Ataki
środowisk lewicowych na konserwatywne rzekomo służyć mają promowaniu
tolerancji, podczas gdy de facto stanowią próbę ustanowienia nowego
totalitaryzmu światopoglądowego. Kościół katolicki oczywiście stoi na
przeszkodzie do zaprowadzenia takiego nowego ładu światowego.
Konflikt
między ośrodkami promującymi "postępowy" światopogląd, które powoli
podporządkowują sobie rządy tzw. państw cywilizowanych, i Kościołem
katolickim zmusza do postawienia na nowo pytania o stosunek chrześcijan
do władzy państwowej. Jest to pytanie stare jak samo chrześcijaństwo.
Jednakże, m.in. na skutek omamienia wielu chrześcijan wiarą w zbawczą
moc demokracji, ostatnimi czasy było ono stawiane zbyt rzadko.
Pogłębianie się konfliktu między lewicowymi ośrodkami kształtującymi
opinię publiczną (czyli "wolę suwerennego ludu") a Kościołem sprawia, że
chrześcijanie muszą je sobie postawić na nowo.
W
artykule opublikowanym przed świętami Bożego Narodzenia na łamach
Financial Times papież Benedykt XVI zawarł kilka ważnych uwag
dotyczących zagadnienia stosunku chrześcijan do władzy państwowej. Warto
przyjrzeć się temu tekstowi.
Przytaczając
polecenie Jezusa „Oddajcie cesarzowi, co cesarskie, a Bogu, co należy
do Boga”, papież przypomniał, że chrześcijanie "Cesarzowi oddają
jednak tylko to, co cesarskie, a nie to, co należy do Boga. Dlatego na
przestrzeni wieków chrześcijanie niejednokrotnie musieli odrzucać
niektóre roszczenia cesarza. Było tak w starożytnym Rzymie w dobie kultu
imperatorów oraz w niedawnych reżimach totalitarnych" (cytat za:
http://gosc.pl/doc/1401589.Papiez-na-lamach-Finacial-Times). Papież
wskazał, że polecenie Jezusa skierowano było zarówno przeciwko
upolitycznieniu religii, jak i przeciwko deifikacji władzy ziemskiej,
gdyż tak jak Mesjasz nie był cesarzem, tak i cesarz nie był Bogiem.
Papież przypomniał, że na przestrzeni wieków władza doczesna często
próbowała postawić siebie w miejsce Boga. I "kiedy Chrześcijanie
odmawiają złożenia pokłonu fałszywym bogom, którzy są im dzisiaj
proponowani, to nie z powodu ich staroświeckiego światopoglądu. Raczej
dlatego, że są wolni od skrępowania ideologiami i inspirowani tak
wzniosłą wizją ludzkiego przeznaczenia, że nie mogą układać się z
niczym, co ją podkopuje" ("When Christians refuse to bow down before the false gods proposed today, it is not because of an antiquated worldview. Rather,
it is because they are free from the constraints of ideology and
inspired by such a noble vision of human destiny that they cannot
collude with anything that undermines it", oryginalne źródło: http://www.ft.com/cms/s/0/099d055e-4937-11e2-9225-00144feab49a.html#ixzz2J0JVfltd). Papież
przypomina, że narodziny Chrystusa kończą stary porządek świata
pogańskiego, w którym roszczenia cesarza nie były kwestionowane. Wraz z
narodzeniem Chrystusa pojawił się bowiem nowy król, którego władza nie
opiera się na sile armii, ale na potędze miłości. Kończąc swój artykuł,
papież podkreślił, że Chrystus przynosi nadzieję wszystkim tym, którzy –
tak samo jak on – żyją na marginesie społeczeństwa. Benedykt XVI
przypomniał także, że ze żłóbka Chrystus wzywa chrześcijan do życia jako
obywatele Jego wiecznego królestwa. Królestwa, które wszyscy ludzie
dobrej woli mogą pomóc budować już tutaj na ziemi.
Osią
artykułu papieża – poprzednika zdaje się być sformułowanie, że tak jak
Mesjasz nie był cesarzem, tak cesarz nie był Bogiem. Wskazuje ono na to,
że chrześcijanin ma dwóch odrębnych panów, którym winien jest
posłuszeństwo. Oznacza to także, że sytuacja chrześcijan zaczyna
komplikować się wtedy, gdy władza doczesna stawia im wymagania, które
wykluczają albo ograniczają możliwość realizowania ich powołania do
budowania Królestwa Bożego. Wystąpienie konfliktu między Bogiem a
cesarzem siłą rzeczy prowadzi do tego, że każdy katolik musi podjąć
decyzję, jak w danej sytuacji powinien się zachować. Może spróbować żyć
niejako „w rozkroku", albo całkowicie opowiedzieć się po jednej ze
stron.
Nowoczesne
ideologie eliminują to, co Boskie, a tym samym uwalniają ludzi od
konieczności ciągłego rozwiązywania dylematów wynikających z posiadania
dwóch panów. Istotę ideologicznego modernizmu można wyrazić za pomocą
słów Hegla o konieczności pojednania się z doczesnością ("przestania
patrzenia w zaświaty"). Oznaczają one nic innego jak dążenie do
całkowitego wyeliminowania z życia doczesnego tego, co Boskie. Człowiek
nowoczesny, czyli taki, który całkowicie podporządkował się ideologii
modernizmu, nie musi rozstrzygać takich właśnie dylematów. Jego jedynym
panem jest cesarz (którego najczęściej uosabia(ją) lud albo
technokratyczne elity).
Ideologia
modernizmu nie wzięła się jednak znikąd. Tak naprawdę jest ona
współczesnym symptomem choroby, która trawi ludzkość już od początku
nowożytności. Wtedy bowiem dokonane zostało oddzielenie polityki od
religii, metafizyki i etyki. Ojcami chrzestnymi nowożytnej koncepcji
państwa i polityki byli m.in. Machiavelli i Hobbes. Przede wszystkim
Machiavelli wprowadził nowe pojęcie realizmu politycznego, zgodnie z
którym realne patrzenie na rzeczywistość oznacza odrzucenie tego, co
duchowe. Takie pojęcie realizmu stało się podstawą wielu konserwatywnych
doktryn politycznych, w tym przede wszystkim konserwatyzmu pruskiego.
Korzeni
nowożytnej koncepcji realizmu politycznego należy szukać w nowożytnym
pesymizmie antropologicznym. Jego reprezentantami byli nie tylko tacy
świeccy autorzy jak wymienieni już Machiavelli i Hobbes, ale także i
Marcin Luter. Zgodnie z ich koncepcją, człowiek jest istotą na wskroś
złą i potrzebuje silnego państwa, które będzie neutralizować tkwiące w
nim zło. Skrajny pesymizm antropologiczny jest jednakże zamaskowanym
"pesymizmem teistycznym". Sprowadza się on bowiem do przekonania, że
Królestwo Boże w żaden, nawet szczątkowy sposób nie może urzeczywistnić
się na tym świecie. Skrajny pesymizm antropologiczny i powiązany z nim
"realizm" stoją więc na stanowisku, że światem rządzi zło (siła), a
nawoływanie do realizowania nauki Chrystusa jest niczym więcej jak
naiwnym idealizmem. Jest to więc cyniczne rzucenie wyzwania Bogu, który
rzekomo jest zbyt słaby, by mógł przemóc władzę Cesarza.
Skutkiem
nowożytnego realizmu politycznego stała się więc apoteoza siły i
przemocy jako podstawowego środka realizowania celów politycznych. Nie
mogło też być inaczej. W momencie kiedy ludzkość została zwolniona z
realizowania obowiązków wynikających z uczestnictwa w Królestwie Bożym,
nieuchronnie musiała nastąpić eskalacja siły i przemocy. A to
utwierdziło pesymistów antropologicznych w przekonaniu, że cesarz ma nie
tylko prawo, ale i obowiązek sięgnąć po pełnię władzy. I tak np. w
Prusach miejsce Gloria Dei zajęła pruska gloria.
Nowożytny
pesymizm antropologiczny i wynikający z niego kult państwa doczekały
się swojej dialektycznej negacji czyli marksizmu. Zgodnie z teorią
Marksa, człowiek jest dobry, złe natomiast są opresywne stosunki
społeczne. Na gruncie marksizmu wyeliminowanie zła ze świata może więc
dokonać się wyłącznie poprzez zniszczenie opresywnych instytucji
społecznych.
Pruski
konserwatyzm (prawicę heglowską) oraz marksizm (lewicę heglowską) łączy
wspólne przekonanie, że w świecie doczesnym nie ma miejsca na choćby
szczątkową realizację Królestwa Bożego. U podłoża obu światopoglądów
leży przekonanie, że Bóg nie ma żadnego wpływu na bieg wydarzeń w
świecie ludzi, a świat doczesny nie dostaje żadnego wsparcia ze strony
świata duchowego. Zarówno więc pruski konserwatyzm, jak i marksizm są po
prostu neopogaństwem.
Tak
jak przypomniał papież Benedykt XVI w cytowanym wyżej tekście, Kościół
katolicki stoi na straży poglądu, że człowiek, tutaj i teraz, może choć
częściowo realizować swoje powołanie do bycia obywatelem Królestwa
Bożego. Królestwo Boże nie może jednak w pełni zrealizować się w świecie
doczesnym, gdyż tak długo, jak człowiek obarczony jest grzechem
pierworodnym, nie da się ze świata wyeliminować zła. Nie oznacza to
jednak, że podjęcie indywidualnego wysiłku na rzecz szerzenia Dobrej
Nowiny jest wyrazem "braku realizmu". Niestety, wielu współczesnych
katolików "układa się" z różnymi ideologiami, które próbują to, co
Boskie, w całości zastąpić przez to, co cesarskie. Demokratyzm,
koncepcja praw człowieka, liberalizm ekonomiczny, koncepcja państwa
opiekuńczego, czy też technokratyzm wtedy stają się ideologiami, kiedy
zaczynają absolutyzować to, co doczesne, i tracą z horyzontu "wzniosłą
wizję ludzkiego przeznaczenia", o której pisał Benedykt XVI.
Na
pewno należy także wspomnieć o pokusie ucieczki od świata i zamknięcia
się w grupie religijnej, której ulegają również niektórzy katolicy. Taki
sekciarski i zgettoizowany (na własne życzenie) katolicyzm oznacza
dobrowolną rezygnację z aktywnego kształtowania doczesności.
Jakie
konkretne wskazówki należy wyciągnąć ze słów Benedykta XVI? Przede
wszystkim należy sobie zadać pytanie, na ile konserwatyści sami mają
przed oczami "wzniosłą wizję ludzkiego przeznaczenia", a na ile działają
wyłącznie w obrębie "paradygmatu cesarskiego". Czyż nie jest bowiem
tak, że wielu konserwatystów jedzie na tym samym wózku co ich
przeciwnicy? A przecież życie katolików, aż do skończenia świata, będzie
nacechowane wewnętrznym napięciem wynikającym z przynależności do dwóch
różnych porządków, duchowego i doczesnego. Każda próba wyeliminowania
tego napięcia stanowi przejaw neopogaństwa albo nie mniej szkodliwego
purytanizmu. Sytuacji trwania w takim napięciu nie należy jednak
postrzegać wyłącznie w ciemnych barwach. Stanowi ona także wyzwanie i
szansę na to, by ćwiczyć się w cnocie rozsądku czy też męstwa. Katolicy
muszą bowiem ciągle uczyć się umiejętności rozróżniania spraw naprawdę
ważnych, o które trzeba walczyć aż pod grób, od tych, których zwalczanie
prowadzi czasem do jeszcze większego zła.
2.22.2013
Krytyczna socjologiczna analiza zjawiska feminizmu
Magdalena Ziętek, Kamil Kisiel
http://prokapitalizm.pl/krytyczna-socjologiczna-analiza-zjawiska-feminizmu.html
Jednym z najciekawszych dla konserwatystów zjawisk jest dzisiaj
feminizm. Powstał on jako dziecko dwóch społecznych fenomenów. Jego
matką była sufrażystka, mająca jako główne cele przyznanie kobietom praw
wyborczych, ich społeczną emancypację i sprzeciw wobec rozmaitych
patologii względem nich, a ojcem marksizm, po którym córeczka zwana
„feminizmem” odziedziczyła materialistyczną dialektykę oraz ideę walki
klasowej.
Feminizm poprawnie należałoby zdefiniować jako ideologię solidaryzmu w
obrębie płci żeńskiej, która miałaby być „klasą” socjologiczną.
Ideologia ta jest zdefiniowana i zdeterminowana poprzez cel, którym jest
poprawa bytu kobiet. Taka definicja pozwala nam rozszerzyć feminizm do
pojęcia uwzględniającego np. późne ruchy sufrażystek czy też feministek
katolickich.
Czego dotyczy „poprawa bytu kobiet”?
Feminizm kontestuje zastaną rzeczywistość, uznając, że kobietom
należy się coś, co w tej chwili faktycznie im nie przysługuje. Z
marksizmem łączy go przekonanie, że istniejąca struktura społeczna
została stworzona przez klasę panującą, czyli w tym przypadku mężczyzn,
którzy tak ukształtowali stosunki społeczne, by zabezpieczyć swoje
własne interesy. Feminizm uznaje, że ukształtowane przez mężczyzn
stosunki społeczne rzutują na formę samoświadomości kobiet, które niczym
nieuświadomiony proletariat nie zdają sobie sprawy z tego, że stosunki
te nie odpowiadają ich interesom. Feminizm dąży więc do tego, by kobiety
wyzwoliły się ze swojej fałszywej, bo ukształtowanej przez mężczyzn (patriarchat) świadomości oraz walczyły o zmianę struktur społecznych tak, by te służyły realizacji ich własnych interesów.
Pierwotnych źródeł feminizmu należy jednak szukać dużo głębiej niż w
marksizmie, gdyż jest fenomenem związanym z atomizacją społeczeństwa.
Jego korzenie znajdziemy zatem w filozoficznym nominalizmie, z którego
wyrasta np. nowożytny, ideologiczny liberalizm. Istotnie, więcej
feministek przyznaje się do liberalizmu niż do będącej passe dialektyki.
Patriarchat traci materialną „bazę”
Feudalna rodzina była jednostką nuklearną, w której
wszystkie osoby pracowały na jej rzecz. Zazwyczaj była to praca na roli,
rzadziej, w przypadku rodzin miejskich – warsztat. Zarówno w świecie
antycznym, jak i średniowieczu, to rodzina była podstawową komórką
społeczną. Zgodnie z klasyczną koncepcją, ekonomia (ekonomika) to sztuka
gospodarowania wspólnotą domową, rodzinną, dzięki której realizuje się
życie cnotliwe[1]. Klasyczna ekonomia widziała swe zadanie w
takim ukształtowaniu życia rodzinnego, by było ono dobre dla człowieka.
Jak pisał św. Tomasz: „Celem ostatecznym ekonomiki jest dobre życie
całej wspólnoty domowej"[2].
Kryzys feudalizmu i związana z tym transformacja społeczeństwa w
kierunku kapitalizmu spowodowała zasadniczą, jakościową zmianę. Własność
rodzinna uległa defragmentacji, a podział pracy i powstanie dużych
przedsiębiorstw przemysłowych doprowadziło do tego, że przez dłuższy
okres XIX wieku członkowie rodziny nadal pracowali na jej rachunek,
jednak coraz częściej miejsce pracy nie było już wspólnym. Kobieta i
córki pracowały np. w zakładach włókienniczych, mężczyzna i synowie na
budowach, w hutach czy kopalniach. Nastąpiło zatem „zatomizowanie”
źródeł utrzymania. Początek kapitalizmu, który jednocześnie zwiastował
koniec „nuklearnej” rodziny, „dał” każdemu z członków rodziny jego
własny, indywidualny dochód. Właśnie dlatego rozbicie własności
rodzinnej zostało uznane m.in. przez Hegla za triumf wolności.
Hegel pokazuje, że kapitalizm wyrywa jednostkę z jej lokalnej
wspólnoty oraz rodziny, bierze w swoje własne posiadanie i następnie
„zużywa” do swoich własnych celów. W nowoczesnym świecie rola rodziny
sprowadza się do dostarczania społeczeństwu obywatelskiemu nowych
członków, tak by mogło ono się rozwijać: „W świecie nowoczesnym zatem to
już nie rodzina, lecz „raczej społeczeństwo obywatelskie jest (teraz)
tą przepotężną siłą, która przeciąga na swoją stronę człowieka, żąda od
niego, by pracował tylko dla społeczeństwa, by wszystkim czym jest, był
dzięki temu społeczeństwu i wszystko, co czyni, czynił za jego
pośrednictwem”[3].
Z tego właśnie powodu, zdaniem Hegla, społeczeństwo obywatelskie zobowiązane
jest do zastąpienia jednostce jej rodziny, czyli do przejęcia
określonych funkcji socjalnych (można to sformułować, jako zobowiązanie
do „przysługi”, jaką jednostce miałby czynić nowożytny kapitalizm[4]).
Nowoczesne społeczeństwo obywatelskie, którego ekonomiczną bazą jest
gospodarka wolnorynkowa, przynosi więc ze sobą nowy typ uspołecznienia.
„Stosunki międzyludzkie ulegają tu depersonalizacji: w miejsce
bezpośrednich zależności osobistych wkraczają relacje społeczne, tj.
takie, w których osoby odnoszą się do siebie nie wprost, lecz za
pośrednictwem swych odniesień do rzeczy, a całokształt ich wzajemnych
oczekiwań i zobowiązań regulowany jest rozmaitymi formami umowy”[5].
Nowoczesny typ uspołecznienia oznacza więc „nieuchronne wykorzenienie i
wyobcowanie takich „wolno puszczonych” jednostek. Przynosi im utratę
życiowego oparcia w pierwotnej („organicznej”) więzi ze wspólnotą i jej
substancjalnym ładem obyczajowo-etycznym, który niegdyś zaspokajał
ludzką potrzebę ochrony i bezpieczeństwa, stałych miar i niezawodnych
zasad orientacji[6].
Jednocześnie w wyniku podziału pracy człowiek staje się (w sposób
dotąd nieznany) zależny od innych ludzi. Nawet przy zaspokajaniu swoich
najbardziej podstawowych potrzeb zdany jest bowiem na odpowiednią
kooperację z wieloma innymi jednostkami. Wymusza zatem nową jakość w
relacjach kobiet i mężczyzn: formę dobrowolnej współpracy zamiast
dotychczasowej relacji uległość-podległość. Paradoks nowoczesnego
kapitalizmu jako fundatora podstawy dla feminizmu polega więc na tym, że
prowadzi on do powstania nowego typu zależności, jednakże biorąc pod
uwagę „feudalny spadek” z poprzedniej epoki, jakim była „oczywista”
władza silniejszych nad słabszym, sytuacja kobiet wcale nie uległa
automatycznej poprawie[7].
Przemiana relacji damsko-męskich oraz rodzinnych w kapitalizmie i demokracji
Rozpad struktury ekonomicznej opartej na własności rodzinnej i
powstanie nowoczesnego społeczeństwa obywatelskiego diametralnie
zmieniły sytuację kobiet. Uświadomienie sobie tego faktu (a jak wiemy, w
heglowsko-marksistowskiej nauce uświadomienie odgrywa kluczową
rolę) przez kobietę mogło dać asumpt do skierowania wysiłków przeciw
rodzinie jako czynnikowi „zniewalającemu”. Powodem jest brak faktycznej
więzi i silnego poczucia wspólnoty, typowego dla feudalizmu, a
wynikającego z wykonywania wspólnej pracy i wspólnego konsumowania jej
owoców.
Można zaryzykować stwierdzenie, że zmiana struktury ekonomicznej bazy
zaczęła wymuszać zmiany w jej społecznej nadbudowie. Ponieważ to
nowoczesne społeczeństwo obywatelskie stało się nową rodziną dla
jednostki, kobiety zaczęły żądać dla siebie takiego samego prawa do
partycypacji w nim, jakim cieszyli się mężczyźni. W nowoczesnym
społeczeństwie brak dostępu do instytucji demokratycznego społeczeństwa
obywatelskiego (paralelnego, choć nie tożsamego i niezwiązanego z
kapitalizmem, porządku nowożytnego) równa się bowiem ze społeczną
marginalizacją, nieodpowiadającą wszak nowej pozycji materialnej
niezależności.
To dzięki pełnieniu określonych funkcji w społeczeństwie obywatelskim człowiek staje się swoim podmiotem (niem. eigener Subjekt).
Przysługuje mu prestiż, uznanie społeczne czy inne korzyści z
partycypacji. Co więcej, ze względu na marginalizację małej rodziny,
także zabezpieczenie na wypadek choroby i starości staje się kwestią
społeczną. A to dotyczy także i kobiet, w szczególności „kur domowych”,
które przez swoich mężów nie zostały odpowiednio zabezpieczone na
wypadek śmierci męża czy też po prostu rozwodu[8].
Konserwatyzm, liberalizm i feminizm – linie frontów i sojuszy
Brak wspólnego źródła utrzymania i rozbicie dochodu rodziny na wiele
źródeł są równoznaczne z „zautonomizowaniem” jej członków i
„zatomizowaniem” jej jako całości. Kapitalizm, który zabezpiecza
materialistyczny dobrobyt i separuje dochód kobiet od dochodu ich
mężczyzn, działa jako potężny czynnik emancypacyjny, a zarazem mówiąc
zarówno językiem marksistowsko-heglowskim, jak i „teologicznym”,
potężnie uświadamiający. Dopiero teraz faktycznie i dosłownie spełniają
się apostolskie słowa: „Nie masz już kobiety, ani mężczyzny”[9].
Z racjonalnego punktu widzenia autonomia kobiety urzeczywistnia się
tylko wtedy, jeśli faktycznie otrzyma ona prawo władania nad
wypracowanym przez siebie dochodem. Wspólnota domowa staje się wtedy z
miejsca dobrowolnym stowarzyszeniem męża i żony, którego trwałość zależy
tylko od równorzędnej, wolnej woli przebywania ze sobą obydwojga
„partnerów”.
Z punktu widzenia socjologów liberalnych i marksistowskich autonomia
każdego z członków rodziny jest tutaj kluczowym, ważnym i słusznym
procesem emancypacyjnym (por. zasada dobrowolności zawierania umów,
zniszczenie relacji „poddani – władcy”). Z punktu widzenia
konserwatywnego socjologa będzie to jednak poważny cios, osłabiający
więzi rodzinne i samą rodzinę, pogrzeb rodziny nuklearnej i patria potestas.
Ci pierwsi mogą kontrować argumentem, że dzięki temu o związku (chyba
po raz pierwszy w historii ludzkiej) nie (współ)decydują pobudki
materialne czy „zasada podboju”, tylko pobudki duchowe (miłość, oddanie,
wierność, przywiązanie, lojalność, odpowiedzialność). Zatem z jednej
strony nowy porządek społeczny (kapitalizm-demokracja) gwarantuje
większą swobodę w wyborze partnerów, co z „duchowego” punktu widzenia
należy ocenić pozytywnie. Z drugiej strony więzi rodzinne są rozluźnione
i wystawione na większe ryzyko totalnego rozpadu. Kobieta, żeby nie
wypaść z „gry” i żeby zabezpieczyć wywalczoną pozycję, musi pracować i
oddalić się tym samym od domu, męża i dzieci.
Jeśli przesuwa się akcent na społeczeństwo obywatelskie, tym samym
obniża się rangę rodziny, a praca związana z domem przestaje być czymś
wartościowym, czym można zasłużyć na uznanie społeczne. Taka praca nie
daje osobistej satysfakcji. Kobieta "zamknięta w domu", niczym w
systemie podporządkowującym heglowskiej „woli ogólnej”, staje się tylko
środkiem do tego, by dostarczać społeczeństwu obywatelskiemu nowych
członków. Notabene, socjalizm, który w starym znaczeniu „realnego
socjalizmu” (a docelowo: komunizmu) monopolizuje środki produkcji i jest
tak naprawdę mono-kapitalizmem, tylko zaostrza opisaną antynomię.
Mamy tutaj więc do czynienia z dwoma fundamentalnymi kwestiami.
Pierwsza jest typowo ekonomiczna: przeniesienie nacisku na społeczeństwo
obywatelskie usprawiedliwia promowanie pracy zawodowej kobiet, aby np.
na starość nie były narażone na biedę[10]. Statystyki są
brutalne: kobiety częściej dotknięte są biedą niż mężczyźni. Jak to
pogodzić z konserwatywnym ideałem rodziny? Czy możliwe są zmiany w
systemie ekonomicznym, tak żeby własność rodzinna była silniej
promowana?
Druga to kwestia kulturowo-polityczna: przeniesienie nacisku na
demokratyczne społeczeństwo obywatelskie wymusza promowanie pracy
zawodowej kobiet, aby mogły w ogóle cieszyć się uznaniem społecznym.
Ponieważ w nowoczesnym społeczeństwie praca nie jest wykonywana na
chwałę Boga czy dla dobra nuklearnej rodziny, jej jedyną
wartością i sensem jest postkalwinistyczna nauka o sukcesie zawodowym, a
co za tym idzie, mierzenie wartości człowieka sukcesami zawodowymi.
Sekularyzacja, o dziwo, nie pociągnęła za sobą w większości krajów
zmiany w ocenie tego zjawiska. Teologiczna „nadbudowa” zanikła
całkowicie, a sama praca pozostała głównym celem w życiu, środkiem, za
pomocą którego może udowodnić swoją przydatność dla społeczeństwa
obywatelskiego.
Paradoksy starcia konserwatyzmu z feminizmem w postkapitalizmie
Problematyczny jest naszym zdaniem pogląd wielu konserwatystów i
konserwatywnie ukierunkowanych kobiet (głównie „katolickich feministek”)
na kwestię zarobkową w rodzinie. Twierdzą oni, że „gdyby mężczyźni
zarabiali odpowiednio dużo, kobiety mogłyby zająć się domem i dziećmi”[11].
Paradoksalnie, taki obraz ma więcej wspólnego z sytuacją żon
nowożytnych mieszczan (w każdym razie tych zamożniejszych) oraz z
wiekiem XX (w szczególności USA czy RFN) aniżeli z tradycyjnym
społeczeństwem. Także i romantyzm „katolickich feministek”, związany ze
swego rodzaju myśleniem życzeniowym: „aby mój mąż zarabiał tyle, bym
mogła zająć się ogniskiem domowym”, powiela ten pogląd. Jak pokazują
statystyki, bogactwo negatywnie koreluje z dzietnością kobiet. Nadzieja
na wyższe zarobki mężczyzn (i kobiet) jako droga „powrotu” do
konserwatywnej funkcji społecznej kobiety, zdaje się być iluzją[12].
Z faktu autonomicznych źródeł dochodu członków rodziny można
wyprowadzić dalszą kwestię ekonomiczną, mianowicie, jak wynagradzani są
mężczyźni, a jak wynagradzane są kobiety w kapitalizmie? Wszelkie dane
pokazują, że mężczyźni zarabiają średnio więcej niż kobiety oraz że
częściej zajmują stanowiska menadżerskie i dyrektorskie. Pytanie
zasadnicze brzmi: czy kobiety zarabiają mniej niż mężczyźni, ponieważ
tak rynek „wycenił” ich pracę, czy kryje się za tym dziedzictwo
patriarchatu? Pytanie z punktu widzenia ekonomii: jaka jest
produktywność kobiet i mężczyzn w poszczególnych branżach i, jeżeli jest
podobna lub identyczna, dlaczego mimo to kobiety zarabiają mniej?[13].
Kwestie socjologiczno-ekonomiczne
Szklany sufit i ekonomia
Zdaniem prof. Ribhegge z Uniwersytetu Europa-Viadrina, produktywność
kobiet i mężczyzn jest podobna, a mimo to istnieje zjawisko szklanego
sufitu. Są pewne fakty, które mogłyby to zjawisko racjonalnie wyjaśnić,
mianowicie:
- Kobiety w krajach zachodnich znacznie częściej od mężczyzn wybierają pracę na część etatu (ok. 1/3, mężczyźni tylko w 4-5%). Wydaje się to być naturalne z uwagi na naturalną (zdaniem konserwatystów i liberałów) chęć urodzenia i konieczność wychowywania dziecka.
- Kobiety pracują w branżach, które są średnio gorzej opłacane (np. jako przedszkolanki w porównaniu np. do zawodu mechanika samochodowego czy górnika)[14a]. Wiąże się to także z wyborem studiów. Mężczyźni częściej wybierają studia o kierunkach technicznych, podczas gdy kobiety wybierają kierunki nauk społecznych lub fakultety humanistyczne, a także zawody jak przedszkolanka czy pielęgniarka.[14b]
- Przedsiębiorcy dyskontują ryzyko związane z pracą kobiety, mianowicie „ryzyko ciąży”. Brzmi to „racjonalistycznie”, ale dla pracodawcy koszt znalezienia, zatrudnienia i wyszkolenia nowego pracownika jest spory. Przeciążenie pracodawcy kosztami może mieć dla niego fatalne skutki i spowodować bankructwo. Ucierpią wtedy wszyscy pracownicy, nie tylko kobiety, tracąc pracę.
- Kolejnym faktem jest to, że ciąża i wychowanie dziecka najczęściej oznaczają przerwanie kariery i/lub pracy zawodowej. To, co stanowi kwintesencję życia kobiety (przynajmniej z konserwatywnego punktu widzenia), naturalnie zabiera zbyt dużo czasu (przynajmniej przez pierwsze 5-6 lat), aby kobieta mogła skupić się na awansie w korporacyjnej hierarchii. Korzystają na tym mężczyźni. Studium porównawcze zarobków ludzi młodych wskazują, że do 24 roku życia kobiety i mężczyźni zarabiają podobnie – różnica wynosi zaledwie 2%, w klasie wiekowej między 25 a 34 rokiem życia wynosi już 11%, a między 34 a 45 – 26% (potem zmienia się nieznacznie, bo tylko o 2%)[15].
Jeśli przyjmiemy, że między 25 a 35 rokiem życia decyduje się sprawa
awansów w przedsiębiorstwach, urzędach i instytucjach naukowych, to
widzimy, że zjawisko „szklanego sufitu” istnieje naprawdę, a wszystkie
typy feministek – od lewicowych do katolickich – zgadzają się co do
faktu, że jest to „problem”, którym należy się zająć.
Sprawa jest trudna, bo ciąża i obowiązki związane z opieką nad
dziećmi (a także rodzicami i chorymi członkami rodziny) w ogóle nie
pasują do aktualnej korporacyjnej Arbeitskultur, toteż wybór
ogranicza się do wyboru: opieka nad dzieckiem lub „karierą”. Z racji
biologicznej funkcji w małżeństwie pierwszą opcję powinna wybrać kobieta[16].
Pojawia się problem szerszy i złożony – także i mężczyźni odciągani
są od rodziny przez coraz bardziej wygórowane oczekiwania pracodawców.
Warto przypomnieć, że przecież kiedyś mężczyźni w dużo większym stopniu
zajmowali się wychowywaniem swoich synów, a mali chłopcy wcześniej byli
"przejmowani" przez mężczyzn i socjalizowani według męskich wzorców
zachowania. Problem stosunku pracy do rodziny dotyczy więc nie tylko
kobiet, ale i mężczyzn. Układ, kiedy oboje rodziców albo nawet jeden z
nich (częściej mężczyzna) przebywa od rana do wieczora poza domem, nie
jest dla żadnego członka rodziny układem zdrowym.
Rozwiązanie, które proponuje nowoczesne społeczeństwo, sprowadza się
do tworzenia kosztownych instytucji zastępczo-wychowawczych, jak
żłobków i przedszkoli[17a]. Z punktu widzenie heglowskiej
analizy nowoczesnego społeczeństwa obywatelskiego, mała rodzina ma też i
prawo oczekiwać konkretnego wsparcia ze strony "dużej rodziny".
Niedźwiedzia przysługa polityki socjalnej?
Zakres ingerencji państwa w promowanie zarobkowej emancypacji kobiet
jest masowy i kosztowny, i zdaniem wielu konserwatystów, obraca się
przeciwko adresatkom tej polityki[17b]. Osoba o poglądach
lewicowych będzie starała się za wszelką cenę wprowadzić inżynierię
społeczną i urzeczywistnić równość płci. Natomiast z punktu widzenia
konserwatysty ten ideologiczny cel zaciemnia kwestię kosztów związanych z
taką przebudową społeczeństwa, od ekonomicznych – do społecznych.
Kwestią fundamentalną jest pytanie o powołanie kobiety (jak i o
powołanie mężczyzny) – przy czym konserwatywna odpowiedź jest i będzie
dla feministki kulturową opresją. Nie ma tu za bardzo szans na
porozumienie.
Ten klincz jest powodem tego, że być może tylko kapitalizm jako etycznie neutralny arbiter byłby w stanie rozstrzygnąć kwestię niekompatybilnych wzorców kulturowych[18],
co jest oczywiście dla obu stron (konserwatystów i feministek)
nieakceptowalne. Być może, gdyż kwestią sporną jest to, czy kapitalizm
byłby w stanie funkcjonować bez społeczeństwa obywatelskiego, czy też
nieuchronnie niesie ze sobą konieczność utworzenia "dużej rodziny"
kosztem sukcesywnego niszczenia "małej rodziny". Kwestia ta wymaga
dokładniejszego zbadania.
Na pewno można stwierdzić, że polityka mająca na celu
przeciwdziałanie zawodowej "dyskryminacji" kobiet jest chyba
najdelikatniejszą materią, z jaką przyszło mieć do czynienia politykom i
pracodawcom, i jest to jednocześnie materia, w której ponoszą oni
klęskę. Obecna polityka społeczna i protekcjonizm zatrudnienia
zaostrzają sytuację i podwyższają dyskontowane koszty ryzyka
zatrudnienia kobiet. W efekcie, przy tak sztywnym i surowym gorsecie
zabezpieczeń prawnych z myślą o bezpieczeństwie zatrudnienia ciężarnej
kobiety, pracodawcy wolą unikać ryzyka związanego z zatrudnianiem pań.
Zdaniem konserwatystów, polityka uspołecznienia tej kwestii i twardej
regulacji obraca się często i boleśnie przeciwko swoim adresatkom[19].
Nie-lewicowy feminizm a walka o słuszne z punktu widzenia konserwatysty „sprawy”
Na sprawę można też spojrzeć nieco inaczej: w społeczeństwie
przednowoczesnym podział na męskie i żeńskie nie był tak sztywny jak w
nowożytności. Kobiety udzielały się społecznie, a mężczyźni także byli
odpowiedzialni za wychowywanie dzieci, przede wszystkim poprzez
przekazywanie im określonych postaw i wartości. Dopiero w nowożytności
pojawił się dość sztywny podział: publiczne – męskie, prywatne –
żeńskie. Jeśli dodamy do tego wartościowanie: publiczne jest bardziej
wartościowe niż prywatne, to nietrudno dostrzec, że sam system niejako
wymusił proces emancypacji kobiet, które nie chciały przynależeć do
tego, co "niższe" i gorsze. W efekcie poddania krytyce tego nowożytnego
trendu być może otwiera się pole do jakiegoś „porozumienia”.
W naszym przekonaniu, próba gwałtownej restytucji podziału, o którym
marzą konserwatyści: mężczyzna – władca poza domem, kobieta – zajmująca
się samym domem, może okazać się naiwna i daremna[20].
Niezbędnymi są zarówno głęboki rachunek sumienia ze strony
konserwatystów, jak i konieczność przedyskutowania roli kobiety w
zatomizowanym społeczeństwie wymuszającym aktywizację.
Należy także postawić pytanie: dlaczego obecnie w dyskusji, i to
niemal automatycznie, łączy się z lewicowością słuszne z punktu widzenia
konserwatysty hasła walki z szowinizmem, przemocą seksualną i
seksizmem? Także ta kwestia, naszym zdaniem, wymaga jak najszybszego
wyjaśniania i swoistego rachunku sumienia ze strony przeciwników lewicy i
feminizmu. Atrofia dyskursu doprowadziła do ataku na rzekomy
„patriarchat”, postrzeganego jako rzekome i ostateczne źródło problemów
wyżej zarysowanych.
Na polu walki kulturowej o konserwatywne pryncypia należałoby się
bliżej przyjrzeć feministycznym postulatom i dokonać pewnej ich
selekcji. O ile w kwestiach aborcji zgody z lewicującymi feministkami
oczywiście nie ma i nie będzie[21], o tyle w innych
przypadkach sytuacja jest interesująca, jeśli tylko druga strona na
chwilę porzuci swoją ślepą dialektykę (co jest pewnym problemem, z
którego część feministek dopiero zaczyna sobie zdawać sprawę).
Parytety i kwoty w biznesie
Parytety w biznesie mogą być kosztowną fantasmagorią dla gospodarki,
jeśli w danym kraju produktywność kobiet i „kobiece ryzyko” są
ekonomicznie mniej „efektywne” od produktywności mężczyzn. Jeden z
autorów krytykuje to wyczerpująco w innym miejscu[22].
W kapitalizmie to właściciel wycenia, kto jest lub mógłby być
bardziej wydajny w pracy. Jeśli zignoruje zdolności kobiety, mogące dać
mu przewagę w postaci wyższej produktywności i wyższych zysków, sam
sobie zaszkodzi. Ten fakt, mający swoją genezę w egoistycznej wizji
przedsiębiorcy jako maksymalizującego zyski, zaprzecza logice parytetów w
biznesie. Dlaczego kobiety nie miałyby pokazać, że są równie dobre lub
lepsze bez parytetów? Odpowiedź na to pytanie w warunkach "duetu"
kapitalizm-demokracja opiera się na teorii podboju świata przez
mężczyzn.
Tzw. „korporacyjne parytety” zostały wprowadzone przez rządy Norwegii
i Francji. W Polsce niedługo NIK rozpocznie badania porównawcze
zarobków kobiet i mężczyzn[23], co można potraktować jako zapowiedź rychłej debaty nt. równouprawnienia „w domu i zagrodzie”.
Kwestie społeczne
Pornografia
Jest to największa kość niezgody wśród feministek. Paleta poglądów na
tę kwestię waha się od radykalnej negacji, akceptacji do afirmacji jako
„środka emancypacyjnego”[24]. Argumentem „za” miałby być
rzekomy fakt, jakoby w społeczeństwach patriarchalnych zakazywało się
kobiecie czerpania przyjemności z seksu i że pornografia jest najlepszym
emancypacyjnym „lodołamaczem” tego „patriarchalnego dyskursu”. Temu
myśleniu przeciwstawne jest stanowisko radykalnego odrzucenia
pornografii jako środka wykorzystania, wyzysku i upodlenia kobiety[25].
Co ciekawe, argumenty, jakich używają feministyczne przeciwniczki
pornografii, są słowo w słowo skopiowanymi argumentami strony
przeciwnej.
Oczywiście pomiędzy tymi dwoma stanowiskami jest duża liczba
feministek, która głośno wyraża swoje wątpliwości co do tych dwóch
skrajności i nie chce, lub nie umie, zająć jednoznacznego stanowiska[26].
Popyt na pornografię jest, naszym zdaniem, uwarunkowany
socjologicznie. W dawnym feudalnym społeczeństwie sztywna reguła
monogamii i kojarzenia związków (przez większość czasu „swatanie”)
zapewniała każdemu człowiekowi towarzystwo przez całe dorosłe życie
(pomijając wdowy i wdowców). Wraz z nadejściem epoki „emancypacji”
kobiet i ich uniezależnienia doszło także do rozerwania tej
monogamicznej struktury. Dominującym modelem relacji między płciami
stała się monogamia sukcesywna (każdy związek jest przygotowaniem do
następnego), która jest ostatnim bastionem „wierności” jako wartości w
relacjach damsko-męskich. I on jednak powoli pada, a zachodnie
środowiska lewicowe promują (pod nazwą oczywiście „równouprawnienia”
innych form związku) poliandrię, biseksualizm, kontrolowaną zdradę.
Paradoks „wolności seksualnej” polega na tym, że część osób zostaje
ostatecznie bez partnera (z uwagi na kiepską pozycję społeczną,
prezencję zewnętrzną, nieśmiałość). Dotyka to w równym stopniu kobiety,
jak i mężczyzn[27].
Proces osamotnienia w zatomizowanym społeczeństwie kapitalizmu XIX w.
jako pierwszy opisał Alexander Rüstow w „Gegenwartsprobleme der
Soziologie”[28]. Dzisiaj zjawisko osiągnęło nieprzewidziane
rozmiary. Każdy człowiek ma pewne potrzeby seksualne, a niemoc ich
zaspokojenia sprawia, że często sięga on po narkotyczne, komercyjne i
łatwo dostępne ersatze – np. prostytucję i pornografię. Można
dywagować, czy treści, jakie np. osamotniony mężczyzna będzie chciał
oglądać, odpowiadają archetypowi męskiej dominacji, co będzie tylko
napędzać niszczące jego psychikę tendencje sadystyczne i
sadomasochistyczne. Jeśli sprzeciwiają się temu feministki, to znaczy,
że konserwatywny postulat zakazu pornografii i prostytucji staje się ich
postulatem.
Problemem zdaje się tu być jednak przede wszystkim sam proces
osamotnienia i rozbudzania pewnych potrzeb czy presji społecznej.
Intymna sfera człowieka oraz intymne relacje międzyludzkie coraz
bardziej odzierane są z treści miłości, wzajemnego oddania i wierności.
Pojawiają się nawet głosy, że tak rozumiana – totalna – bna operująca na
najniższych poziomach – emancypacja kobiet musi pociągnąć za sobą
degrengoladę wśród mężczyzn[29]. Jeśli naniesiemy na to
problem izolacji i osamotnienia, dojdziemy do wniosku, że ta część
feministek, która sprzeciwi(a) się pornografii, będzie w tej kwestii
naturalnym sojusznikiem konserwatystów (przynajmniej tych, którzy nie
przejawiają „wiktoriańskiej mentalności”). Wiąże się z tym:
- Sprzeciw wobec pornografii i prostytucji (albo przynajmniej ich nachalnej promocji).
- Sprzeciw wobec traktowania kobiet i ich ciał jako komercyjnego produktu[30].
Co ciekawe, faktycznie coraz częściej pojawiają się w feministycznym
obozie głosy, że pornografia to wspólny problem kobiet i mężczyzn. Takie
postawienie sprawy dotyczy nie tylko problemu pornografii, ale w tej
tematyce jest najbardziej widoczne. Rzecz jednak w tym, że przyjęcie
takiego stanowiska stanowi niebezpieczeństwo „dezaktywacji” wygodnej
dialektyki my – kandydatki do wyemancypowania a oni – wrogowie
uciskający.
Warto zauważyć także, że front walki z merkantylnym traktowaniem
kobiecej cielesności w reklamach, jak i tępienie zwyczajnego chamstwa
(sprawa Figurskiego i Wojewódzkiego, ukaranie jurorów Top Model) cieszy
się konsensem po obu, zdawałoby się, antagonistycznych stronach. Zakaz
podtekstów seksualnych w reklamie czy w mediach rozrywkowych mógłby być
ustanowieniem wspólnego frontu.
Jeśli jednak pornografia ma być wyzwalaniem kobiety z „ciasnych ram”
patriarchalnej struktury społecznej i związanej z tym „męskiej
dominacji”, dyskusja staje się mocno utrudniona. Można się zastanowić
nad tym, czy te słowa nie stają się wtedy ideologiczną pałką, tracąc
merytoryczną substancję. Nie brak przecież głosów o oskarżanie mężczyzn
za zło całego świata oraz wizji w ten sposób dających ewidentnego
winnego – mężczyzny[31a].
Aborcja
Jak wyżej wspomnieliśmy, w kwestiach aborcji zgody z lewicującymi
feministkami oczywiście nie ma i nie będzie. Jednakże sposób prowadzenia
dyskursu na temat aborcji stosowany przez wielu konserwatystów należy
poddać pewnej krytyce. W „konserwatywnej” krytyce praktyki aborcyjnej
piętnuje się kobiety, które decydują się na aborcję, natomiast rzadko
mówi się o mężczyznach, którzy są tak samo odpowiedzialni za dziecko jak
kobieta. Kobieta, która będzie miała wsparcie ze strony mężczyzny, z
mniejszym prawdopodobieństwem zdecyduje się na aborcję niż taka, która
musiałaby samotnie wychowywać dziecko. Problem aborcji ściśle powiązany
jest z kwestią rozwiązłości seksualnej i braku odpowiedzialności za
życie seksualne, co w takim samym stopniu dotyczy kobiet, jak i
mężczyzn.
Zapędy niektórych samozwańczych „macho”, pt. mężczyzna sypiający z
wieloma kobietami ma powodzenie i jest prawdziwym „bykiem”, a kobieta
sypiająca z wieloma mężczyznami jest naturalnie „puszczalska” (żeby nie
używać cięższych określeń), to strzał w plecy konserwatysty. Reguły (lub
brak reguł) muszą obowiązywać wszystkich, bez wyjątków. Bez przemiany
myślenia w tej kwestii będziemy mogli tylko bezradnie patrzeć, jak
dyskurs przepada na rzecz lewicy.
Prostytucja
Z osamotnieniem, zniszczeniem monogamicznej struktury związków oraz
„seksualną emancypacją” nieodłącznie wiąże się przygnębiający fenomen
szerzenia się prostytucji. Spór o to, czy to popyt tworzy podaż na nią,
tudzież czy to „okazja czyni złodzieja”, wydaje się nie pomagać w
uporządkowaniu dyskusji. Z uwagi na mnogość etyk funkcjonujących w
liberalnym społeczeństwie, oraz ich różnorodność, wyjaśniający ów
fenomen publicyści czy badacze będą się kierować raczej uprzedzeniami
niż argumentami. Feministki będą to zjawisko wyjaśniać jako wyraz
męskiej hipokryzji, dominacji i wykorzystywania, konserwatyści jako
efekt pozwalania na moralny relatywizm, w efekcie moralny hazard i
negatywną selekcję społeczną[31b]. Osobiście skłaniamy się do przyznania racji obu stronom.
Tak jak w przypadku pornografii, tak i w przypadku prostytucji
feministki różnią się pod względem wyznawanych poglądów. Ich poglądy
wahają się od uznawania prostytucji za „patriarchalną przemoc” (co
niektórzy konserwatyści skłonni byliby określić mianem „merkantylizacji
intymności”) do określania prostytucji jako „normalnego zawodu” czy
nawet jako dźwigni emancypacji[32]. To pierwsze stanowisko jest zresztą możliwą ideową fundacją „katolickiego feminizmu”.
Godność kobiety w ujęciu chrześcijańskim zdecydowanie wymaga
potępienia prostytucji. Sprawa prostytucji jest ponadto o tyle
skandaliczna, że prostytucja łączy się niemal zawsze z handlem ludźmi,
co jest nieakceptowalne dla nikogo. Godna uwagi jest więc współpraca
duszpasterstwa katolickiego z organizacjami typu „La Strada”.
W kręgach konserwatywnych można co prawda znaleźć zwolenników
twierdzenia, że legalizacja prostytucji nie byłaby sprzeczna z prawem
naturalnym, gdyż zgodnie z nauką św. Tomasz z Akwinu prostytutce należy
się zapłata za jej usługi. W prawie polskim prostytucja jednak nie jest
zabroniona, a karalne są sutenerstwo, stręczycielstwo i kuplerstwo. Tak
zwana legalizacja prostytucji oznaczałaby więc zniesienie tych trzech
przestępstw, jak również wprowadzenie przymusowych ubezpieczeń
społecznych etc. dla prostytutek. Jednakże jak pokazuje przykład
Niemiec, legalizacja prostytucji prowadzi do wzrostu handlu żywym
towarem, gdyż przez to utrudnione staje się kontrolowanie domów
publicznych przez organy państwowe.
Kwestie polityczne
Parytety w demokracji
Wiele feministek domaga się wprowadzenia parytetów w polityce, które
mają obowiązywać na stałe albo czasowo. Celem ich ustanowienia ma być
wyrównanie szans między kobietami i mężczyznami w dostępie do instytucji
społeczeństwa obywatelskiego. Feministki twierdzą bowiem, że w "spadku
po patriarchacie" mężczyźni opanowali te instytucje i bronią kobietom
dostępu do nich. Ich zdaniem, tylko teoretycznie kobiety mają takie same
szanse na to, by kandydować np. do Sejmu. W praktyce jednak to głównie
męscy funkcjonariusze partyjni, układając listy wyborcze, umieszczają
kobiety na gorszych pozycjach. Parytety mają wymusić więc zmianę
struktur partyjnych, tak by równość szans mogła się urzeczywistnić.
Jak pokażemy poniżej, parytety są instytucją, która zawsze
dyskryminuje część wyborców. Feministki uważają jednak, że taka
(czasowa) dyskryminacja jest niezbędna do tego, by na trwale zmienić
strukturę instytucji społeczeństwa obywatelskiego w kierunku pożądanym
przez nie.
Paradoks parytetów w wyborze jakiegokolwiek ciała wyborczego, jak np. rada osiedlowa czy parlament[33], polega na tym, że rozszerzenie praw kobiet do bycia wybieranym może kłócić się z prawem do wybierania.
Podamy prosty przykład. Jest trzech kandydatów mężczyzn (A, B, C) i
dwie kandydatki (D, E) na dwa miejsca wyborcze (obowiązują parytety).
Dla ułatwienia podzielmy liczbowo wyborców wg płci w stosunku
fifty-fifty. „M” oznacza procent mężczyzn, jaki oddało głos na
konkretnego kandydata, analogicznie „F” kobiet-wyborców. Do ciała
wyborczego zostaje wybrany jeden mężczyzna i jedna kobieta. Oto wyniki:
Kand. Płeć kand. (M) (F) Średnia
A (m) 12% 35% 23.5%
B (m) 16% 25% 41%
C (m) 20% 25% 45%
D (f) 24% 10% 34%
E (f) 28%
5%
33%
Jeśli w wyborach obowiązuje parytet, dochodzi do kuriozum. Aż dwóch
kandydatów, którzy są preferowani przez kobiety (bo np. obiecali więcej
żłobków, zasiłków dla matek, dłuższe urlopy wychowawcze itd.), odpadnie
tylko dlatego, ponieważ są mężczyznami. Miejsca zdobywają kandydat C i
kandydatka D. Zauważmy, że zasada parytetu spowodowała tutaj
zlekceważenie prawie 2/3 głosów kobiet! Zgodnie np. z zasadą
proporcjonalnością głosów wybranymi powinni być kandydaci B i C. Gdy
zamienimy kolumny „M” na „F”, sytuacja staje się jeszcze bardziej
kuriozalna, gdyż zamiast dwóch kobiet, wybranych zarówno przez kobiety,
jak i zgodnie z zasadą proporcjonalności, wybrana zostaje tylko jedna.
Uprośćmy przykład jeszcze bardziej. Jeżeli ogół kobiet chce decydować
tak, że w danym organie (sejmie, senacie itp.) wybranych zostaje 90%
mężczyzn, to zabranianie im tego poprzez parytet jest pogwałceniem ich
prawa do samodzielnego politycznego wyboru. Ta jawna sprzeczność z ideą
parytetów może być zneutralizowana tylko przez cel, jakim jest wywołanie
zmiany struktur instytucji społeczeństwa obywatelskiego za pomocą
inżynierii społecznej. Podane sprzeczności i kurioza nie zachodziłyby w
sytuacji, gdyby kobiety faktycznie zaczęły wyłącznie głosować
na kobiety; tyle że wtedy (przy odpowiednim ukształtowaniu prawa
wyborczego) cała idea parytetów byłaby całkowicie zbędna.
Totalna klęska Partii Kobiet (0,4%) w wyborach do polskiego
parlamentu daje do myślenia. Sama idea „Partii Kobiet” wydaje się
bezcelowa. Jeśli teza o „płciowym solidaryzmie klasowym” jest prawdziwa
(a pamiętajmy, że przecież same kobiety mogą mieć sprzeczne ze sobą
interesy), to parytety nie są żadną pomocą na drodze do współdecydowania
kobiet w demokracji. Kobiet jest przecież statystycznie więcej niż
mężczyzn. Przy odpowiednim ukształtowaniu prawa wyborczego mogłyby
spokojnie przegłosować mężczyzn w wyborach parlamentarnych. Przy
wsparciu pewnej części mężczyzn zyskałyby nie tylko większość
wystarczającą do utworzenia rządu, ale być może nawet większość
wystarczającą do zmiany Konstytucji. Zatem dlaczego tak się nie dzieje?
Otóż albo kobiety „wciąż tkwią w katolicko-patriarchalnym dyskursie”[34],
albo wykazują się niebywałą biernością, albo po prostu podczas
podejmowania decyzji wyborczych kierują się kryteriami innymi niż płeć
kandydata.
Katolicki feminizm
Ten niesprecyzowany i nie do końca zamanifestowany światopogląd[35], naszym zdaniem, niepotrzebnie wprowadza gramscistowski duch rozłamu w szeregach samych konserwatystów[36].
Z kolei ze strony feministek będzie traktowany jako zjawisko
marginalne, niezrozumiałe, i raczej nie będzie dopuszczone do dyskursu.
Pamiętajmy, że klasa tworzy się de facto tam, gdzie w obrębie
pewnej grupy społecznej pojawia się świadomość wspólnych interesów.
Religia katolicka wciąż uchodzi za „blokującą” uwolnienie świadomości i
będącą „strażnikiem patriarchatu”. Mimo to, idea mariażu postulatów
socjalno-społeczno-emancypacyjnych przy jednoczesnej „kasacji” tych,
które kolidują z katolicką nauką społeczną i KKK, zdaje się zyskiwać
coraz większą popularność[37].
Istnieje kilka wariantów „ideologicznego” rozwoju i samozdefiniowania dla katolickiego feminizmu.
Pierwszy oznacza próbę walki jedynie na polu samej semantyki.
Wartości patriarchalne, dalej konserwatywno-katolickie, mają być dla
kobiety najbardziej korzystnymi. Usprawiedliwiane może to być za pomocą
czystej biologii lub chrześcijańskiej teologii. Przyjęcie takiego
poglądu na sprawę czyni katolicki feminizm zbędnym (i należałoby go
potraktować „brzytwą Ockhama”), gdyż jest konserwatyzmem pod inną nazwą.
Do tego problemu jeszcze wrócimy.
Drugi wariant to feminizm "pogodzony" z katolicyzmem[38].
Domaga się po pierwsze „uznania” podmiotowości kobiet dokładnie w
takich samych postulatach, jaki czyni to „zwykły” lewicowy feminizm.
Więcej żłobków, więcej świadczeń socjalnych, dłuższe urlopy
macierzyńskie, parytety w demokracji, parytety w biznesie, równe zarobki
oraz walka z seksizmem, szowinizmem oraz merkantylnym wykorzystywaniem
kobiecej intymności. Praktycznie jedynymi kwestiami spornymi pozostałyby
takie sprawy jak pornografia, prostytucja, a przede wszystkim aborcja
czy stosunek do kobiet homo- i biseksualnych. Dopiero mocna kolizja w
dyskursie o tych kwestiach, między katolickimi a lewicowymi feministkami
ujawniłaby „prawdziwą twarz” katolickiego feminizmu.
Trzeci wariant jest odwróceniem pierwszego. To nie katolicyzm
zawłaszcza na polu semantyki feminizm, tylko feminizm niczym
neomarksistowsko – gramscistowski potwór pożera katolicyzm i zmusza go
do kapitulacji. Zewnętrzne emblematy wiary pozostają, a nawołania do
opamiętania przeszkadzają feministkom katolickim w wyrażeniu żądań np.
co do legalizacji aborcji czy par homoseksualnych (lesbijskich).
Teologia jest tutaj traktowana jako mistyczny dodatek, lokalny folklor
czy regionalna specyfika, którą rewolucja musi w jak największym wymiarze zasymilować (ale jednak w końcu unieszkodliwić), aby odnieść sukces.
Z uwagi na niepewny drugi i „zdradziecki” trzeci wariant, katolicki
feminizm musi być traktowany z najwyższą podejrzliwością. Zamęt na polu
języka prowadzi do zamętu na polu ideologicznym. Tu z kolei chaos
powoduje, że jasno określone linie frontu zaczynają się rozmywać i nigdy
nie wiadomo, kto w dyskursie otrzyma „cios w plecy”: feministki czy
konserwatyści. Przykład sytuacji niekorzystnej dla lewicowych feministek
miał miejsce całkiem niedawno. Polskie feministki, w ramach protestu z
okazji 20. rocznicy uchwalenia w Polsce ustawy aborcyjnej, zaprosiły
zwolenników liberalizacji na pokaz amerykańskiego filmu mówiącego o
sufrażystce Alicji Paul. Rzecz w tym, że Alicja Paul była zadeklarowaną
obrończynią życia poczętego, będącą mówiąc dzisiejszym językiem, 100%
pro-life[39].
Musimy jednak zastrzec, że nasz krytyczny stosunek do katolickiego
feminizmu nie oznacza bynajmniej, że bezkrytycznie stajemy pod stronie
tych konserwatystów, którzy uważają, że postulaty feminizmu w całości
wyssane są z palca. Jak „nie wszystko złoto, co się świeci”, tak samo
nie wszystko, co rzekomo zgodne z prawem naturalnym, rzeczywiście jest z
nim zgodne. Np. szczególnie w środowiskach wiejskich rozprzestrzenione
przekonanie, że „babę” (niczym nieposłuszną kobyłę) trzeba bić, by
„znała swoje miejsce”, trudno uznać za zgodne z katolicką etyką, a w
szczególności z katolicką koncepcją cnót i wad. Nie widzimy jednak
potrzeby, by mówienie o takich wypaczeniach wymagało tworzenia nowego
bytu, jakim jest katolicki feminizm. Przypominanie mężczyznom o tym, że
są zobowiązani do czynienia dobra względem kobiet, należy do normalnych
obowiązków etyków i pedagogów katolickich.
Podsumowanie
Skoncentrowanie dyskusji konserwatystów (i np. katolickich księży) z
feministkami na tematach takich jak aborcja, prostytucja, pornografia
pozwoliłoby skupić się na prawdziwych problemach kobiet i dosięgnąć
źródeł konfliktu wartości. Podczas takiej debaty zarówno konserwatyzm,
jak i lewicowy feminizm musiałyby obnażyć swoje założenia
etyczno-antropologiczne. To z kolei pozwoliłoby sprowadzić debatę z
poziomu konfliktu na linii religia versus ideologia na poziom
racjonalnej dyskusji filozoficznej. Przedmiotem takiej dyskusji powinny
być m.in. takie zagadnienia jak pytanie o istnienie obiektywnej natury
człowieka, rola kulturowego uwarunkowania ról społecznych, źródła zła
(niesprawiedliwości) w świecie, jak również możliwości jego
wyeliminowania za pomocą instrumentów inżynierii społecznej. Jeśli
porozumienie nie zostałoby osiągnięte (co jest zresztą prawdopodobne),
to przynajmniej mielibyśmy jednoznaczną, ideologiczną separację dwóch
obozów.
Siła dyskursu mogłaby z kolei racjonalnie i emocjonalnie zadziałać na
niezdecydowane kobiety (i… postronnych mężczyzn). Jesteśmy przekonani,
że sięgnięcie do prawdziwych źródeł godności kobiety i sprzeciw wobec
merkantylizacji jej intymności przechyliłyby szalę na naszą –
konserwatystów – stronę.
W tej chwili dyskurs dotyczący sytuacji kobiet został jednak
zawłaszczony przez feminizm. Feministka mogłaby teoretycznie obrać dwie
drogi działania i myślenia. Pierwsza polegałaby na współpracy z
mężczyznami w obrębie zastanego systemu społecznego, co jednak kłóci się
z przekonaniem feminizmu o tym, że interes mężczyzny koliduje z
interesem kobiety. Przyjęcie tego właśnie założenia przez lewicowy
feminizm generuje obszar dialektycznej bitwy. Feministki mogą
oczywiście się z tym nie zgodzić, ale skoro przemawiają w interesie
wszystkich kobiet (nieuświadomionej jeszcze „klasy”), to oczywistym
jest, że po odjęciu płci żeńskiej w społeczeństwie zostaną sami
mężczyźni (w zmodyfikowanym wariancie: kobiety masochistycznie
popierające mężczyzn, którzy im szkodzą). Front jest więc od razu
widoczny, co potwierdza np. wywiad z Christine Bauer-Jelinek, ekspertką
od treningu menadżerskiego[40]. Wyjątki od tej reguły są rzadkie[41].
W efekcie odejście od masowych „ingerencji” państwa jako sposobu
rozwiązywania problemów staje się niemożliwe, gdyż tam gdzie ludzi nie
łączy spójny system etyczno-moralny, tam wkracza państwo z nagą
przemocą. A ta nie zdołała nikogo „wyemancypować”, co najwyżej nie
będzie nikogo dyskryminować. Choć jak pisał Arystoteles: najgorszą formą nierówności jest próbować uczynić nierówne rzeczy równymi.
Można oczywiście bawić się w boga i w inżynierię społeczną, a
feministki, jak każdy ruch lewicowy, inżynierię społeczną wręcz
uwielbiają. Nieuchronność lawiny państwowych ingerencji w życie
społeczne i ekonomiczne jest niemalże modelowym przykładem drogi do zniewolenia. Ale jest to jednocześnie wyjście najłatwiejsze, jak mówił Wilhelm Röpke, pójście po linii najmniejszego oporu społecznego. Cóż, póki co to heglowski „Zeitgeist” zdaje się być po stronie feministek.
Magdalena Ziętek, Kamil Kisiel
Tekst powstał dla portalu „Prokapitalizm” (www.prokapitalizm.pl) i „Konserwatywnej Emigracji” (www.konserwatywnaemigracja.com).
***
Przypisy:
[1] P. Skrzydlewski, EKONOMIKA, 2002, Powszechna Encyklopedia Filozofii, Tom 3, ss. 77-83.
[2] S. th., II–II, q. 50, a. 3, za: Tamże, s.80.
[3] Marek Siemek, Hegel i filozofia, Warszawa 1998, s. 122, cytat w
tekście: G.W.F. Hegel, Zasady filozofii prawa, Warszawa 1969, § 238,
Uzupełnienie, s. 410.
[4] Ibid., s. 121-122:
„Tym, co Hegel w Filozofii prawa przedstawia i opisuje jako rodzinę,
jest przecież nie co innego jak nowoczesna tzw. mała rodzina – najwyżej
dwupokoleniowa, oparta na dobrowolnym i świadomie wybranym współżycia
obojga małżonków i ich dzieci jako jednostkowych osób. Rodzina taka
stanowi sferę – możliwą dopiero w ramach obywatelsko-społecznej
indywidualizacji – niewymuszonego i w ogóle żadnymi innymi celami nie
uwarunkowanego obcowania wzajemnego ludzi, którzy jedynie za sprawą
czysto subiektywnego uczucia miłości i równie subiektywnej woli, żeby
być ze sobą i dla siebie, łączą się w intymną wspólnotę życia
prywatnego. (…) Społeczeństwo obywatelskie nie tylko umożliwia i
wytwarza nowoczesną rodzinę, ustawicznie produkując i reprodukując jej
potencjalnych członków: wolne i równe jednostki jako osoby; stanowi ono
także jej właściwy sens i cel, gdyż zawsze odbiera rodzinie już
wychowane przez nią dzieci i w swoim charakterze „rodziny ogólnej”, znów
„uwalnia” je jako samoistne, „wolne jednostki" (…) pod względem
majątku, gospodarczego dobrobytu i pozycji społecznej członkowie rodziny
są, tak ja wszystkie inne jednostki (które zresztą wszystkie są też
członkami jakichś rodzin), przede wszystkim uczestnikami społeczeństwa
obywatelskiego, którzy środki swego utrzymania muszą zdobywać w obrębie
jednego i tego samego, wszechobejmującego „systemu potrzeb”, tj.
rynkowego mechanizmu społecznej pracy i wymiany”.
[5] Siemka, s.136
[6] Siemka, s. 141
[7] To, co wielkoobszarowy kapitalizm XIX wieku
odziedziczył po feudalizmie, to niewątpliwie bezwzględne i niczym
nieograniczone prawo do rozkazów nad „podbitym” człowiekiem (Por.
Alexander Rüstow – Ortsbestimmung der Gegenwart, Band III, s. 159-166).
Rüstow w interesujący sposób rozwija marksistowsko-oppenheimerowską tezę
o społecznych konfliktach do procesu podboju człowieka przez człowieka i
wytwarzania się warstwy rządzącej i rządzonej. Jego teorię można
rozwinąć także w stosunku do problematyki konserwatyzmu i feminizmu: czy
„klasa” kobiet-poddanych została podbita przez „klasę”
władców-mężczyzn?
Ciekawym jest też, czy feminizm poprzestanie na „stworzeniu” kobiety
równej mężczyznom, czy będzie dążyć do wyhodowania kobiecego
„nadczłowieka” i do ustanowienia kobiet jako klasy władców? Ta z pozoru
humorystyczna kwestia została już poruszona np. przez jedną z
najbardziej radykalnych feministek, Sally Miller Gearhart w kuriozalnej
wypowiedzi: „The proportion of men must be reduced to and maintained at
approximately 10% of the human race”. Oto, do czego może doprowadzić
bezsensowna idea dialektycznej walki.
[8] Liczba rozwodów np. w Polsce rosła nieustannie aż do
roku 2006, aby osiągnąć liczbę ok. 71,9 tys., by następnie przez dwa
lata spadać i znowu osiągnąć podobną wartość (ok. 72 tys.). W roku 2011
liczba rozwodów nieznacznie spadła i wynosiła ok. 65 tys. rozwiedzionych
cywilnie par małżeńskich.
http://www.prawnik-online.eu/porady/rodzinne/statystyka_rozwodow_w_polsce_statystyki_rozwodowe.html
Warto także przeczytać opracowanie GUS-u: 25% małżeństw kończy się z
powodu zdrady współmałżonka, a w 20% powodem jest alkoholizm.
http://www.stat.gov.pl/cps/rde/xbcr/gus/l_podst_inf__o__syt_demograficznej_2011.pdf,
s.7-9
[9] Biblia Tysiąclecia – List do Gal., 3,28.
[10] Kapitalnego znaczenia nabiera kwestia obowiązkowych
ubezpieczeń społecznych. Marksiści, teoretycy państwa opiekuńczego, jak i
wszelkie potomstwo obydwu (m.in. feministki) muszą przyznać, że sami
zniszczyli „bazę” dla związku między rodziną i dziećmi. Rodzice przed
„bismarckowym” wynalazkiem obowiązkowych ubezpieczeń społecznych musieli
dopilnować, aby tak wychować potomstwo, aby było chętne okazać im w
podeszłym wieku miłosierdzie i pomoc w utrzymaniu. Jednocześnie
pochwalali oni sekularyzację wartości chrześcijańskich, jakimi było
właśnie wspomniane miłosierdzie (niemające nic wspólnego z „litowaniem
się”, tylko normalną, międzygeneracyjną odpowiedzialnością) czy rodzina.
Obowiązkowe ubezpieczenia społeczne w połączeniu z sekularyzacją
powodują całkowite odseparowanie generacji pokoleń od siebie.
Solidarność między generacjami staje się bezosobowa, abstrakcyjna,
wyłącznie ekonomiczna, zamiast być osobistą, opartą na głębokim uczuciu
wdzięczności i ciepła więzi. Dzieci stają się dla małżonków kaprysem i
rodzicom nie zależy na ich wychowaniu.
Niejako państwowe ubezpieczenie emerytalne staje się dzisiaj, w
obliczu totalnej atomizacji, koniecznością samą z siebie. W efekcie
dzieci rodzi się coraz mniej, relatywna liczba ludzi starszych na
utrzymaniu systemu rośnie, a sam system zmierza ku nieuchronnemu
bankructwu, albo przynajmniej wielkim cięciom, które pod znakiem
zapytania stawiają sens gigantycznego rozmiaru tej inwestycji.
[11] Istnieje jakieś fałszywe przekonanie, że odwieczny
porządek świata polegał na tym, iż mężczyzna pracował na dom, a kobieta
gotowała strawę i odbierała od mężczyzny hołdy. „– Takich czasów nie
było – mówi prof. Anna Giza–Poleszczuk, socjolog z Uniwersytetu
Warszawskiego. – Kobiety zawsze pracowały, w polu, w zakładach
rzemieślniczych, kramach i fabrykach, szły na służbę. I każdy rubel czy
dolar, który zarobiły, należał do ich mężów lub ojców”.
Ten, jak i inne mity pojawiające się w argumentach konserwatystek,
opisano w ciekawym artykule Agaty Passent:
http://www.agatapassent.pl/7grzechow.html)
[12] Istnieje niezaprzeczalna korelacja: im wyższe zarobki, tym mniejsza dzietność. Patrz:. Fertility and Income,
T. Paul Schultz, Yale University, October 2005. Wykres ukazujący
zależność między zarobkami a dzietnością można zobaczyć stronie 20 pod
tym linkiem:
[ http://www.econ.yale.edu/~pschultz/cdp925.pdf ].
Na osi Y mamy dzietność, na osi X mamy logarytm zarobków. Widzimy, że
im wyższe wartości na osi X, tym niższe w przekroju wartości na osi Y.
W Polsce, przy obecnych zarobkach, oboje rodziców wspólnie musi
pracować na rzecz utrzymania domu. Z drugiej strony, w krajach
zachodnich, gdzie zarobki mężczyzn są dużo wyższe, walka o emancypację
kobiet jest, o dziwo, dużo bardziej radykalna, a dzietność kobiet równie
niska jak w Polsce. Być może jest to kwestia kulturowych wzorców
postkapitalistycznego konsumpcjonizmu.
[13] Chociaż temat parytetów w biznesie jest w Polsce
często omawiany, jest to robione nadzwyczaj niemerytorycznie. Dominują
próby „państwowego” rozwiązania problemu. Dlatego, niestety, lepiej
sięgnąć do źródeł zagranicznych:
1. Bieda i bogactwo, dlaczego kobiety zarabiają mniej niż mężczyźni, Natascha Lenz, Frankfurter Allgemeine Zeitung, 04.10.2012 (http://www.faz.net/aktuell/wirtschaft/wirtschaftspolitik/armut-und-reichtum-warum-frauen-weniger-verdienen-als-maenner-11913313.html).
1. Bieda i bogactwo, dlaczego kobiety zarabiają mniej niż mężczyźni, Natascha Lenz, Frankfurter Allgemeine Zeitung, 04.10.2012 (http://www.faz.net/aktuell/wirtschaft/wirtschaftspolitik/armut-und-reichtum-warum-frauen-weniger-verdienen-als-maenner-11913313.html).
[14a] . W krajach OECD kobiety zarabiają średnio 25% mniej niż mężczyźni. W porównaniu z rokiem 2009 jest to wzrost o 3%.
Opr. OECD – Inequality in labor income – What are it drivers and how can it be reduced?
Opr. OECD – Inequality in labor income – What are it drivers and how can it be reduced?
http://www.oecd.org/eco/publicfinanceandfiscalpolicy/49417273.pdf, s. 7
[14b] . W Niemczech kobiety zarabiają ciągle o 20% mniej niż mężczyźni, licząc średnią.
http://www.spiegel.de/wirtschaft/soziales/frauen-verdienen-ein-fuenftel-weniger-als-maenner-a-859390.html
[15] Brak dobrych opracowań w Polsce utrudnia
wyciągnięcie jednoznacznych wniosków. Jednym z nielicznych dostępnych
publicznie opracowań jest praca pod red. Urszuli Feltynowskiej:
Równouprawnienie kobiet i mężczyzn na rynku praktyce, Wydz. Prawa i
Administracji Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2005. Omówienie
interesującej nas problematyki zaczyna się na stronie 7.
[16] Marshall, jeden z wybitniejszych ekonomistów, stawiał
tę kwestię niemal na ostrzu noża: „(It) tempts them to neglect their
duty of building a true home, and investing their efforts in the
personal capital of their children’s character and abilities“ (cytowany
za Pujol, Michelle A.: Into the margin! In: Barker, Drucilla / Kuiper,
Edith: Toward a Feminist, Philosophy of Economics. London: Routledge, S.
21-37). Wybitny amerykański ekonomista niewątpliwie był konserwatystą
lub przynajmniej republikaninem, dając amunicję feministkom jako
„obrońcy interesu patriarchatu”.
[17a], [17b] Teoretycznie optymalna sytuacja zatrudnienia
zakłada zawsze taka samą produktywność pracy kobiet I mężczyzn, ale
nawet to nie wystarcza, gdyż niezależnie od swojej własnej płci zarządca
firmy dyskontuje dodatkowe ryzyko związane z pracą kobiety. Gdyby
jednak skompensować to ryzyko jeszcze wyższą produktywnością u
kobiet, jedynym problemem byłby równy podział obowiązków domowych. Nadal
jednak pozostaje i pozostanie problematyka ciąży: co z kobietami, które
chcą dziecka? Potrzebują one oparcia albo w mężu/partnerze, albo w
rozwiązaniach społecznych , jak np. zasiłek, żłobek. Jak widzimy, to
drugie wyjście jest zapadnią „interwencjonistycznej spirali” (określenie
autorstwa liberalnego F.A. von Hayeka). Interwencje, podatki, kredyty,
regulacje, redystrybucje.
[18] Unia Europejska promuje mobilność zawodową
pracowników, w celu promowania integracji europejskiej i budowania
wspólnego rynku. Mobilność oznacza rozbijanie więzów rodzinnych, czego
konsekwencją jest to, że ludzie starzy nie mogą liczyć na opiekę ze
strony swoich dzieci. Wielu konserwatystów, a przede wszystkim
zwolenników dystrybucjonizmu, upatruje rozwiązanie tego problemu w
promowaniu firm rodzinnych i wzmacniania lokalnych struktur
ekonomicznych. Czy i jak jest to do wprowadzenia w kapitalizmie,
zwłaszcza w tak „wypaczonym” jak europejski postkorporacjonizm państwa
opiekuńczego?
[19] Jest to część całościowego zagadnienia
„dyskryminacji” w pracy: czy będzie to „dyskryminacja” osób
niepełnosprawnych, chorych na AIDS, czy też imigrantów, osób o innym
kolorze skóry, etc. Wzrastające ryzyko zatrudnienia jakieś osoby to po
prostu wzrastająca niepewność co do przyszłych kosztów (np. sądowych,
odprawy, płatnego urlopu) związanych z pracą danego pracownika.
Zaostrzanie przepisów (przy całym ich nawale i niejasności) ową
niepewność tylko wzmacnia.
Kuriozum, jakim jest fakt, że polityka „antydyskryminacyjna” obraca
się na rynku pracy przeciwko tym, którym miała służyć, sprawia, że
partie lewicowe jeszcze bardziej zaostrzają swoje żądania. Domagają się
jeszcze surowszego prawa i jeszcze surowszych kar, podczas gdy
konserwatyści i liberałowie z drugiej strony domagają się jeśli nie
kasacji, to gruntownej rewizji prawa „antydyskryminacyjnego”.
Koncentrowanie się na suchych faktach, mających usprawiedliwić jeszcze
„ostrzejszą” walkę klasową (między klasami płci) i omijanie tej
teoretycznej części zagadnienia wśród polskich feministek uniemożliwia
wielokroć racjonalną dyskusję.
[20] Wielu chadeków tęskni za ideałem rodziny z tzw. ery
kanclerza Adenauera. Jednakże nawet konserwatyści mogą mieć sceptyczny
lub umiarkowanie krytyczny stosunek do tego modelu. Wyrywa on mężczyznę z
małej rodziny, tak że realizuje się on prawie wyłącznie w ramach
społeczeństwa obywatelskiego (robi karierę, działa w różnych
stowarzyszeniach, rozwija swoje hobby), natomiast kobiety zostają
podzielone na dwie kategorie: zamknięte w domu żony, wspierające
mężczyznę w tym, aby mógł działać dla społeczeństwa obywatelskiego, oraz
kochanki, które często są kobietami wykształconymi, ale bezdzietnymi. W
systemie patriarchalnym zarówno kobieta, jak i mężczyzna działali na
rzecz rodziny, model niemiecki natomiast odciąga mężczyznę od rodziny, a
kobiecie zamyka drogę do instytucji społeczeństwa obywatelskiego. Warto
przypomnieć, że w Niemczech ciągle funkcjonuje pojęcie Rabenmutter,
którym określa się matkę, która nie jest w 100% skoncentrowana na
rodzinie; nawet podjęcie aktywności zawodowej w minimalnym zakresie
wystarcza, by taka kobieta została uznana za "matkę wyrodną" (por. Rabenmutter w angielskim opracowaniu: http://www.bbc.co.uk/news/business-12703897).
[21] O braku możliwości jakiegokolwiek kompromisu bez relatywizacji swojego stanowiska jeden z autorów pisze wyczerpująco tutaj:
http://prokapitalizm.pl/rzez-bez-kompromisow-czyli-ostatecznie-o-aborcji.html
Intencją, z jaką przygotowywano ten artykuł, nie było wszczynanie
kolejnej debaty nt. „słuszności aborcji” (a także w jakich przypadkach
jest ona dopuszczalna, bo przy ok. 50 przypadkach „granicznych” rocznie
dyskusja taka jest próbą „usprawiedliwiania nieusprawiedliwionego za
pomocą sprawiedliwie wątpliwego”). Było nią właśnie wykazanie braku
możliwości debaty i próby wyłączenia z niej wszelkich „kompromisowych” –
bez względu na to, czy podaje się on za konserwatystę, liberała,
lewicowca czy feministkę. Logika „kompromisu” jest nieubłagana i musi
prowadzić do dalszych ustępstw.
[22] http://prokapitalizm.pl/inzynieria-spoleczna-rozliczenie.html
Jeśli rekord na 100 metrów mężczyzn jest lepszy niż ten sam rekord na
100 metrów kobiet, powinno to wystarczyć za argument, dlaczego
mężczyźni są odsyłani do cięższych zajęć. Porównajmy wydajność
górnika-mężczyzny i górnika-kobiety i zobaczmy, kto np. przerzuci więcej
węgla do wagonu. Jest to ten sam powód, dla którego były dżokej nie
będzie startował w podnoszeniu ciężarów. Nie mówi się z tego powodu o
„dyskryminacji dżokejów”.
[23] http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,13287670,Pierwsza_taka_kontrola_w_Polsce__unikalna_w_skali.html
[24] Antypornograficzna histeria wśród feministek
rozpoczęła się w latach 70., głównie za sprawą Andrei Dworkin i
Catherine MacKinnon. „Dążenie do zakazania materiałów o treściach
pornograficznych było dla nich tak istotne, że pozwoliło nawet wejść w
sojusz z fundamentalistami religijnymi z Moral Majority i przeforsować
antypornograficzną ustawę w Indianapolis (która została ostatecznie
zniesiona jako sprzeczna z wolnością słowa). Wprowadzanie zabiegów
cenzorskich doprowadziło do szybkiego rozłamu w ruchu feministycznym –
powstawać zaczęły organizacje feministyczne sprzeciwiające się cenzurze
pornografii, nawet w samym Indianapolis środowisko feministyczne nie
poparły proponowanej przez Dworkin ustawy. Marcia Pally tak oto
skomentowała tego typu niefortunne sojusze: „Obie grupy uważają, że
usunięcie ze społeczeństwa słów i obrazów o charakterze seksualnym
zredukuje ilość gwałtów, kazirodztwa i przemocy wobec kobiet. Prawicowe
feministki dodałyby do tej listy napastowanie seksualne; religijni
fundamentaliści dodadzą seks międzyrasowy, homoseksualność, AIDS i
feminizm” – cyt. za Dobrusa Karkowiak,
http://pl.indymedia.org/pl/2009/11/48193.shtml
[25] Pornografię jako środek przedstawiający „męską
dominację” uznaje m.in. Kazimiera Szczuka, sztandarowa feministka
polska. Wywiad Marcina Mellera z Kazimierą Szczuką:
http://wywiadowcy.pl/kazimiera-szczuka/. Czytamy tam:
„Myślę, że przede wszystkim [Playboy] to pismo konsumenckie, a w tym sensie seksistowskie, bo kobieta jest właśnie przedmiotem konsumpcji, towarem, obok samochodów, ciuchów, gadżetów elektronicznych. (…) Nie chcę, żeby w Polsce jedynym głosem swobody seksualnej był PLAYBOY. Tam epatujemy golizną i tymi oskubanymi, plastikowymi dziewczynami, głosimy kult machismo, nabijamy się z głupich feministek, za mało atrakcyjnych dla prawdziwych mężczyzn (…)”.
„Myślę, że przede wszystkim [Playboy] to pismo konsumenckie, a w tym sensie seksistowskie, bo kobieta jest właśnie przedmiotem konsumpcji, towarem, obok samochodów, ciuchów, gadżetów elektronicznych. (…) Nie chcę, żeby w Polsce jedynym głosem swobody seksualnej był PLAYBOY. Tam epatujemy golizną i tymi oskubanymi, plastikowymi dziewczynami, głosimy kult machismo, nabijamy się z głupich feministek, za mało atrakcyjnych dla prawdziwych mężczyzn (…)”.
[26] Postawę „bezradnego sprzeciwu wobec totalnej
tolerancji” wyraziła w swoim znakomitym, choć emocjonalnym felietonie,
Marzena Gębala
(http://www.feminoteka.pl/readarticle.php?article_id=1053).
Polecamy także artykuł Wendy McElroy – A feminist overview of
pornography ending in a defense thereof, do przeczytania tutaj:
http://www.wendymcelroy.com/freeinqu.htm, tłum. Jakub Kantorski:
http://liberalis.pl/2007/12/27/wendy-mcelroy-feministyczne-spojrzenie-na-pornografie-oraz-jej-obrona/
[27] Youth in Europe, A Statistical Portrait, Eurostat 2009, s.39.
„European family patterns have evolved over the past decades and
today young people tend to remain longer in the parental household. Once
they have left the parental nest, they may choose to live either as
singles or to found a family of their own (thus to live in a consensual
union with or without a legal basis).”
In 2006, almost 30 % of women aged between 15 and 29 in the European
Union were living with a partner in the same household (see Figure 2.4).
This proportion was 18 % for young men of the same age. Among these
couples, a majority were living together in a legal union.
[28] Gegenwartsprobleme der Soziologie, esej
„Vereinzelung. Tendenzen und Reflexe“ w pracy zbiorowej na 80. urodziny
Alfreda Vierkandta, Akademische Verlagsgesellschaft ATHENAION, Poczdam
1949, s.61
„Jądro egzystencjalnej filozofii to społeczna atomizacja XIX. wieku”,
której powodem miała być „ślepota względem wartości”. W skrócie: w
nastawionym na walkę o przetrwanie kapitalizmie ludzie potrzebują w
ramach psychicznej równowagi mocnego poczucia przynależności do silnych
wspólnot, inaczej łatwo popadają w znużenie, apatię czy nałogi”.
[29] Choćby Suzanne Venker,
http://www.americanhumanist.org/HNN/details/2012-12-the-war-on-the-war-on-men,
czytamy: „Mężczyźni chcą kochać i chronić kobiety, a nie z nimi
rywalizować”.
[30] Znakomicie temat ujął rewizjonista liberalizmu i
liberalny konserwatysta Wilhelm Röpke. Sprzeciwia się on nie tylko
niszczeniu tabu, ale także komercjalizacji sfery intymnej człowieka:
„I tak rozszerza się to znużenie [mas] jak zaraza, zawsze tam, gdzie
zanikają prawdziwe, naturalne i stworzone duszy ludzkiej bodźce, łaski i
przymioty, które warte są tego, aby je przeżyć. Do tego należy miłość, której cała delikatność i poezja zostaje odebrana poprzez seksualne maniactwo
i która w końcu kończy w popiołach znużenia” (Wilhelm Röpke, Jenseits
von Angebot und Nachfrage, Wyd. Verlagsanstalt Handwerk GmbH, Düsseldorf
2009, s. 16, s.126-127).
„Cały czas, od rana do wieczora, wmawia się nam, że mamy pozbyć się
„uprzedzeń”, że powinniśmy się uwolnić od „tabu”, jak przystało na
postępowych ludzi (…), i nie widzi się, że w ten sposób przemielone pył
zostaje to, co właściwie stanowi o szkielecie człowieka jako istocie
duchowo-moralnej i społeczeństwie jako całości: sumie ostatecznych
przekonań, nakazów i zawartości wiary jego członków” (Wilhelm Röpke,
„Listy”, wyd. przez żonę Evę Röpke, Erlenbach-Zürich 1976, s.32).
Znakomicie koresponduje to z poglądami feministek, jak Kazimiera
Szczuka, prof. Magdalena Środa, i in . Można by nawet ironicznie
zapytać, czy w tych kwestiach feministki nie są „nieświadomymi agentkami
patriarchatu”.
[31a], [31b] Kinga Wiśniewska-Roszkowska, Eros myślący, Wrocław 1999, S. 120 -123:
„Ochrona środowiska, ekonomia, prawo, polityka to również dziedziny
bardzo odpowiednie dla kobiet, zgodnie z kobiecym instynktem opiekuńczym
i moralnym oraz kobiecym zmysłem praktycznym, zrozumieniem dla spraw i
potrzeb życia. Można by nawet przypuszczać, że dzięki tym psychicznym
cechom kobiety dużo bardziej nadają się do rządów niż mężczyźni ze swym
instynktem walki. (...) Bardzo ważnym kobiecym zadaniem byłby taki
udział w polityce i w rządach, który pozwoliłby skutecznie zapobiegać
wojnom, krwawym przewrotom i innym „męskim szaleństwom”. (…) skutecznie
[jest] to zło naprawiać przez obowiązujące prawa; kobiety muszą osiągać
wyższe kierownicze stanowiska i mieć odpowiednio znaczący udział w
ośrodkach decyzyjno-twórczych. A czy naprawdę chcą tego? Czy rozumieją
ogromną potrzebę tych działań?. W naszej męskiej, przez mężczyzn
tworzonej cywilizacji, imponuje wspaniały postęp techniki, a jak jest z
moralnością? Wojny, terroryzm, bandytyzm, drapieżny biznes, żerujący na
ludzkim zdrowiu i życiu to, można powiedzieć, zwyrodniałe instynkty
walki. (...) Nawet erotyzm ukształtowali mężczyźni wg swych potrzeb i
popędów, ustanawiając podwójną moralność, która przyznając im samym
pełna seksualna swobodę, a kobiety dzieliła jakby na dwie klasy: Czyste, przeznaczone na żony i matki, i nieczyste
– dla pozamałżeńskich męskich rozrywek. (...) Fakt, że prostytucja to
domena prawie wyłącznie kobieca, wyraźnie świadczy o moralnej niższości
mężczyzny. Bo tylko on może tak łatwo oddzielać popęd od uczucia i
płacić za chwile cielesnej satysfakcji, głęboko przy tym hańbiąc i
kobietę i erotyzm”.
Koresponduje to z biczującym się wręcz rachunkiem sumienia
(przechodzącym do wypowiadania się w imieniu mężczyzn) psychologa
niemieckiego, Wilfrieda Wiecka. Cytat z jego książki „Mężczyzna pozwala
kochać. Głód kobiety”, wyd. Książka i Wiedza 2010, s. 179:
„Nie chciałbym stwarzać wrażenia, że krytykuję społeczeństwo
globalnie jako system wartości patriarchalnych. Nie zależy mi na tym,
aby stwarzać alibi tym, którzy prace nad sobą uznali za bezcelowa.
Równie nie atakuje anonimowego mężczyzny jako jednostki dotkniętej
lenistwem umysłowym, arogancją, butą, tępotą i obłudą. (…) Te właśnie
elementy prowadza mężczyznę do zdesperowanych prób, aby wymóc na
wyimaginowanych lub sprowokowanych „wrogach” poczucie bezpieczeństwa,
spokój i pewność. Przymus zawarty w tej manii obrony ukazuje agresywną
mentalność, poprzez która mężczyźni we wszystkich krajach tworzą ludziom
nieludzkie i destrukcyjne warunki życia. Zbrojenia i przygotowania do
wojny są przedstawiane jako sprawa niezbędna, zniszczenie środowiska
jest tolerowane ze względów ekonomicznych, a zanieczyszczenie mowy
określa się jako cos uzasadnionego względami naukowymi. Również
rozpowszechniona na całym świecie fala terroryzmu w formie ataków na
znienawidzone systemy stworzone przez i dla mężczyzn dotyka zwykle
niewinnych ludzi. Zjawisko to świadczy o zorganizowaniu męskiej
nienawiści i żądzy zemsty. Ludzie cierpią wśród mężczyzn”.
Z drugiej strony, nawet krytyczna sytuacja materialna nie usprawiedliwia takich wydarzeń jak to:
http://natemat.pl/47279,polskie-modelki-pracowaly-jako-luksusowe-prostytutki-dla-szejkow-i-rosyjskich-miliarderow-zarabialy-tysiace-euro
Hazard moralny, jaki wiąże się z przyzwoleniem społecznym na „łatwe
wyjścia” (np. z powodu „podbramkowej” sytuacji materialnej kobiety),
może prowadzić do całkowitej relatywizacji i znieczulicy.
Usprawiedliwiane będą nie tylko takie właśnie przypadki prostytucji
podyktowane sytuacjami podbramkowymi, ale także nieukończeniem szkoły
czy po prostu „chęcią beztroskiego zarobienia szybkich pieniędzy”. Warto
wziąć to pod uwagę mimo, że argument nie jest za często podnoszony w
systemach społecznych opartych na „wolnej konkurencji różnych systemów
społecznych”.
[32] Szybki i dobry wgląd na tę kwestię daje opracowanie
Bożeny Witowicz, aczkolwiek brak moralnego stanowiska autorki
zdecydowanie psuje odbiór:
http://temida.free.ngo.pl/witowicz3.htm
[33] Szerzej jeden z autorów opisał to na serwisie „prokapitalizm.pl”:
http://prokapitalizm.pl/inzyniera-spoleczna-parytety.html
[34] Eliza Olczyk, Kamila Baranowska, Rzeczpospolita Weekend, 05-05-2012 piszą:
„Polacy postrzegają dziś feminizm jako zjawisko dość egzotyczne. Nic
dziwnego, biorąc pod uwagę to, że w mediach feministki występują przy
okazji kontrowersyjnych akcji, jak Dni Cipki czy wydanie książki o
aborcji dla nastolatek lub manif z okazji 8 marca”.
[35] Z tego samego artykułu: „Podczas tegorocznej manify
jednym z głównych haseł było ograniczenie roli Kościoła w życiu
publicznym. – Kościół jest jednym ze źródeł dyskryminacji kobiet i w tym
roku postanowiłyśmy na to zwrócić uwagę. Zrobiłyśmy to świadomie, bo
wiemy, że tego typu radykalne hasła przebiją się do mediów i
przynajmniej będzie jakaś dyskusja wokół naszych postulatów – tłumaczy
Piotrowska”. Kościół Katolicki przez lewicowe feministki wciąż jest
odbierany jako ostoja dyskryminacji kobiet.
[36] Dr teologii Elżbieta Adamiak w wywiadzie dla „Polityki” (5/6/2011):
„Nawet wtedy, gdy podstawowy sens życia tych kobiet sprowadza się do
rodzenia, to one wcale nie milczą. Począwszy od Sary, gdy aniołowie
zjawiają się pod dębami, żeby zapowiedzieć Abrahamowi narodziny syna, to
ona włącza się do rozmowy, choć nie była do niej zapraszana. Kolejne
bohaterki, jak Rachela, głośno domagają się od swoich mężów spłodzenia
potomka. Oczywiście męskiego, bo to świat patriarchalny i patrylinearny.
Anna, przyszła matka Samuela (bo jako taka przejdzie do historii),
w wielkiej rozpaczy, że nie ma syna, wygłasza tekst nazywany Magnificat
Starego Testamentu, bo jest to długa, piękna modlitwa; jej modlitwa.
Miejsc, w których kobiety mówią, modlą się, śpiewają, jest wbrew pozorom
sporo”.
Wyraźnie widać tutaj, że katolicki feminizm ma szansę na zyskanie
solidnej „teologicznej podbudowy”, mimo to sądząc ze sceptycznej reakcji
przeprowadzającej wywiad dziennikarki, furory raczej wśród feministek
nie zrobi. Konserwatywne wartości, katolicyzm oraz feminizm to dwa różne
światy, w warunkach kapitalizmu (wzmocnionego negatywnie przez
demokrację) skazane na starcie się ze sobą.
[37] Za promocję tej semantycznej mizerii odpowiadają
głównie amerykańskie feministki-zakonnice, jeden z wielu ciekawych
elementów amerykańskiej mozaiki społecznej. Feministyczne zakonnice są
jednocześnie chyba największymi dywersantkami na tyłach Kościoła
Katolickiego:
„Watykańska Kongregacja Nauki Wiary skrytykowała w swoim raporcie
amerykańskie stowarzyszenie żeńskich zakonów katolickich (Leadership
Conference of Women Religious- LCWR) twierdząc, że promuje ono radykalne feministyczne poglądy sprzeczne z wiarą katolicką.
Chodzi głównie o promocje homoseksualizmu, feminizmu czy domagania się
wyświęcania kobiet. Niedawno stowarzyszenie poparło proaborcyjną reformę
zdrowotną Baracka Obamy“.
Na tym przykładzie najjaskrawiej widać, do czego doprowadza „kapitulacja” wobec języka przeciwnika.
[38] Betsy Hart, felietonistka i autorka książki „It Takes
a Parent": „Wielu ludzi, w tym chrześcijanie, traktują feminizm jako
coś co jest agresywne, walczy z mężczyznami i unieszczęśliwia kobiety” –
pisze autorka, która jednak zwraca uwagę, że takie kobiety jak Palin i
Bachmann redefiniują pojęcie feminizmu, będąc nie tylko matkami i
konserwatystkami, ale na dodatek zajmując wysokie urzędy w państwie i
walcząc o ten najwyższy.
Podczas mowy wyborczej w 2010 roku Palin pierwszy raz nazwała się
feministką pro-life. Powiedziała, że źródłem jej sukcesu jest
przywiązanie do wartości chrześcijańskich i feministycznych. Palin
nawoływała również do powrotu do korzeni feminizmu. „Pierwsze feministki
były kobietami wierzącymi i powoływały się często na Biblię oraz słowa
Jezusa o kobietach” – pisze Janice Shaw Crouse, prezes The Beverly
LaHaye Institute at Concerned Women for America”.
[ źródło: http://www.fronda.pl/a/odrodzenie-chrzescijanskiego-feminizmu,14373.html ]
[39] http://www.pch24.pl/rocznicowa-kompromitacja,11606,i.html#ixzz2I2L75ocD
[40] http://www.konserwatyzm.pl/artykul/5489/feministki-tkwia-w-iluzji, „Każdy błąd traktowany jest jako męski”.
Tłum. Kamil Kisiel, źródło oryginalne: Frankfurter Allgemeine Zeitung, 30.10.2012.
[41] Artykuł Aleksandry Malanowskiej mówi o problemach
takich jak np. urlop macierzyński, mężczyzna jako ofiara przemocy
domowej. Widzimy tutaj jednak niemożność wyjścia poza pewien schemat. Te
same problemy, jakie mają kobiety, mają mężczyźni i należy je
rozwiązywać via państwo, czy też zmianę wzorców społecznych.
http://www.we-dwoje.pl/maskulizm;-;walka;o;rownouprawnienie8230;;mezczyzn,artykul,11872.html
Subskrybuj:
Posty (Atom)