Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PiS. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PiS. Pokaż wszystkie posty

9.30.2016

Czy PiS jest politycznym reprezentantem cywilizacji łacińskiej?

Kto nie jest za PiS, ten jest za PO – mówią zwolennicy PiS. Zwolennicy PO twierdzą natomiast, że każdy kto ich nie popiera, popiera PiS. Dzięki temu zabiegowi podział polskiej sceny na zwolenników dwóch głównych partii – czy też sił politycznych, jeśli PO rozszerzymy o KOD – wydaje się być zabetonowany.
Co więcej, tuszuje on podstawowy fakt, że wspomniane stronnictwa prawie niczym się od siebie nie różnią. A podobieństwa te stają się nader wyraźne, jeśli spojrzy się na polską scenę polityczną przez pryzmat cywilizacji łacińskiej.
Cywilizacja łacińska zakłada prymat norm poznawczych nad ideologicznymi oraz norm etycznych nad prawnymi. Czy obydwa stronnictwa różnią się czymkolwiek w swoim stosunku do tak zdefiniowanego pojęcia cywilizacji łacińskiej? Wydaje się, że niczym. Obydwa hołdują myśleniu ideologicznemu oraz etatystycznemu. Jeśli chodzi o ideologię, jest to ideologia euro-atlantyzmu. Jeśli natomiast chodzi o etatyzm, żadne z nich nie walczy z rozrostem biurokracji, i to zarówno polskiej, jak i europejskiej.
Między obydwoma stronnictwami jest tylko jedna różnica: PO-KOD nie udaje tego kim jest, natomiast PiS stroi się w szatki prawicowo-katolickie, w co - niestety – wierzą ich wyborcy. Dlatego też przyjrzyjmy się bliżej kwestii tego, dlaczego PiS nie jest politycznym reprezentantem cywilizacji łacińskiej.
Zacznijmy od tego, że krytyka 8 lat rządów PO formułowana przez PiS oczywiście jest jak najbardziej słuszna. Państwo i naród znajdują się w opłakanym stanie, teza o wygaszaniu Polski, formułowana przez niektórych intelektualistów PiS, nie jest w żadnym stopniu przesadzona. PiS mówi rzeczy, które Polacy widzą na własne oczy, a których w oficjalnej propagandzie PO po prostu nie było, albo były to rzekomo tylko wymysły opozycji. I właśnie dzięki temu PiS cieszy się ciągle dużym poparciem społecznym. Rzecz w tym, że środki zaradcze, które proponuje PiS, z cywilizacją łacińską nie mają nic wspólnego.
Już sama nazwa partii wskazuje na jej etatystyczne ciągoty, co prawdopodobnie w dużej mierze wynika z etatystycznego światopoglądu prezesa J. Kaczyńskiego. Jak bowiem PiS chce walczyć z korupcją i prywatą, które są prawdziwym utrapieniem państwa polskiego? Oczywiście za pomocą środków prawnych, a nie poprzez zwiększanie motywacji etycznych w narodzie. Prawo ma ścigać i rozliczać wrogów państwa, czemu ma sprzyjać atmosfera podejrzliwości i rzucanie na prawo i lewo fałszywych oskarżeń. Co natomiast PiS robi w kierunku umocnienia norm etycznych? PiS robi dużo, ale w kierunku dokładnie przeciwnym.
Wystarczy spojrzeć na to, jak silne – to znaczy słabe – są normy etyczne w czołówce partii PiS. Czy bowiem ciągłe rzucanie oskarżeń w kierunku ciągle to nowych „agentów” czy to Rosji, czy też służb PRL jest do pogodzenia z etyką, szczególnie tą katolicką? Ósme przykazanie Boże stawia tę sprawę w sposób zupełnie jasny: „Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu”. W Katechizmie Kościoła Katolickiego natomiast czytamy, że przykazanie to „zabrania fałszowania prawdy w relacjach z drugim człowiekiem. Ten przepis moralny wypływa z powołania Ludu świętego, by był świadkiem swojego Boga, który jest prawdą i chce prawdy. Wykroczenia przeciw prawdzie – przez słowa lub czyny – wyrażają odmowę zobowiązania się do prawości moralnej; są poważną niewiernością Bogu i w tym sensie podważają podstawy Przymierza” (KKK 2464). Na marginesie należy stwierdzić, że problem z zachowaniem tego przykazaniu ma wielu polskich katolików, dla których antykomunizm stał się ideologią, a werdykty IPN są ważniejsze niż zasady ich własnej religii.
Ale nie tylko o rzucanie fałszywych oskarżeń chodzi. PiS jest takim samym specjalistą w sianiu nienawiści do członków własnego narodu, jak choćby media Michnikowe. Dziel i rządź – głosi stara zasada realpolityki. PiS ją opanował do perfekcji, tym samym depcząc podstawowy polityczny postulat cywilizacji łacińskiej, czyli dbałość o dobro wspólne. A dbałość o dobro wspólne wymaga szacunku dla innych, rozmawiania, wspólnego szukania najlepszych rozwiązań, ciągle mając przed oczami dobro państwa, a nie swoje partyjne interesy. A czy rzeczywiście wśród polityków czy członków innych partii politycznych nie ma prawdziwych patriotów, czy też ludzi, którzy naprawdę mają kompetencje do tego, by służyć własnemu państwu? Retoryka stosowana przez PiS to wyklucza, co świadczy, że partia ta hołduje innej, skrajnie niełacińskiej zasadzie prymatu interesu partyjnego nad interesem państwowym. A partia, jak wskazuje etymologiczne pochodzenie tego słowa, jest od tego, by dzielić, co się w sposób fundamentalny kłóci z zasadą dobra wspólnego.
Retoryka propaństwowa tak chętnie stosowana przez PiS służy w rzeczywistości niełacińskim celom. Państwo ma być silne – czytaj rozbudowane i scentralizowane – bo wtedy będą przyrastały etaty dla partyjnych kolesi. PiS ma sprawować pełną kontrolę nad aparatem państwowym, bo tylko wtedy, nie będzie musiał się dzielić stołkami z innymi. A program 500+? PiS idzie tutaj dokładnie tą samą drogą co Bismarck, który chciał szerokie masy społeczne uzależnić od państwa, a w efekcie uzależnił państwo od partyjnego rozdawnictwa pieniędzy podatników. A wystarczyło wprowadzić odpisy od podatków, na których skorzystałaby przede wszystkim klasa średnia, i które wymagają dużo mniejszych nakładów finansowych i administracyjnych niż program 500+.
Niestety, dezinformacja uprawiana przez propagandzistów PiS jest dodatkowo wzmacniana przez postawy wielu członków hierarchii Kościoła, co w gruncie rzeczy nie dziwi, jeśli się zważy na to, że sam Kościół katolicki w coraz mniejszym stopniu jest łaciński. Niestety, Kościół także ulega różnym współczesnym ideologiom, i w coraz mniejszym stopniu pełni rolę wychowawcy narodu, a jego przedstawiciele to często zwykli biurokraci, którzy walczą o najbardziej lukratywne stołeczki w kurii albo „lepsze” parafie.
Problem polega na tym, że ideał cywilizacji łacińskiej wydaje się być współcześnie trudny do wyobrażenia dla większości Polaków. Czy potrafią oni jeszcze sobie wyobrazić państwo zdecentralizowane, w którym mają realny wpływ na kształtowanie swojego najbliższego otoczenia? I oczywiście związaną z tym odpowiedzialność? Wydaje się, że nie. Polacy żyją ciągle mitem Piłsudskiego, który sam jeden miał zaprowadzić „porządek” w państwie – pogonić prywatę i zapewnić Polsce pozycję mocarstwową. Miejsce Piłsudskiego obecnie zajął PiS. Świadczyć to może o dominacji cywilizacji turańskiej i bizantyńskiej w polskim społeczeństwie. Problem polega na tym, że wyjątkowo często ci sami, którzy podtrzymują mit Piłsudskiego, jednocześnie wychwalają pod niebiosa demokrację szlachecką z jej ideą „złotej wolności”. Szlachta polska robiła wszystko, żeby przeciwdziałać powstaniu silnej władzy centralnej – bądźmy szczerzy, takiego Piłsudskiego przegnałaby w te pędy!
Wydaje się więc, że mamy w Polsce do czynienia z jakimś pęknięciem cywilizacyjnym – być może to jest właśnie największą tragedią współczesnej Polski? Nie jesteśmy konsekwentni: z jednej strony większa cześć Polaków czeka na silnego wodza niczym księcia na białym koniu (cywilizacja turańska), ale czy rzeczywiście jest taka skora to takiego podporządkowania się temuż wodzowi jak Niemcy podporządkowali się Hitlerowi? Z jednej strony marzymy o silnym państwie i praworządności (cywilizacja bizantyńska), ale czy jesteśmy w stanie traktować poważnie obowiązujące prawo? Lubimy niezależność i działanie na własną rękę i na własny rachunek (cywilizacja łacińska), ale czy rzeczywiście chcemy ponosić także pełną odpowiedzialność za skutki tego, co robimy? Na marginesie można wskazać na to, że ciekawą sprawą byłoby zbadanie normotypu cywilizacyjnego osób, które w Polsce „idą do polityki” – na oko wydaje się, że łacinnicy są tam niezwykłą rzadkością, co ostatecznie sprawia, że w polskiej polityce cywilizacji łacińskiej praktycznie nie ma.
Niestety, nie ma w Polsce żadnej znaczącej siły, która byłaby zainteresowana zaprowadzeniem cywilizacji łacińskiej. Jedyną drogą prowadzącą do osiągnięcia tego celu wydaje się być zbudowanie szerokiego ruch społecznego, stworzonego za pomocą metod sterowania pośredniego. Należy tylko znaleźć sposób, by propagować ideały cywilizacji łacińskiej w sposób interesujący i przekonujący, szczególnie dla ludzi młodych.
Żeby osiągnąć ten cel, trzeba przede wszystkim wyrywać Polaków ze szponów fałszywych ideologii poprzez rozbudzanie w nich motywacji poznawczych, tak by w coraz większym stopniu mogli samodzielnie chronić się przed manipulacją ze strony partyjnych cwaniaków, w tym także tych z PiS. 

Magdalena Ziętek-Wielomska
Myśl Polska, nr 27-28 (3-10.07.2016)

9.26.2013

Lipski, PiS i lewica antykomunistyczna

Swoją słynną pracę pt. „Propaganda” Edward Bernays rozpoczyna takimi słowami: „Świadome i celowe manipulowanie sposobem zachowania i nastawieniami mas jest istotną częścią składową społeczeństw demokratycznych. Organizacje, które pracują w ukryciu, kierują procesami społecznymi. To one są właściwym rządem w naszym kraju. Jesteśmy rządzeni przez osoby, których nazwisk jeszcze nigdy nie słyszeliśmy. Wpływają na nasze przekonania, nasz gust, nasze myśli. Jednakże to nie jest żadnym zaskoczeniem, taki stan rzeczy jest tylko logiczną konsekwencją struktur naszej demokracji: kiedy wielu ludzi ma żyć w społeczeństwie możliwie bezkonfliktowo, procesy sterowania tego rodzaju są niezbędne”. Osobą, która miała niebagatelny wpływ na obecny kształt polskiego społeczeństwa („na nasze przekonania, nasz gust, nasze myśli”), a która nie jest znana jego szerszym kręgom, bez wątpienia jest Jan Józef Lipski.
Aby zrozumieć, co się wydarzyło w Polsce na przestrzeni ostatnich 40 lat, należy sięgnąć do pism Lipskiego. Zadanie to ułatwiła Jadwiga Kaczyńska (matka Jarosława i Lecha Kaczyńskich), która przygotowała monografię zawierającą spis publikacji Lipskiego. Chodzi o książkę pt. „Jan Józef Lipski. Monografia bibliograficzna” wydaną w 2001 r. nakładem Wydawnictwa Instytutu Badań Literackich PAN. Na szczególną uwagę zasługuje krótki wstęp do tej pracy, który rzuca trochę światła na kwestię ideologicznego przyporządkowania synów autorki i założonej przez nich partii. Zacytujmy kilka jego fragmentów:
„Jan Józef Lipski był też pisarzem społecznym i politycznym. Ten nurt jego twórczości pojawiał się w druku w szczególnych momentach – gdy cenzura słabła, lub też gdy można było pisać bez cenzury. Lata 1956–1957 to pierwszy okres, w którym odnaleźć można jego publikacje społeczno-polityczne. W 1957–1959 pisze rozprawę o ONR-Falanga. Książka to historyczna, ale ze względu na działalność PAX-u przed, a także po 1956, ciągle aktualna (praca długo pozostawała w maszynopisie, który ostatecznie zaginął). Pojawienie się w drugiej połowie lat 70. prasy i wydawnictw niezależnych zapoczątkowało okres społeczno-politycznego pisarstwa Lipskiego. Ten temat z czasem zdominuje zainteresowania literackie. Krytyka ideologii ONR-owskiej, traktowana jako stale aktualne zagrożenie, walka z antysemityzmem i ksenofobią oraz problem polsko-niemieckich stosunków z dążeniem do pojednania – to najważniejsze tematy, którymi się zajmował.
Jak Józef Lipski całe życie aktywnie służył idei niepodległej i demokratycznej Polski. W czasie okupacji brał udział w życiu konspiracyjnym kraju. Służył w Szarych Szeregach, a następnie jako członek Armii Krajowej był żołnierzem pułku „Baszta”. W Powstaniu Warszawskim ciężko ranny, został odznaczony Krzyżem Walecznych. […] Był też społecznikiem o zacięciu pedagogicznym. Już w czasie okupacji tworzył wśród młodzieży robotniczej Woli kółka samokształceniowe – nazwał je później „przedszkolem działalności społecznej”. Takie akcje podejmował potem wśród młodzieży licealno-studenckiej. W 1955 należał do założycieli Klubu Krzywego Koła. […]
W 1964, zainspirowany reakcją władz na List 34, Janusz Szpotański napisał utwór satyryczny pt. „Cisi i gęgacze” – Lipskiemu przydzielił rolę Prezydenta. Tę nominację uznało cało środowisko opozycyjne. W 1961 Lipski został przyjęty do tajnej loży wolnomularskiej Kopernik; w latach 1962–1981, 1986–1988 był jej przewodniczącym, a w 1988–1990 – sekretarzem. Z powodu ścisłego utajnienia działania loży w niniejszej pracy źródła jej dotyczące odnotowane są w niepełnym zakresie i sprowadzają się właściwie do artykułów i wspomnień opublikowanych pośmiertnie. Od 1965 roku Jan Józef prowadził tajną kasę pomocy dla osób aresztowanych (z przyczyn politycznych) i ich rodzin. […] Nie sposób wyliczyć tu wszystkich akcji, które inicjował, czy współorganizował. Najważniejszą jednak rolę w jego życiu odegrał Komitet Obrony Robotników (KOR). Powstał 23 września 1976, Jan Józef był jego współzałożycielem i bardzo aktywnym członkiem. W swojej książce o historii KOR-u pisał: »Z dumą i całą odpowiedzialnością stwierdzam: byliśmy niezbędni, by „Solidarność” powstała«. Powtórzył to w udzielonym w „Literaturze” wywiadzie: »rozdział KOR-owski jest najważniejszy w historii mego życia, a także obiektywnie w historii Polski«. Po rozwiązaniu KOR-u od września 1980 był aktywnym członkiem NSZZ „Solidarność”. Po zdelegalizowaniu Związku w grudniu 1981, gdy tylko został zwolniony z więzienia, rozwinął szeroką działalność podziemną. Wielokrotnie represjonowany, dwukrotnie aresztowany, potem ciężko chory, nie przerwał działalności. W czerwcu 1989 został wybrany senatorem z województwa radomskiego.
Ostatnią pasją jego życia było reaktywowanie Polskiej Partii Socjalistycznej. Zawsze należał do lewicy i zawsze był antykomunistą. Oburzała go wszelka identyfikacja PPS ze stalinizmem, z totalitaryzmem. W wywiadzie dla „Biuletynu Łódzkiego” mówił o swej wizji PPS: »nie może być kryptokomunistyczna i nie musi być antyklerykalna«. PPS reaktywowano w listopadzie 1987 roku. W październiku 1990 doszło do Kongresu Zjednoczeniowego, który objął także PPS emigracyjną. Lipski został przewodniczącym partii, najpierw w listopadzie 1987 i ponownie w październiku 1990. Stanowisko to piastował do końca życia”.
Z powyższych słów przebija utożsamianie się autorki z profilem światopoglądowym Lipskiego. Jaki wpływ wywarł on natomiast na założycieli partii PiS? Czy także oni, obok Adama Michnika, są jego ideowymi wychowankami? Aby odpowiedzieć na to pytanie należy sięgnąć do pism Lipskiego: zapoznanie się z nimi na pewno ułatwi nam zrozumienie tego, co aktualnie dzieje się na polskiej scenie politycznej. A jak już wspomniałam, monografia Jadwigi Kaczyńskiej ułatwi wykonanie tego zadania (zaletą tej książki jest to, że przy wielu pozycjach autorka umieściła krótkiego streszczenie tekstów Lipskiego).    

11.13.2012

Gdzie dwóch się bije…

Dziwne rzeczy dzieją się w naszym kraju. Najpierw ni stąd, ni zowąd wybuchła afera Amber Gold, w którą uwikłany jest syn Donalda Tuska. Następnie ekshumacja ciał kilku ofiar katastrofy smoleńskiej pokazała, jak nieudolnie rząd prowadził i nadal prowadzi sprawy związane z tym tragicznym wydarzeniem. Oliwy do ognia dolał artykuł Cezerego Gmyza na temat trotylu na wraku Tupolewa, jak również zwolnienie go z pracy za ten właśnie artykuł. Warto też wspomnieć o komentowanym w polskich środowiskach prawicowych tekście opublikowanym w niemieckim czasopiśmie „Westdeutsche Zeitung”, w którym podana została informacja o tym, że we krwi Remigiusza Musia, który według ustaleń organów ścigania popełnił samobójstwo, znaleziono środki znieczulające albo odurzające (Betäubungsmittel). Po zakończeniu Marszu Niepodległości Polskę obiegły zdjęcia "zbiro-policjantów", czyli chuliganów przebranych za policję, albo policjantów przebranych za chuliganów, którzy wywołali zamieszki podczas Marszu. Jakby tego było mało, polska opinia publiczna została poinformowana o kolejnym niemieckim artykule, tym razem opublikowanym w "Die Welt", pod bardzo wymownym tytułem "Czy śmierć Kaczyńskiego była w interesie Rosji?" (http://wpolityce.pl/wydarzenia/40463-wazna-zmiana-tonu-i-watkow-debaty-niemiecki-die-welt-stawia-otwarte-pytanie-o-zamach-a-zatem-sily-w-rosji). 

Jak widać, atmosfera w Polsce jest mocno podgrzewana. Na wybuch jeszcze chyba za wcześnie, ale w Polsce już wre. Kto na tym korzysta? Na pewno nie Polacy. 

Kilka dni temu niemiecki parlament potępił politykę prezydenta Władimira Putina wobec jego własnych obywateli. Jak czytamy w dokumencie, "Niemiecki Bundestag stwierdza ze szczególnym niepokojem, że od czasu ponownego objęcia urzędu przez prezydenta Władimira Putina w Rosji podejmuje się kroki ustawodawcze i jurystyczne, które w całości mają na celu większą kontrolę nad aktywnymi obywatelami, w coraz większym stopniu kryminalizują krytyczne zaangażowanie oraz oznaczają konfrontacyjny kurs wobec krytyków rządu" (za: http://rebelya.pl/post/2874/bundestag-kontra-putin). Co ciekawe, stanowisko to zostało przyjęte na tydzień przed wizytą kanclerz Angeli Merkel w Moskwie i szczytem rosyjsko-niemieckim. Portal Rebelya podaje dalej, że odpowiedzią były słowa ambasadora Rosji w Niemczech Władimira Grinina – tego samego, który był ambasadorem w Warszawie przed, w trakcie i krótko po katastrofie smoleńskiej – a który w rozmowie z tygodnikiem "Der Spiegel” stwierdził, że niczego konstruktywnego w tym tekście nie odkrył. 

Uchwała niemieckiego parlamentu nie jest żadnym zaskoczeniem. Do przewidzenia było, że Niemcom coraz bardziej będzie przeszkadzał fakt, że Putin nie chce przeprowadzić w Rosji reform, których życzy sobie RFN. Chodzi oczywiście o wprowadzanie "standardów europejskich" przy pomocy licznych niemieckich fundacji i innych ekspertów finansowanych przez RFN. Podczas gdy w Polsce jedną z najważniejszych instytucji kształtujących politykę jest Fundacja Adenauera, w Rosji Putin doprowadził do uchwalenia ustawy, która zagraniczne fundacje – zupełnie słusznie – traktuje jako narzędzie obcej agentury. Niemcy postanowili więc przywołać Rosję do porządku i zaczynają robić jej czarny PR. 

Co sprawa tej uchwały ma wspólnego z Polską? Moim zdaniem, istnieje poważne niebezpieczeństwo, że niemieccy realpolitycy po raz kolejny wykorzystają wojnę polsko-polską i naszą rusofobię do swoich własnych celów. Uważam, że między innymi nie zawahają się użyć sprawy katastrofy smoleńskiej do robienia czarnego PR Rosji. Od razu podkreślam, że nie twierdzę, iż maczali oni palce we wszystkich "dziwnych" wydarzeniach, które wymieniłam na początku tego tekstu. Trudno podejrzewać ich o to, że np. pomagali w przebieraniu się policjantów za chuliganów albo chuliganów za policjantów. Wystarczy jednak, że odpowiednio wykorzystują dla siebie sytuacje stworzone bez ich własnego udziału. Nie ulega natomiast wątpliwości, że podsycanie w Polakach rusofobii zawsze było niemiecką specjalnością. Stąd też należy ostrożnie podchodzić do nagłego zainteresowania niemieckich dziennikarzy katastrofą smoleńską i samobójstwem Remigiusza Musia. Prawdopodobnie związane jest ono jest z nowymi wytycznymi niemieckiej polityki. Czy jesteśmy przygotowani do tego, żeby odpowiednio na nią zareagować? Wcale nie. 

Nie jesteśmy przygotowani, bo nie wyciągnęliśmy żadnych wniosków z przeszłości. Przyjrzyjmy się na przykład sprawie powstania styczniowego. Ilu Polaków wie, że to Bismarck podsycał w Polsce antyrosyjskie, a w Rosji antypolskie nastroje? Polityka Wielopolskiego najbardziej przeszkadzała Prusom, dlatego też robiły mu czarny PR (który do dziś jest podtrzymywany). Jak pisał Stanisław Cat-Mackiewicz: "O ile Francuzi popierają Wielopolskiego w jego programie, o tyle Bismarck patrzy na niego z nienawiścią. Jeszcze będąc przedstawicielem Prus w Petersburgu, Bismarck idzie tak daleko, że rozpuszcza idiotyczną plotkę, iż Wielopolski chce otruć Aleksandra II. Bismarck zrobiłby wszystko, co może, aby podsycić opór „czerwonych” i opór Andrzeja Zamoyskiego przeciwko polityce Wielopolskiego" (Stanisław Cat-Mackiewicz, Bismarck i Grottger. Fragment książki "Był bal", http://www.konserwatyzm.pl/artykul/5493/bismarck-i-grottger-fragment-ksiazki-byl-bal). Wybuch powstania styczniowego był Bismarckowi jak najbardziej na rękę. Po rozpoczęciu walk szybko zainicjował podpisanie konwencji Alvenslebena, na mocy której Prusy zobowiązały się do udzielania pomocy wojskom rosyjskim, w razie gdyby powstańcy pojawiali się na granicy rosyjsko-pruskiej lub chcieli przeniknąć na terytorium Poznańskiego. Jak pisał Cat-Mackiewicz: "Cesarz serdecznie przyjął Alvenslebena, wyraził mu radość, że wtedy, kiedy inne kraje europejskie z powodu Polaków napadają na Rosję, jedne jedyne Prusy występują z gestem przyjaznym". Gra Bismarcka była jednakże wyjątkowo wyrachowana. Potrzebował on rosyjskiego długu wdzięczności po to, by Rosja nie stanęła na przeszkodzie do zjednoczenia Niemiec pod pruskimi auspicjami. Cat-Mackiewicz słusznie wskazuje na to, że zadeklarował on pomoc  Rosji, by "pokazać Aleksandrowi II, że jest o wiele lepszy dla Rosji niż obrzydliwa Austria. Trzeba pamiętać, że to rok 1863, a więc czasy, w których mózg Bismarcka wciąż się wysila na temat, jak by to wypędzić Austrię z niemieckiej wspólnoty. Poza tym Bismarck nie tylko chce zwycięstwa rosyjskiego nad powstańcami, ale chce także, aby to zwycięstwo nie przyszło Rosji zbyt łatwo i przede wszystkim, nade wszystko, koniecznie, aby pokłóciło Rosję z innymi państwami w Europie. Powstanie polskie jest dla Bismarcka znakomitą okazją do pokłócenia Rosji ze wszystkimi i do zajęcia przez Prusy roli jedynego wiernego przyjaciela mocarstwa rosyjskiego. Konwencja Alvenslebena to okrzyk Bismarcka: „Rosja skłócona z Europą dla mnie”". Rzeczywiście, po pokonaniu Francji przez Niemcy w 1871 roku Rosja nie sprzeciwiła się zjednoczeniu Niemiec przez Prusy (albo raczej ich podbiciu). A co Bismarck mówił o Polakach? Warto jeszcze raz zacytować Cata-Mackiewicza: "Polacy są rozżarzonym żelazem, ale w razie, gdybyśmy mieli wojnę z Rosją, chwycę za to rozpalone żelazo, aby Rosję porazić". 
 
Stało się dokładnie tak, jak chciał tego Bismarck. Jego polityczny "testament" zrealizował Józef Piłsudski. Po "zjednoczeniu" Niemiec Prusy bardzo zapragnęły "zjednoczyć" całą Europę. Na drodze do realizacji ich celu stała carska Rosja. Należało więc ją zniszczyć. W tym celu państwo niemieckie opłacało wszelkiej maści rewolucjonistów i nacjonalistów, którzy spiskowali przeciwko Rosji. Do tej grupy należeli także Piłsudski i Lenin, którzy podjęli współpracę z niemieckim wywiadem. Efekt tej współpracy jest powszechnie znany: bolszewicy zniszczyli Rosję i ustanowili swoje własne rządy. A młode państwo polskie cudem zostało uratowane przed "czerwoną zarazą". Jednym słowem, polskie rozpalone żelazo skutecznie zostało użyte w tym celu, aby Rosję porazić.

Wbrew temu, co twierdzą Wieczorkiewicz, Zychowicz & spółka, na szczęście nie poszliśmy z Niemcami bić Moskala podczas II Wojny Światowej. Wynikłoby z tego jeszcze większe nieszczęście niż wspólne bicie Moskala podczas I Wojny Światowej, i to nie tylko dla Polski, ale i całego świata. 

Polska rusofobia jednakże jeszcze raz została wykorzystana przez niemieckich strategów. Przy pomocy polskiej opozycji udało im się doprowadzić do rozpadu Związku Radzieckiego, a tym samym do zjednoczenia Niemiec. Na fali entuzjazmu z powodu odzyskania niepodległości Solidarność zapomniała jednak o "drobnym szczególe", czyli o głębokim przywiązaniu ówczesnych niemieckich elit do granic państwa niemieckiego z 1937 roku. Dla polskich antykomunistów głosy mówiące o niemieckim zagrożeniu były bowiem wyłącznie przejawem radzieckiej propagandy. Na szczęście dzięki naciskom ze strony Margaret Thatcher, Niemcy w końcu uznały granicę na Odrze i Nysie. 

A jak wygląda bilans rzekomego odzyskania przez nas niepodległości? Państwo polskie znajduje się w stanie całkowitego rozkładu, podobnie sprawy się mają z polską gospodarką, kulturą i nauką. Staliśmy się rynkiem zbytu dla niemieckich produktów (jak pokazuje wykres opublikowany na stronie Instytutu Niemieckiej Gospodarki w Kolonii, wartość niemieckiego eksportu do Polski w 2011 roku wyniosła 60,6 mld $, rosyjskiego 21,1, holenderskiego 13,3, włoskiego 13,1, chińskiego 10,9, francuskiego 9,5 mld $: http://www.iwkoeln.de/__extendedmedia_resources/95932/index.html). Prasa znajduje się przede wszystkim w rękach niemieckich koncernów, a światopogląd Polaków kształtowany jest przez takie gadzinówki jak Newsweek czy Fakt. I jak już wspomniałam, jednym z ważniejszych graczy na polskiej scenie politycznej jest Fundacja Adenauera. Jak by tego jeszcze było mało, Niemcy coraz częściej pouczają nas o "polskich obozach koncentracyjnych", jak również zaczynają rozliczać za "wypędzenie" Niemców. Jednym słowem, potwierdziło się dokładnie to, przed czym przestrzegali zwolennicy sojuszu Polski ze Związkiem Radzieckim, a co antykomuniści uznali za zwykłą propagandę: za pomocą Unii Europejskiej Polska została już niemalże całkowicie podporządkowana RFN. 

A teraz przyszedł czas na Rosję. Sprawa Smoleńska świetnie nadaje się do tego, by osłabić pozycję tego kraju. Czy znowu pozwolimy, aby Niemcy w swoim pochodzie po coraz większą władzę posłużyły się Polską, jak to zrobiły w 1863, w czasie I Wojny Światowej i w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia? Powiedzmy to dosadnie:  dzięki polskiej rusofobii, której efektem było powstanie styczniowe,  Prusy dostały od Rosji zielone światło dla podbicia przez siebie Niemiec (nazywanego zjednoczeniem Niemiec). To dzięki polskiej rusofobii Piłsudski grał w tej samej lidze co Lenin, przez co Polska przyczyniła się do zniszczenia Rosji przez państwo niemieckie i bolszewików. To Polska w wydatny sposób przyczyniła się do tego, że po Europie przejechał walec nazywany Unią Europejską, za pomocą której RFN "jednoczy" Europę. Czy w końcu wyciągniemy wnioski z tych oczywistych faktów? Czy też znowu ruszymy na Moskala, aby go "cywilizować" i nawracać na wartości europejskie, a przy okazji pomścić Smoleńsk? Aby następnie po zniszczeniu Rosji rozpuścić się w kontrolowanym przez RFN bloku kontynentalnym? 

Nie, nie jestem zwolenniczką rosyjskiego bizantynizmu i turańszczyzny. Moim ideałem jest cywilizacja łacińska. Podkreślam: cywilizacja łacińska, a nie "wartości europejskie". Niestety, zdecydowana większość  tak zwanej polskiej prawicy nie rozumie, na czym polega różnica między tymi dwiema formami cywilizacyjnymi. Co więcej, wielu "polskich patriotów" przekonanych jest o wyższości cywilizacyjnej Polski nad Rosją, nie zauważając przy tym, że w Polsce dosłownie panuje burdel i że w tej sytuacji nie możemy być żadnym wzorem do naśladowania. Może w końcu najwyższy czas, żebyśmy sobie przypomnieli, że jedną z podstawowych zasad prowadzenia polityki w duchu cywilizacji łacińskiej jest po prostu rozwaga? 

P.S. Czyż nie ma racji Krzysztof Zagozda? Pisze: "Dziś jeszcze raz o Gmyzie z Wikipedii. Tym razem ciekawostka, że ten nowy narodowy bohater  "jest wiceprezesem fundacji Medientandem, zajmującej się polsko-niemiecką współpracą dziennikarską". Co prawda informacja to nie do końca ścisła, bo fundacja jest w stanie likwidacji, ale jej ścisła współpraca (finansowanie) z Fundacją Adenauera chluby nie przynosi (…). Gdyby Gmyz szefował fundacji polsko-rosyjskiej, już zostałby odsądzony od czci i wiary przez elektorat Prawa i Sprawiedliwości. A że niemieckiej? Wszak sąsiedzi zza Odry dobrze nam życzą.  Dopiero pół Polski wykupili" (http://zagozda.nowyekran.pl/post/79146,tego-o-gmyzie-nie-wiedzialem-ciag-dalszy).


7.19.2012

Grunt to rzetelność dziennikarska



Niemiecka organizacja „netzwerk recherche e.V." wielokrotnie już wskazywała na obniżenie się poziomu rzetelności pracy niemieckich dziennikarzy. Główny zarzut dotyczy praktyki przepisywania newsów z informacji prasowych redagowanych przez różne zainteresowane ich nagłośnieniem instytucje, przez co praca dziennikarza coraz częściej sprowadza się do powielania piarowskich komunikatów. Powstała w 2001 r. organizacja stara się przypominać dziennikarzom o tym, że ich pierwszym obowiązkiem jest przeprowadzanie rzetelnych poszukiwań dotyczących tematów, o których piszą. Moim zdaniem, to jednak przede wszystkim zanik zdolności odróżniania rzeczywistości od politycznej propagandy przyczynia się do obniżenia się jakości pracy niemieckich dziennikarzy. Teoretycznie, to właśnie dziennikarze powinni demaskować propagandę jako propagandę. Niestety, we współczesnym świecie (to samo dotyczy Polski i innych krajów) dziennikarze sami stali się „przekaźnikami" treści propagandowych.    

Przykładem takiej dziennikarskiej nierzetelności jest opublikowany w FAZ tekst Reinharda Vesera pt. „Polen,Ungarn und Rumänien. Das Bermuda-Viereck" („Polska, Węgry i Rumunia. Kwadrat bermudzki", 11.07.2012 w FAZ). Autor tekstu analizuje najnowsze wydarzenia w Rumunii przez pryzmat rządów braci Kaczyńskich oraz premiera Viktora Orbána.Oto krótkie streszczenie jego tekstu opublikowane przez Deutsche Welle:

„Autor analizy, Reinhard Veser, przypomina porównanie Jarosława Kaczyńskiego sprzed dziesięciu lat. Prezes PiS porównał wtedy sytuację w Polsce do trójkąta bermudzkiego, w którym nie znikają wprawdzie samoloty, ale demokracja i wiele pieniędzy. "FAZ" przypomina w tym kontekście afery korupcyjne za rządów SLD. Autor dziwi się, że tak skorumpowany rząd mógł cieszyć się w Europie tak dobrą opinią. Przypomina, że właśnie afery korupcyjne tamtego okresu przygotowały grunt pod podwójne zwycięstwo PiS - w wyborach prezydenckich i parlamentarnych. "W swoim rewolucyjnym zapale i w walce z rzeczywistymi bądź wyimaginowanymi czerwonymi układami Kaczyńscy sięgali po wątpliwe pod względem standardów państwa prawa środki i każdego, kto nie był z nimi, okrzykiwali wrogiem Polski (...). Aby przeforsować swoją politykę, zawiązali koalicję ze skrajnie prawicową, otwarcie antysemicką partią - to dopełnia tego obrazu" - pisze "FAZ". Autor artykułu zwraca uwagę, że w swoim zachowaniu ani polscy postkomuniści, ani prawica nie są w Europie odosobnieni. Jego zdaniem podobnie jest na Węgrzech. "Tak jak Kaczyńscy kilka lat wcześniej tak i zadeklarowanym celem Orbana jest dokończenie systemowego przełomu 1989 roku i ostateczne złamanie potęgi beneficjentów dyktatury (i ich spadkobierców). Posługuje się przy tym wątpliwymi metodami (...). Niebezpieczeństwo dla demokracji, które grozi Polsce i Węgrom ze strony mile postępowych, socjaldemokratycznie zorientowanych partii-spadkobierców dawnych partii reżimowych jest w międzyczasie niewielkie (...). Przykład Rumunii pokazuje jednak, że wschodnioeuropejski trójkąt bermudzki w ponad dwadzieścia lat po upadku dyktatury może jeszcze wsysać z zadziwiającą siłą. Inaczej niż w Polsce, gdzie zniknęło w nim dużo pieniędzy, tutaj istnieje rzeczywiście niebezpieczeństwo, że znikną w nim demokracja i państwo prawa” - podsumowuje „FAZ”". („Trójkąt bermudzki” - niemiecka gazeta o Polsce za rządów PiS, Orbánie i Rumunii"). 

Artykuł Reinharda Vesera roi się od licznych sprzeczności. Z jednej strony autor przyznaje rację Jarosławowi Kaczyńskiemu w kwestii jego diagnozy sytuacji politycznej w wielu państwach Europy Wschodniej. Z drugiej zaś strony, zdaje się  zupełnie nie rozumieć, co z niej tak naprawdę wynika. 

Stwierdzenie Kaczyńskiego, dotyczące istnienia struktur nazwanych przez niego „kwadratem bermudzkim", Reinhard Veser uważa za „ciekawe odkrycie". „Kwadrat bermudzki" to system kształtowany przez cztery współrzędne: służby specjalne, zorganizowaną przestępczość, zasiadających na kierowniczych stanowiskach „nawróconych" komunistów oraz wywodzących się z byłej nomenklatury przedsiębiorców. 

Reinhard Veser wskazuje na to, że jaskrawym przykładem takiego „kwadrata bermudzkiego" były rządy SLD. Natomiast jednym z głównych haseł wyborczych PiS było „osuszenie tego bagna". Cel wydawałoby się słuszny, ale Reinhard Veser widzi to trochę inaczej. Stwierdza on, że: „W swoim rewolucyjnym zapale i w walce z rzeczywistymi bądź wyimaginowanymi czerwonymi układami Kaczyńscy sięgali po wątpliwe pod względem standardów państwa prawa środki i każdego, kto nie był z nimi, okrzykiwali wrogiem Polski". W czym leży problem? Przede wszystkim autor zdaje się nie dostrzegać, że to właśnie uczestnicy „kwadratu bermudzkiego" używali retoryki „urojonych czerwonych układów", aby w ten sposób odwrócić od siebie cień podejrzenia. W końcu system za wszelką cenę starał się utrzymać się przy życiu i konsekwentnie dezawuował działania podejmowane przez PiS. Każdy, kto chce w rzetelny sposób ocenić rządy PiS, musi wziąć to pod uwagę. Autor ma rację w kwestii negatywnej oceny rewolucyjnego impetu partii Kaczyńskiego, ale w gruncie rzeczy nie podaje uzasadnienia dla swojej krytyki. W tekście Vesera nie znajdziemy bowiem żadnej pogłębionej analizy, jak właściwie PiS (albo jakakolwiek inna partia) powinien był walczyć z patologicznymi strukturami władzy (tym bardziej że autor sam przyznaje, iż państwo polskie pod rządami SLD dotknięte było właśnie tymi patologiami...)

Co więcej, Veser  twierdzi, że w Polsce problem „kwadratu bermudzkiego" należy już do przeszłości. Samemu autorowi należy więc zadać pytanie, cóż takiego w międzyczasie się wydarzyło, że „kwadrat bermudzki" ulotnił się jak kamfora? Reinhard Veser nie udziela jasnej odpowiedzi. Z jego rozważań można by wywnioskować, że system sam się zdemontował... Takie postawienie sprawy idealnie wpisuje się w kreowany przez wielu niemieckich dziennikarzy obraz Polski pod rządami PO. Objęcie władzy przez tę partię postrzegają oni jako jakiś magiczny moment, w którym sytuacja w Polsce, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zmieniła się o 180 stopni. Niestety, Reinhard Veser nie zadał sobie trudu i nie zbadał dokładnie aktualnej sytuacji naszego kraju, więc prawdopodobnie niewiele wie na temat np. licznych dziwnych zgonów i samobójstw na polskiej scenie politycznej (których liczba przekracza statystyki z czasów rządów PiS). Ostatnie z serii samobójstw, czyli śmierć generała Sławomira Petelickiego, w szczególny sposób mogłoby świadczyć o tym, że polski „kwadrat bermudzki" nadal świetnie się trzyma. Jednym słowem, autor bezkrytycznie powiela propagandę, która stylizuje PO na partię nieskazitelną, właściwie pod każdym względem. Co, moim zdaniem, jako żywo przypomina sytuację, kiedy Gerhard Schröder nazywał Putina ... nieskazitelnym demokratą".

W swoim tekście Reinhard Veser wyraził zdziwienie, że tak skorumpowany rząd jak SLD mógł cieszyć się w Europie tak dobrą opinią. I dokładnie tutaj leży pies pogrzebany. Moim zdaniem, autor powinien odpowiedzieć sobie na pytanie, jak to się mogło stać, że niemieccy dziennikarze wykazali się wtedy ogromną naiwnością?  Drugie pytanie brzmi następująco: na podstawie czego Reinhard Veser wnioskuje, że w przypadku analizy postępowania PiS oraz PO niemieccy dziennikarze charakteryzują się znacznie większą przenikliwością i celnością sądów? W końcu nie można wykluczyć, że polski „kwadrat  bermudzki" do perfekcji opanował sztukę manipulowania naiwną opinią publiczną i w przypadku aktualnych rządów PO mamy do czynienia dokładnie z tą samą sytuacją. 

Dopóki dziennikarze (niemieccy i inni) nie zrozumieją mechanizmów funkcjonowania polityki w Europie Wschodniej, będą narażeni na popełnianie tak fatalnych pomyłek, jak to było w przypadku SLD. Opinia publiczna nadal będzie raczona tekstami w stylu przemyśleń Reinharda Vesera. A on niestety nie odróżnia rzeczywistości od własnego myślenia życzeniowego...