"Liga
Narodowo Demokratyczna, której byłem współzałożycielem i autorem jej programu,
miała swój udział we wspomnianym procesie, jednak nie to - według mojej oceny -
było jej głównym osiągnięciem. Podstawowym osiągnięciem LND było
zorganizowanie od 1958 roku i wytrwałe prowadzenie przez wiele lat,
czegoś co można nazwać tajnym uniwersytetem uzupełniającym, który zajmował się
uprawianiem tych dziedzin nauki, których albo w ogóle nie było na uczelniach
w PRL (w III RP również), albo co najwyżej podawano je w śladowych
lub bardzo anachronicznych formach. Prowadziliśmy też własne badania naukowe -
najpierw w sposób tajny, a potem staraliśmy się z ich wynikami - o
tyle o ile było to możliwe - wchodzić do jawnego oficjalnego obiegu, co
udawało się dopiero w okresie gierkowskiej dekady."
9.15.2014
6.26.2014
Odpowiedź na polemikę Piotra Muskały
"Podstawowy
problem, który zasygnalizowałam w moim tekście dotyczy tego, że
cywilizacja łacińska w zderzeniu z niższymi formami cywilizacyjnymi ma
ograniczone możliwości samoobrony. Motywacje etyczne sprowadzają się do
moralnej zdolności stawiania sobie ograniczeń w imię zasad, których
łamanie nie jest zagrożone żadnymi sankcjami energetycznymi. Takie
zasady krępują, gdyż kierujący się nimi nie może osiągać stawianych
sobie celów w dowolny sposób. Jak już wspomniałam, normy etyczne
określają sposób osiągania celów, a więc ograniczają paletę środków,
którymi można się posłużyć w konkretnej sytuacji. Można tutaj podać
przykład średniowiecznego rycerza, który kierując się zasadami honorowej
walki był słabszy w stosunku do bandyty, który nie kierował się żadnymi
zasadami i mógł pokonać rycerza podstępnie wbijając mu nóż w plecy".
6.11.2014
Normy etyczne a polska racja stanu
"Silne zaangażowanie Polski w sprawę „uzachodnienia” Ukrainy,
jak również polityczne przepychanki wokół pogrzebu generała Jaruzelskiego dość
wyraźnie pokazały charakterystyczny rys polskiej tradycji politycznej. Jest nim
przywiązanie do ideału prymatu etyki nad prawem. Poparcie, jakiego udzieliła
Polska Ukrainie wynikało właśnie z przyjętego założenia, że państwo powinno
kierować się zasadami etycznymi, a władza, która takiego kryterium nie spełnia,
powinna zostać obalona. Ta sama argumentacja leżała u podłoża przekonań
wszystkich tych, którzy sprzeciwili się przeprowadzeniu oficjalnych
uroczystości pogrzebowych generała Jaruzelskiego. Ich bowiem zdaniem, polityk,
który zachowywał się nieetycznie, nie zasłużył na to, by mógł zostać pochowany
z państwowymi honorami.
Idea prymatu etyki nad prawem jest charakterystyczna dla
cywilizacji łacińskiej w rozumieniu F. Konecznego. Jest też ideałem, który jest
bliski autorce tego tekstu. Należy jednak zwrócić uwagę na możliwości
wypaczenia tej idei, jak również inne problemy, które są związane ze
stosowaniem tej zasady w praktyce."
http://konserwatyzm.pl/artykul/12227/normy-etyczne-a-polska-racja-stanu
http://www.myslkonserwatywna.pl/magdalena-zietek/normy-etyczne-a-polska-racja-stanu/
http://konserwatyzm.pl/artykul/12227/normy-etyczne-a-polska-racja-stanu
http://www.myslkonserwatywna.pl/magdalena-zietek/normy-etyczne-a-polska-racja-stanu/
4.25.2014
Między emancypacją a technokratyzmem: prawo w służbie budowy Nowej Atlantydy?
[…] Fenomen społeczeństwa masowego,
z charakterystyczną dla siebie standaryzacją i homogenizacją, wydaje się
stać w sprzeczności do idei rewolucji podmiotów, która dąży do radykalnej
emancypacji tego, co subiektywne. „Scentralizowana władza administracyjna
trudna jest na ogół do pogodzenia z dążeniami do autonomii i samorządności
funkcjonalnie i kulturowo zróżnicowanego społeczeństwa”[i].
Mamy więc tutaj do czynienia z pewną systemową ambiwalencją,
która sprawia, że prawo tkwi w pewnym „szpagacie” między jednostkową autonomią
a technokratyzmem. W epoce, w której wzajemna zależność ludzi od siebie jest
coraz większa, kiedy „[s]kutki decyzji podejmowanych w jednych regionach czy
sferach aktywności ludzkiej coraz bardziej zależą od programów realizowanych w
innych regionach czy branżach”[ii],
państwo musiało jednak znaleźć sposób na skuteczne zarządzanie masami ludzkimi.
Wyrazem tego jest przejście od systemów represyjnych, polegających na
sterowaniu społeczeństwem poprzez zakazy i sankcje, do systemów promocyjnych, w
których główną rolę odgrywają nakazy i gratyfikacje[iii].
W systemach tych podstawową rolę odgrywa regulacja poprzez bodźce: „W tym
przypadku normodawca po to, by osiągnąć określone cele gospodarcze lub
finansowe odwołuje się nie do nakazów i zakazów konkretnego postępowania, ale
do różnego rodzaju bodźców finansowych, takich jak subwencje, subsydia, ulgi,
koncesje, zwolnienia, zamówienia rządowe czy dotacje. […] Jeszcze bardziej
subtelna i zdobywającą sobie coraz większą popularność formą regulacji poprzez
bodźce jest sterowanie perswazyjne (Überzeugungsprogramme). W tym
przypadku prawo, by osiągnąć określony cel, odwołuje się do perswazji,
inicjując programy edukacyjne, kampanie reklamowe czy propagandowe (alkohol,
nikotyna, zdrowie, ochrona środowiska), zamiast bezpośrednio zakazywać lub
nakazywać określone działania”[iv].
4.02.2014
Żołnierze Wyklęci – tragicznej historii ciąg dalszy
Wielu bacznych obserwatorów życia
politycznego III RP na pewno zadaje sobie pytanie o to, dlaczego – wbrew
konsekwentnie prowadzonej przez władze naszego państwa antypatriotycznej polityce – zostało
ustanowione święto państwowe na cześć tzw. Żołnierzy Wyklętych. Co
więcej, jest to promocja swoistego ich kultu. Na pierwszy rzut oka
można by przypuszczać, że chodzi o to, by dać Polakom jakąś nieszkodliwą
namiastkę patriotyzmu. Jednakże po głębszym zastanowieniu się trudno nie
dostrzec, iż taka forma patriotyzmu jest propagowana właśnie dlatego, że ma ona
na trwałe szkodzić Polsce. Mamy tutaj
bowiem do czynienia z celowymi działaniami wychowawczymi (w rozumieniu
socjocybernetyki), które mają u Polaków wytworzyć postawy, które są szkodliwe z
punktu widzenia interesów narodu polskiego. Po pierwsze, działania te mają
służyć „podtrzymaniu przy życiu” stereotypu męczennika, który jest dominującym
stereotypem patriotyzmu w społeczeństwie polskim. Związany jest z nim kult
tych, którzy w imię racji moralnych przegrali walkę polityczną. Po drugie,
działania te mają wzmocnić panującą w Polsce ideologię antykomunizmu. Po
trzecie, kult ten ma także na celu podtrzymanie w społeczeństwie polskim
rusofobii.
3.24.2014
Bogumił Grott: „Dylematy polskiego nacjonalizmu. Powrót do tradycji czy przebudowa narodowego ducha”
Cybernetyka
społeczna posługuje się rozróżnieniem na stereotypy i pojęcia, które
definiuje w następujący sposób. Stereotyp to wspólne dla określonej
grupy społecznej skojarzenia uproszczonej normy poznawczej z decyzyjną
(tzn. gotowością do działania lub działaniem), wywołane bodźcem w
postaci słowa-nazwy. Natomiast pojęcia to skojarzenia (normy) czysto
poznawcze wywołane bodźcem w postaci słowa-nazwy. To samo słowo-nazwa
może raz występować w roli stereotypu, a raz w roli pojęcia — w
zależności jakie skojarzenia wywołuje (J. Kossecki, Elementy nowoczesnej
wiedzy o sterowaniu ludźmi, s. 200). Niewątpliwie słowem-nazwą, które
występuje w obu tych funkcjach, jest „nacjonalizm”. Niestety, obie
funkcje często nie są rozróżniane, co skutkuje wprowadzeniem do wielu
prac naukowych, które zajmują się zagadnieniem nacjonalizmu, elementów
ideologicznych. W tendencję tę natomiast w żadnym stopniu nie wpisuje
się najnowsza książka profesora Bogumiła Grotta pt. „Dylematy polskiego
nacjonalizmu. Powrót do tradycji czy przebudowa narodowego ducha”.
Zalet
ukazania się tej pracy jest wiele. Na płaszczyźnie naukowej opracowanie
prof. Grotta stanowi systematyczne przedstawienie poglądów polskich
nacjonalistów z okresu od 1926 do 1949 r., a przez to pełni rolę porządkującą
materię, która obrosła wielu ideologicznymi mitami. Na płaszczyźnie
walki światopoglądowej wyniki analizy przeprowadzonej przez autora mogą
być używane w celu rozbrajania stereotypu nacjonalizmu, który jest
jednym z najważniejszych stereotypów funkcjonujących w obecnej
przestrzeni publicznej. Jest jeszcze jeden równie ważny aspekt tej pracy
— nie ma ona charakteru wyłącznie opisowego, gdyż autor przedstawiając
poglądy polskich nacjonalistów stawia pytania o ich ocenę, a tym samym
aktualność — praca stanowi więc zaproszenie do dyskusji na temat
możliwego kształtu także współczesnej formacji narodowej.
Jak
już zostało wspomniane, książka koncentruje się na polskim
nacjonalizmie z okresu od 1926 do 1949 r., a więc od czasu utworzenia
Obozu Wielkiej Polski aż do śmierci jednego z jego najważniejszych
przedstawicieli, Adama Doboszyńskiego. Przedstawienie poglądów polskich
nacjonalistów poprzedzone jest omówieniem najważniejszych nacjonalizmów
europejskich, a więc przede wszystkim niemieckiego rasizmu, ukraińskiego
darwinizmu społecznego, włoskiego faszyzmu, Akcji Francuskiej, karlizmu
i salaryzmu. Przedstawienie kontekstu europejskiego służyło
zobrazowaniu przyjętego przez autora założenia, iż nie należy mówić o
jednym nacjonalizmie, gdyż różnice pomiędzy nacjonalizmami
wykształconymi w różnych państwach są tak znaczne, że nie można stawiać
między nimi znaku równości. Ponadto autor chciał wyraźnie zaznaczyć, że
pojęcia nacjonalizmu nie należy utożsamiać wyłącznie z rasizmem i
szowinizmem, gdyż taka definicja jest trafna w przypadku np.
nacjonalizmu niemieckiego, ale zupełnie nieadekwatna w przypadku np.
nacjonalizmu polskiego. Autor krytykuje więc manierę wielu naukowców,
którzy nie znając specyfiki Europy Środkowo-Wschodniej posługują się
zachodnimi schematami interpretacyjnymi, zawężającymi pojęcie
nacjonalizmu do ideologii radykalnej i rasistowskiej. Należy także
wspomnieć o tym, iż autor obszerniej przedstawił nacjonalizm niemiecki,
gdyż jego rozwój był największym źródłem zagrożenia dla narodu
polskiego, a to siłą rzeczy zmuszało przedstawicieli polskich elit do
postawienia pytania o skuteczne zabezpieczenie interesów polskiego
narodu, co znowu wpływało na kształt polskiego nacjonalizmu.
W
części wprowadzającej autor wskazuje na kilka podstawowych różnic
leżących u podstaw poszczególnych prądów nacjonalistycznych. Prof. Grott
wskazuje między innymi na to, iż nacjonalizm rasistowski zastąpił
dualizm dobra i zła dualizmem siły i słabości. Takiego stanowiska
natomiast nie znajdziemy w tych prądach nacjonalizmu, które odwołują się
do etyki katolickiej. Autor wskazuje także na rozróżnienie między tymi
prądami nacjonalizmu, które dążyły do stworzenia nowego człowieka i
nowej kultury, co było charakterystyczne np. dla faszyzmu, a
nacjonalizmami tradycjonalistycznymi, które sprzeciwiały się planom
takiej totalnej przebudowy społeczeństwa. Co jest wspólne wszystkim
prądom nacjonalistycznymi, to antyliberalizm, czyli krytyka poglądu
traktującego społeczeństwo jako sumę wolnych atomów, które względem
własnej wspólnoty politycznej posiadają coraz więcej praw, a coraz mniej
obowiązków. Jednakże uzasadnienie takiej krytyki, jak również postulaty
z niej wynikające, są w poszczególnych prądach nacjonalizmu zupełnie
odmienne, stąd zdaniem autora, nie mogą być wrzucane do jednego worka
np. z narodowym socjalizmem.
Przedstawiając
polski nacjonalizm autor przyjął podział na nacjonalizm
tradycjonalistyczny i modernizacyjny, w którym to wyraża się zawarty w
tytule książki dylemat polskiego nacjonalizmu. W omawianym przez autora
okresie pierwszy nurt, czyli endecja, rozwijany był w ścisłym związku z
religią katolicką i znajdował się pod dużym wpływem tradycjonalistycznej
krytyki nowożytnego świata. Drugi nurt to antykatolicka i
pro-modernizacyjna Zadruga. Jak stwierdza autor: „Dorobek obydwu nurtów
ideologicznych jest […] doskonałym dowodem na to, iż nacjonalizmy mogą
być diametralnie różne od siebie i bazować na zupełnie innych
wartościach, o czym bardzo często się nie mówi”. Ze względu na jej
dominujący wpływ, omówieniu dorobku endecji poświęcona jest większa
część książki. Swoją analizę autor rozpoczyna od przedstawienia głównych
zrębów światopoglądu narodowej demokracji z okresu ukształtowania się
Obozu Wielkiej Polski. Następnie przechodzi do omówienia obydwu nurtów
Obozu Narodowo-Radykalnego, które odłączyły się od Stronnictwa
Narodowego. Autor omawia także koncepcje wypracowywane przez
przedstawicieli wszystkich tych środowisk w czasie II wojny światowej. W
książce nie zabrakło także skrótowego przedstawienia poglądów polskich
faszystów, których zasięg oddziaływania był jednakże marginalny.
Autor
poświęca sporo uwagi definicjom narodu wypracowanym przez
przedstawicieli endecji. Wskazuje na nieobecność wśród nich definicji
odwołujących się do kryterium rasowej przynależności. Większość z nich
natomiast traktuje naród jako „duchową jedność przeszłych, obecnych i
przyszłych pokoleń, spojonych wspólną historią, najczęściej wspólnym
językiem i kulturą oraz świadomością wielkiej wagi tak rozumianego dla
nich wspólnego mianownika”. Koncepcję państwa narodowego endecy
przeciwstawiali koncepcji państwa liberalnego, którego członkowie
troszczą się wyłącznie o swoje aktualne interesy, natomiast nie czują
się odpowiedzialni za „sprawy dziejowe narodu”. W przypadku państwa
narodowego przedmiot troski nie pokrywa się więc z sumą obywateli i ich
aktualnych problemów, jak to ma miejsce w państwie demoliberalnym. Autor
podkreśla, że tak pojmowana koncepcja narodu nie kłóci się z koncepcją
uniwersalizmu, uniwersalizm ten jest jednak inaczej pojmowany, niż w
przypadku liberalizmu. Jak pisze jedna z przywoływanych przez prof.
Grotta publicystka zajmująca się problematyką narodu: „Kultura narodowa
[…] posiadając własne znamienne cechy, spoczywać jednak może na podłożu
kultury szerszej; tak np. kultury odrębne narodów europejskich wyrastają
na podłożu katolickim i grecko–rzymskim”. Jednej, wspólnej definicji
narodu środowisko endeckie nie wypracowało; niektórzy publicyści
bardziej podkreślali obiektywny fakt przynależności do określonej
kultury, inni natomiast subiektywny moment wyboru takiej przynależności.
Najczęściej naród pojmowany był jako poszerzona rodzina, związek
wyrosły na bazie tradycji historycznej i kultury, a nie traktowany jako
wspólnota pochodzenia biologicznego. Jak podkreśla prof. Grott, żadna z
endeckich koncepcji narodu nie zawierała planów przebudowy polskiego
charakteru narodowego czy wychowania „nowego człowieka”: „Tradycjonalizm
tej formacji ideowo–politycznej nakazywał raczej czerpać z przeszłości i
wystrzegać się wszelkich rewolucyjnych zmian. Strzegł on też przed
szowinizmem.”
Jednym
z naczelnych haseł wśród kręgów obozu narodowego stał się postulat
walki z „wiekiem XIX”, który postrzegany był jako ucieleśnienie formacji
ideologicznej, której wyrazem był liberalizm, a także socjalizm.
Krytyka ta odbywała się jednakże — w przeciwieństwie do faszyzmu czy też
rasizmu — z punktu widzenia światopoglądu personalistycznego. Jak
wskazuje prof. Grott, z czasem podstawą doktryny narodowej demokracji
stała się filozofia św. Tomasza z Akwinu, a punktem odniesienia
chrześcijańskie średniowiecze. Nacjonalizm tradycjonalistyczny
najpełniej został rozwinięty w pismach Doboszyńskiego, którego ideałem
był średniowieczny porządek społeczny, wraz z korporacjonizmem,
zdecentralizowanym państwem i zdekoncentrowaną gospodarką.
Tradycjonalizm Doboszyńskiego wyrażał się miedzy innymi w krytycznym
podejściu do procesów industrializacji, których skutkiem była
proletaryzacja społeczeństwa i narastanie w nim postaw
materialistycznych. Doboszyński, podobnie jak większość endeków,
krytykował zdominowanie polskiej gospodarki przez międzynarodowy
kapitał. Odwołując się do katolickiej nauki społecznej endecy
podkreślali społeczną rolę własności, w tym przede wszystkim rodzinnej.
Ich ideałem były małe warsztaty rzemieślnicze, które miały zastąpić
wielkie fabryki, a tym samym zatrzymać procesy wspomnianej
proletaryzacji społeczeństwa. Wpływ na kształtowanie się
tradycjonalistycznego światopoglądu endecji miały także pisma
Bierdiajewa, a szczególnie jego krytyka techniki i postulaty powrotu do
„form prostszych”. Personalizm był podstawą zarówno światopoglądu SN,
ONR-ABC i ONR-Falangi, jednakże w przypadku tego ostatniego ugrupowania
był on osłabiony przez program podkreślający rolę silnego państwa.
Prof.
Grott szczegółowo omawia propozycje ustrojowe wysuwane przez
poszczególnych przedstawicieli katolickiego nacjonalizmu, a także omawia
ich stosunek do kwestii mniejszości narodowych. Nie wchodząc głębiej w
te zagadnienia stwierdzić można, że dominowały w nich propozycje
asymilacji przedstawicieli niektórych mniejszości narodowych oraz
wydalenia ludności żydowskiej.
W
dalszej części opracowania autor przedstawia poglądy poszczególnych
ugrupowań ukształtowane pod wpływem okupacji, pokazując, że nie zaszły w
nich większe zmiany światopoglądowe, natomiast można mówić o
przesunięciu pewnych akcentów. Prof. Grott zatrzymuje się nad toczoną
wśród endeków dyskusją na temat przyczyn klęski Polski w 1939 r., a
także na planach urządzenia państwa polskiego i Europy po zakończeniu
wojny. Przykładowo autor przytacza popularny w tym środowisku pogląd, iż
jedną z przyczyn klęski Polski była długość polsko-niemieckiej granicy,
stąd postulowano skrócenie jej po wojnie z 1900 do 369 km. Skrócenie
takie miałoby się dokonać poprzez ustanowienie jej na Odrze. Autor
przedstawia także opracowane przez kilku przedstawicieli endecji idee
reslawizacji Niemiec Wschodnich, jak również konkretne inicjatywy
podjęte w celu wspierania politycznej niezależności Serbołużyczan. Żywo
dyskutowanym zagadnieniem była kwestia nowej konsolidacji Europy
Środkowo-Wschodniej, dzięki której po wojnie miano definitywnie
uniemożliwić realizację niemieckiej koncepcji mitteleuropy, a także
odeprzeć zagrożenie ze strony Rosji. W takiej konsolidacji Polsce
miałaby przypadać rola przywódcza — jak wskazuje prof. Grott, koncepcje
te nabierały coraz większego rozmachu, by w końcu przybrać postać
koncepcji Polski Trzech Mórz oraz Imperium Narodu Polskiego.
Autor
polemizuje dalej z tezą, iż rzekomo w czasie wojny endecja ulegała
„faszyzacji”. Jego zdaniem endecja nadal utrzymywała się na pozycjach
tradycjonalistycznych, popierając m.in. ideę politycznej
decentralizacji. Jej myśl gospodarcza nadal nacechowana była silnym
antykapitalizmem i antyindustrializmem, które w przeciwieństwie do
światopoglądu lewicowego, wyrastały z katolickiego korporacjonizmu. Z
tym ostatnim powiązane były poglądy historiozoficzne reprezentowane w
tym środowisku, czyli wiara „w bliskość zwycięstwa »spirytualizmu« nad
»materializmem«”. Jak pisze autor referując podzielaną przez wielu
endeków interpretację współczesnych im wydarzeń: „wojnę prowadzą jedynie
siły materialistyczno–naturalistyczne: hitleryzm, bolszewizm i
kapitalizm. Gdy siły te, w wyniku przerażających ogromem i ofiarami
zmagań, zostaną stłamszone, do głosu dojdą już czynniki nowe —
dojrzewające i wzrastające w siły, prądy idealistyczne. Ich powstanie i
przyszłe zwycięstwo odczuwano już przed obecną wojną, pisząc o »nowym
średniowieczu«”. I dalej „Drugą wojnę światową publicyści endeccy często
traktowali jako wojnę o charakterze sakralnym, a nie jedno ze starć o
nowe granice czy strefy wpływów albo źródła surowców. Wojna ta miała być
według takich poglądów haraczem płaconym przez Europę za odejście od
ideałów katolickich. Starano się też interpretować jej głębszy sens jako
walki dwóch światów: chrześcijańskiego i pogańskiego. Miała być
ostatnim zrywem świata materialistycznego oraz początkiem nowego ładu —
powrotu do średniowiecza i dominacji zasad chrześcijańskich w życiu
społeczeństw oraz odrodzenia religijnego”. Przyjmując taki punkt
widzenia zwolennicy tego poglądu uzasadniali polskie męczeństwo potrzebą
realizacji misji dziejowej Polski.
Prof.
Grott zajmuje się także kwestią stosunku polskich nacjonalistów
katolickich do sprawy eksterminacji Żydów przez Niemców. Autor
przypomina, iż żaden oficjalny nurt w kulturze i ideologii polskiej nie
zawierał postulatów eksterminacji Żydów, gdyż takie „rozwiązanie po
prostu nie mieściło się w jej ramach. Natomiast Niemcy wytworzyli cały
szereg idei, będących wykwitem ich kultury, które prowadziły właśnie do
takich »rozwiązań«, jakie znamy z przeszłości, a przynajmniej je
ułatwiały. […] Generalizując możemy powiedzieć śmiało, iż oficjalna
kultura polska, reprezentowana przez warstwy przewodnie, była kulturą
humanistyczną, niezależnie od słów krytyki, które można by i pod jej
adresem skierować. Natomiast oficjalna kultura niemiecka zawierała wiele
pierwiastków prowadzących na zupełne manowce. […] Warto pamiętać, że w
latach trzydziestych ubiegłego wieku mawiało się nawet o »wychodzeniu
Niemiec z Europy«”. Prof. Grott podkreśla, że wielu przedstawicieli
środowisk narodowych udzielało w czasie wojny pomocy Żydom. Jednakże
neguje dość często pojawiające się twierdzenie, iż było to wynikiem
zmiany ich światopoglądu, która rzekomo miała się dokonać pod wpływem
tamtych dramatycznych wydarzeń. Zdaniem prof. Grotta taka postawa
przyjęta w stosunku do konkretnych osób wynikała z zasad etyki
katolickiej; natomiast na płaszczyźnie ideologiczno-politycznej ich
krytyczny stosunek do możliwości integracji społeczności żydowskiej ze
strukturami polskiego państwa narodowego pozostał niezmieniony.
Przechodząc
do podsumowania tej zasadniczej części pracy należy stwierdzić, że
autor utożsamia się z personalizmem, leżącym u podstaw światopoglądu
narodowej endecji. Krytycznie odnosi się jednak do jego
tradycjonalistycznego oblicza: „Nad myślą gospodarczą całego obozu
narodowego ciążył dogmat, który można nazwać antyproletaryzmem i
wchodził on, rzec by można, w ostry konflikt z potrzebą budowy
autentycznie silnej i wielkiej Polski, co ściśle łączyło się z jej
industrializacją i tym samym liczebnym rozwojem klasy robotniczej.”
Prof. Grott zwraca uwagę na to, że przede wszystkim w obliczu
katastrofalnego dla Polski przebiegu obydwu okupacji, endecja powinna
była dokonać pewnych przewartościowań w obrębie własnego światopoglądu,
co jednak nie miało miejsca. Dlatego też stwierdza krytycznie:
„Dekoncentracja przemysłu, korporacjonizm, uwłaszczenie, to były środki,
przy pomocy których Doboszyński starał się zapewnić realizację w życiu
praktycznym zasad światopoglądu wyznawanego przez siebie. Mamy tu więc
do czynienia z prymatem światopoglądu nad wymogami bezpieczeństwa
narodowego, które ze względu na bardzo trudną sytuację geopolityczną
Polski wymagało przyśpieszonego rozwoju, a przede wszystkim rozbudowy
industrialnej.”
Przechodząc
do omówienia dorobku Zadrugi autor wskazuje na komplementarność
modernistycznego i tradycjonalistycznego nurtu polskiego nacjonalizmu,
która polegała na odwrotności i wzajemnym wykluczaniu się obydwu tych
nurtów. Podczas gdy endecy postulowali utworzenie Katolickiego Państwa
Narodu Polskiego, i Polsce — ze względu na powiązaną z polskością
katolickość — przypisywali misję dziejową przeprowadzenia innych narodów
do „nowego średniowiecza”, Zadruga właśnie w katolicyzmie upatrywała
głównej przyczyny polskiego zacofania. Ruch zadrużny stanowił więc
reakcję neopogańską na hasła głoszone przez polskich nacjonalistów
katolickich.
Twórca
Zadrugi —Stachniuk — przejął od Maxa Webera tezę o protestantyzmie jako
źródle duchu kapitalizmu, a tym samym czynniku postępowym. Stąd
wywodził się jego pogląd o katolicyzmie, jako religii odpowiedzialnej za
cywilizacyjne zacofanie społeczeństwa polskiego. Jego krytyka kierowana
pod adresem katolicyzmu była krytyką totalną — postulowana przez niego
przebudowa ducha polskiego miała nastąpić poprzez zupełne zniszczenie
katolicyzmu. Dzięki temu, społeczeństwo polskie miało wreszcie zostać
wprzęgnięte w proces modernizacyjny. Prof. Grott wskazuje na
podobieństwa między poglądami Stachniuka i Brzozowskiego: „Jak wiemy, z
obydwiema tymi postaciami kojarzy się pojęcie nacjonalizmu. […] Tak u
Brzozowskiego, jak i u Stachniuka, mimo różnicy epok, w których
działali, dominowało przeświadczenie, że naród polski jest zagrożony w
swoim bycie. Zagrożenie to dotyczyło naporu ze strony innych narodów czy
państw. Obydwaj mieli też mocne poczucie, że powodzenie w zmaganiach z
innym narodem jest ściśle uzależnione od powodzenia w walce z przyrodą,
które równa się niemal całkowicie pomyślności gospodarczej, a w
konsekwencji co najmniej równorzędności technicznej i militarnej w
stosunku do nieprzyjaciół. Taka współzależność powinna więc wyznaczać
zasób wartości, którymi miałby się kierować naród, aby realizować swoje
cele, tj. utrzymać się na powierzchni życia.” Stąd też obydwaj szukali
sposobu na podniesienie poziomu gospodarczego narodu polskiego, a w
swoich próbach przeciwdziałania jego niedorozwojowi byli wrogami
tradycji.
Prof.
Grott w swojej pracy dobitnie pokazuje dylemat, przed którym stał i
ciągle stoi polski nacjonalizm. Z jednej strony nacjonalizm katolicki
przypisywał Polsce dziejową misję prowadzenia walki z materializmem,
niszczącym duchową tkankę Europy. Katolickie Państwo Narodu Polskiego
miało być ponadto liderem w naszym regionie Europy, a więc ośrodkiem
przyciągającym narody ościenne. Z drugiej jednak strony ten nurt
polskiego nacjonalizmu ignorował procesy zachodzące w państwach
ościennych, które właśnie na skutek industrializacji dysponowały
materialną przewagą, umożliwiającą im — jak pokazała historia —
unicestwienie państwa polskiego, a tym samym definitywnie
uniemożliwienie mu realizacji jego rzekomego posłannictwa (nie
wspominając o roli leadera regionu). Na potrzebę modernizacji Polski
wskazywał natomiast neopogański nurt polskiego nacjonalizmu. Jak to już
zostało wspomniane, autor utożsamia się ze światopoglądem
personalistycznym, zadaje sobie jednak pytanie o możliwość skutecznej
obrony tego światopoglądu w świecie, który od niego już dawno odszedł.
Co więcej, polskim nacjonalistom katolickim stawia zarzut, iż poprzez
nieumiejętność skutecznego zabezpieczenia interesów narodu polskiego
sami stali się wręcz współodpowiedzialni za zło popełnione na nim przez
jego wrogów: „Wypadki bowiem pokazały aż nadto dobitnie, że poszanowanie
osoby ludzkiej w doktrynach i głoszonych szeroko hasłach nie uchroniło
jej przed staniem się ofiarą zbrodni popełnianych przez innych, którzy
zdołali stworzyć wielkie potencjały. Niezdolność do stawienia im
skutecznego oporu była równoznaczna z dopuszczeniem do podeptania
wszelkich możliwych norm etycznych i wywołaniem morza cierpień. Ktoś
powiedział, że słabość bywa czasem niemoralna! Przykład Polski wskazuje
na słuszność tej maksymy!”.
Pytanie,
które czytelnikowi zadaje autor książki dotyczy więc tego, czy element
modernizacyjny i katolicko-personalistyczny rzeczywiście muszą się
wykluczać, jak twierdzili zarówno endecy, jak i zadrużanie? Czy
rzeczywiście jesteśmy skazani na wybór między skazanym na wymarcie
katolickim skansenem a nowoczesnym neopogaństwem z jego
materialistycznym światopoglądem? Na szczęście znajdujemy się w
sytuacji, kiedy postawienie takiego pytania jest jeszcze możliwe. Jeśli
jednak nie podejmiemy dyskusji na ten ważki temat, do której zaprasza
nas prof. Grott w swojej najnowszej książce, „duch historii” podejmie tę
decyzję za nas. Myślę, że w wiadomym kierunku.
Przekładając
kwestie poruszane przez autora w omawianej pracy na aktualną sytuację
polskiej formacji narodowej, na zakończenie należy stwierdzić, że Polacy
reprezentujący światopogląd katolicko-narodowy muszą zdawać sobie
sprawę z tego, że nie bez własnej winy dały sobie przyczepić łatkę
„moherów” czy też „kiboli”. Naprzeciwko nich stoi bowiem UE, która jest
główną siłą modernizującą społeczeństwo polskie, i to na jego własne
życzenie. Zdecydowana większość społeczeństwa polskiego łaknie
dołączenia do narodów nowoczesnych, i chce żyć tak, jak żyją Niemcy czy
Anglicy. Do poświęcania się dla odnowy moralnej całej ludzkości
natomiast się nie garnie. Siły katolicko-narodowe odzyskają więc wpływ
na naród polski tylko pod warunkiem, że zaproponują mu koncepcję
atrakcyjniejszą niż tę, którą prezentuje Bruksela. Oby książka profesora
Grotta stała się dla nich impulsem do stworzenia takiej właśnie
koncepcji.
3.12.2014
Między Wielkim Zachodem a Katechonem, czyli więcej rozsądku, Panowie!
Aż
chciałoby się powiedzieć: nie mój cyrk, nie moje małpy. Niestety, trudno
nie zareagować na to, co się dzieje w polskiej przestrzeni publicznej
wokół sprawy ukraińskiej. Dostrzegam jednak pewną pozytywną stronę tegoż
„cyrku”: działa on jak papierek lakmusowy, za pomocą którego można
wykryć, u kogo działa jeszcze zdrowy rozsądek. Niestety, wyniki „testu”
są dość zatrważające… Co więcej, także w obozie konserwatystów, którzy
przecież – przynajmniej w teorii – zdrowy rozsądek szczególnie cenią.
Jeśli
przyjrzeć się wypowiedziom byłego i aktualnego prezesa Klubu
Zachowawczo-Monarchistycznego (KZ-M), Artura Górskiego i Adama
Wielomskiego, trudno nie popaść w przygnębienie… Pierwszy z nich wyznaje
wiarę w Wielki Zachód, którego Polska powinna bronić przeciwko Rosji,
drugi natomiast w Putina-Katechona, który obroni Polskę przed tym samym
Zachodem. Niestety, oba stanowiska są równie błędne, czy wręcz –
obłędne.
Zacznijmy od credo posła Artura Górskiego. W jednym z jego komentarzy padają słowa: „dogmat
obrony wolności jest w USA ponadczasowy i ponadpartyjny. Zrozumie to
każdy, kto uważnie słuchał konferencji prasowej sekretarza stanu USA
Johna Kerrego w Kijowie. Ten demokrata mówił wczoraj językiem
przedstawiciela ekipy… Ronalda Reagana. Mówił bez umizgów wobec Rosji i
bez ważenia słów w stylu miękkiej, europejskiej dyplomacji. W Ameryce
duch Zachodu jeszcze nie umarł”. Poseł Górski na pewno automatycznie użył wyrażenia „dogmat obrony wolności",
ale fakt użycia takiego sformułowania mówi trochę na temat kondycji
światopoglądowej formacji politycznej, którą poseł reprezentuje.
Sformułowanie to bowiem dobrze wskazuje na quasireligijny charakter
zachodniej koncepcji wolności, która ma swoje korzenie w Oświeceniu i do
której odwoływały się wszystkie nowożytne rewolucje. Natomiast do
konserwatyzmu, jaki swego czasu reprezentował poseł Górski, nie ma to
się nijak!
W innym komentarzu Artur Górski stwierdza, iż: „W Europie mamy największy kryzys od rozpadu Jugosławii”.
Niestety, poseł PiS, podobnie jak cała jego partia i znienawidzone
przez nią PO, powiela zachodnią propagandę na temat rozpadu Jugosławii.
Nie, Panie Pośle, Jugosławia się nie rozpadła. Ten kraj został w sposób
planowy i celowy rozbity, głównie za sprawą RFN i USA. Szczególnie RFN
było zainteresowane zniszczeniem swojego „odwiecznego” wroga na
Bałkanach, czyli Serbii. Oczywiście przy pomocy swojego równie
„odwiecznego” sojusznika, Chorwacji, w której – podobnie jak na Ukrainie
– faszyzm przybrał szczególnie brutalną postać. Serbia została
zniszczona, bo nie znalazła żadnego wsparcia ze strony Rosji. Oderwane
zostało od niej terytorium uważana za jej kolebkę. A ponieważ niszczenia
niezwykle cennych kosowskich zabytków dopuścił się Zachód i także – tym
razem – jego muzułmańscy sojusznicy, nikt się tym nie oburzał! Tak
Panie Pośle, kiedy Rosja broni swojej mniejszości na Krymie, pisze Pan: „Ukrainie grozi nie tylko wojna domowa, inspirowana przez Moskwę, ale także otwarta agresja Rosji i aneksja Krymu”.
Kiedy Jugosławia została pogrążona w inspirowanej przez Zachód – a
przede wszystkim USA i RFN – wojnie domowej i kiedy Serbię ograbiono z
jej terytorium, tworząc jedno z najbardziej mafijnych państw świata, i
to w środku Europy, to nazywało się to „dogmatem obrony wolności” w praktyce! Skąd ta schizofrenia, Panie Pośle?
Artur Górski stwierdza dalej: „Należy
pamiętać, że Władimir Putin jako samowładca jest nieprzewidywalny. Jak
powiedziała do prezydenta USA Baracka Obamy kanclerz Niemiec Angela
Merkel, Putin "jest odrealniony, żyje w innym świecie". Żyje w świecie
marzeń o imperialnej Rosji, przekonany o potędze swojego państwa i
słabości Zachodu”.
Dobrze zdaję sobie sprawę z tego, że wypowiedzi przywódców USA i RFN są
dla posła Górskiego ostatnią wyrocznią. W końcu reprezentują oni ten
Wielki, Oświecony Zachód, do którego tęsknie wzdychamy, nie
dostrzegając, że ten Zachód traktuje nas jak białych murzynów. Nie,
Putin, w przeciwieństwie do posła Górskiego, polskich polityków,
dziennikarzy i wyborców, jak najbardziej twardo stąpa po ziemi, i
dokładnie wie, co USA i RFN mogą zgotować jego państwu. Dokładnie to
samo, co zgotowali Polsce, a czego „odrealnieni” Polacy, żyjący w
przekonaniu o własnej wolności, nie dostrzegają.
To „odrealnienie" posła Górskiego staje się szczególnie widoczne, kiedy oburza się na prezydenta Janukowicza, za to, że ten „Z własnego kraju uciekł chyłkiem, by z terytorium Rosji potępiać nową ukraińską władzę.”
Panie Pośle, czy naprawdę Pan nie pamięta, w jaki sposób ten rzekomo
cywilizowany Zachód potraktował Saddama Husseina, Osamę bin Ladena oraz
Kadafiego? To właśnie w momencie mordowania tych osób Zachód pokazał
swoją prawdziwą, bestialską twarz! Jak bardzo trzeba być „odrealnionym”,
żeby tego nie dostrzegać?! Tak na marginesie, śmierć Miloševica także do dziś nie została wyjaśniona. Prezydent Janukowicz doskonale wiedział, co go czeka, jeśli wpadnie w łapy Zachodu. Uciekał, bo dobrze znał jego mało cywilizowane zwyczaje.
Poseł Górski stwierdza dalej: „Nowy
rząd na Ukrainie jest rządem jedności narodowej wszystkich sił
politycznych, które chcą niezależności Ukrainy od Moskwy i które
utożsamiają się z Europą. Jeśli nawet formalnie dążą do integracji z UE i
zapraszają NATO, to właśnie w celu utrwalenia niezależności od Kremla.
Chcą, aby ich państwo było traktowane przez Rosję jako partner
gospodarczy, a nie jako twór politycznie zwasalizowany. Nie chcą, by
Ukraina była kolonią rosyjską”.
Cóż, jako przedstawiciel państwa zwasalizowanego przez Berlin, pan
poseł Górski zdaje się twierdzić, iż lepiej być wasalem Niemiec niż
Rosji. Niemcy finansują w końcu UE, która z kolei chętnie trzyma na
swoim garnuszku polskie lumpenelity… W kwestii utożsamiania się z Europą
dodam jeszcze, że z tych słów należy wnioskować, iż poseł Górski
utożsamia się z tzw. wartościami europejskimi, czyli prawdziwie
neobolszewickim programem zniszczenia człowieka. Niestety, ale innej
Europy na tym magicznym Zachodzie w tej chwili już nie ma! Rewolucja
bolszewicka była dziełem Zachodu (podrzuconym Rosji, żeby ją zniszczyć),
i ten Zachód w swoim nowym wydaniu zupełnie podbiła. Cóż, poseł Górski
widocznie hołduje tradycji polskiej martyrologii i najpierw będzie
walczył o to, żeby Polska była jak najbliżej tego Zachodu, po to, by
potem ją przed nim bronić…
Pozwolę sobie skomentować także te oto słowa Górskiego: „O
mistyfikacji ze strony Rosji świadczy to, że Putin wysłał wojska
rosyjskie na Krym bez emblematów i okłamuje opinię publiczną, że to nie
są wojska rosyjskie”.
Widocznie Putin sporo nauczył się od Zachodu, który lubi, za pomocą
swoich płatnych najemników, destabilizować państwa posiadające
niewygodne dla siebie rządy… Ale ponieważ w tym przypadku chodzi o
Rosję, więc należy stosować specjalne kryteria oceny. Sporządzone
specjalnie dla Rosji.
Pan Poseł stwierdza także, że Putin „uważa, że Europa gnije”. No cóż, czy nie ma racji? I dalej o Putinie: „Jest
przekonany, że UE i Amerykanie nie będą w stanie mu się przeciwstawić,
gdyż nie zdecydują się na otwartą konfrontację i konflikt. A jeśli nawet
wprowadzą ograniczone sankcje, Rosja, która kontroluje energetycznie
znaczną część Europy, nie tylko nie boi się tych sankcji, to nawet może
wprowadzić swoje sankcje, choćby zakręcając kurki z gazem i ropą. Unia
Europejska ma tego świadomość i mimo twardej retoryki, zna ograniczoność
swoich możliwości”. Jedni zakręcają kurki z gazem i ropą, a inni – dotacje europejskie. Ja tu nie widzę żadnej różnicy…
Stwierdzenie Górskiego, iż: „W interesie Polski jest integralna terytorialnie, niepodległa, maksymalnie suwerenna Ukraina, wolna od rosyjskich wpływów”,
można skwitować pytaniem: a co z niemieckimi wpływami? Zważywszy na to,
że to właśnie w Niemczech, USA i w Kanadzie po II wojnie światowej
schronienie znaleźli banderowcy, nie jest to pytanie bynajmniej
retoryczne… Może panu Górskiemu należy przypomnieć, że sam Bandera po
wojnie spokojnie sobie żył w Monachium, do czasu, gdy został
„sprzątnięty” przez agenta KGB. Ach, ci agenci KGB, oni jakoś tych
banderowców nie lubią…
Na deser zostawiłam wypowiedzi, które napawają mnie szczególnym niepokojem: „Ale
też nasze poparcie dla aspiracji narodu ukraińskiego może przełamać
wzajemne niechęci, wynikające ze zbrodni Banderowców na Polakach” oraz „Ukraińcy,
którzy nie lubili Polaków, mogą stać się naszymi przyjaciółmi. Polacy,
którzy nie mieli zaufania do Ukraińców, mogą teraz podać im braterskie
dłonie”.
Właściwie, to wypowiedzi te napawają mnie przerażeniem. Panie Pośle, a
co Ukraińcy zrobili w tym kierunku, żeby wnuki ich ofiar mogłyby podać
im dłoń? Czy prosili o przebaczenie? I tak na marginesie, retoryka
„braterskich dłoni” godna jest bolszewika, a nie rzekomo konserwatywnego
polityka.
I na samo zakończenie należy odnieść się do tegoż wyznania wiary posła Górskiego: „Wspólnie
wybieramy Europę i Amerykę, wspólnie przeciwstawimy się roszczeniom
rosyjskiego, azjatyckiego niedźwiedzia. To nasz wspólny, żywotny interes”. Jaką Europę? Jaką Amerykę? I na jakich zasadach?!
Niestety,
ale z wypowiedzi posła Górskiego tchnie najprawdziwszy „duch Zachodu”:
jakobinizm, obłuda i kiedy przychodzi co do czego, brutalność. Stąd
nietrudno zgodzić się ze słowami Adama Wielomskiego, kiedy ten pisze: „Czytam
wpisy Artura Górskiego i jestem zdruzgotany. Zwykle ludzie w młodości
są jakobinami, a na starość przechodzą na pozycje konserwatywne. Tutaj
obserwujemy proces odwrotny”. Jednakże z dalszym ciągiem wypowiedzi Wielomskiego jest już trudniej się zgodzić: „Rewolucjonista, zwolennik Majdanu, wróg konserwatywnej władzy Katechona”. Oczywiście, wszystko rozbija się o obwołanie Putina Katechonem.
Co
Wielomski miał na myśli, dokładnie wyjaśnia oświadczenie redakcji
portalu konserwatyzm.pl, pt. „Apel do Prezydenta Federacji Rosyjskiej
Władimira Putina o nieprzyjęcie pokojowej nagrody Nobla w przypadku jej
uzyskania”. W oświadczeniu tym czytamy: „Apelujemy
do prezydenta Rosji Władimira Putina o nieprzyjęcie pokojowej nagrody
Nobla w przypadku jej uzyskania. Katechon nie ma na ziemi władzy nad
sobą ani równego sobie (Hi 41,25). Władimir Putin jest naszym zdaniem
rodzajem katechona, czyli tego, który powstrzymuje przyjście
politycznego antychrysta. Za jego prezydentury Rosja odrodziła się
ekonomicznie, militarnie i politycznie po latach jelcynowskiej smuty i –
ku zaskoczeniu wielu – stała się jedynym racjonalnym mocarstwem,
stojącym na straży przestrzegania prawa międzynarodowego, obrońcą
legalnej władzy przed fanatyzmem islamskim i rewolucyjnym”.
Śmiem
przypuszczać, że Putin, gdyby dowiedział się o tym, że został obwołany
Katechonem, w pierwszej chwili bardzo by się tym zdziwił… Jednakże na
pewno szybko dostrzegłby propagandową wartość takiej wizerunkowej
„stylizacji”. W tej kwestii Artur Górski ma rację – retoryka trzeciego
Rzymu na pewno szybciutko stałaby się jednym z najważniejszych elementów
rosyjskiej propagandy…
Dokonana
przez Adama Wielomskiego „katechonizacja” Putina stanowi dla mnie
przejaw innego rodzaju niż u Artura Górskiego quasireligijnej
egzaltacji. Owszem, Putin jest politykiem niezwykle skutecznym, który
dba o interesy swojego kraju. Ale stawianie go na czele kontrrewolucji
jest, mówiąc delikatnie, także przejawem „odrealnienia”. Prawdziwa
kontrrewolucja wymaga czegoś więcej niż bronienia swojego stanu
posiadania przed Zachodem, czy nawet zakazywania pederastii.
Kontrrewolucja wymaga zdecydowanego odrzucenia retoryki rewolucyjnej, a
tego u Putina nie widać. Czy Putin obruszał się, kiedy Gerhard Schröder
nazywał go „kryształowym demokratą”? Nie bardzo. Czy Putin kiedykolwiek
krytykował doktrynę praw człowieka? Nie, on ją tylko interpretuje po
swojemu. Jeśli chodzi o jego stosunek do cerkwi, można spekulować, na
ile wynika on z głębokiej religijności, a na ile z politycznej
kalkulacji. A być może ze zwykłej próżności – w końcu trudno kreować się
na cara bez błogosławieństwa cerkwi. Na pewno zdjęcia z cerkiewnym
wystrojem w tle bardzo ładnie wychodzą …
Podstawowy
problem z „katechonizacją" Putina polega jednak na tym, że jest ona
przejawem wulgaryzacji idei Katechona, który przestaje należeć do
porządku duchowej walki dobra ze złem, a zostaje wtłoczony w polityczną
retorykę starcia liberalizmu z antyliberalizmem. Nie rozumiem, skąd Adam
Wielomski bierze swoją pewność, że Antychryst nie okaże się być
antyliberałem…
Wracając
do Putina, należy jeszcze stwierdzić, że tak jakoś zawsze bywało, iż
Rosja prędzej czy później z tymże Zachodem się porozumiewała – własne
interesy zawsze przeważały nad jakimś politycznym idealizmem. Tak, Putin
jest realpolitykem, w przeciwieństwie do obu panów z KZM-u, którzy są
przedstawicielami dwóch form egzaltowanego idealizmu.
Jak
więc powinna kształtować się nasza polityka i w stosunku do Zachodu i
Rosji? Rafał Brzeski pytany o to, czy Polacy powinni stawiać na Niemców,
czy na Rosję, zawsze odpowiada: na samych siebie (a mnie w tym momencie
przypomina się transparent z filmu „Ubu Król”: „Obce mocarstwa
gwarancją naszej niepodległości”…). Oczywiście nie będę tutaj
przedstawiać swojej wizji polskiej polityki, bo nie sposób tego zrobić w
ramach tego tekstu. Na pewno jednak trzeba stwierdzić, że Polska, taką
jak chciałabym ją widzieć, jest obca cywilizacyjnie zarówno w stosunku
do współczesnego Zachodu, jak i do Rosji. Dlatego moim zdaniem
powinniśmy stworzyć własny pomysł na zagospodarowanie europejskiego
centrum. Od razu zaznaczam, że nie mam tutaj na myśli żadnego projektu
politycznego odwołującego się do koncepcji międzymorza. Moim zdaniem,
powinniśmy stać się ośrodkiem, który będzie promieniował na całą Europę,
i to poprzez konsekwentną walkę o urzeczywistnienie nowej koncepcji
wolności. Powinniśmy odrzucić zarówno jakobińskie rozumienie wolności,
jak i wystrzegać się wschodniego „zamordyzmu”, który jest nam zupełnie
obcy. Chcemy kontrrewolucji? To zacznijmy ją przeprowadzać przeciwko
brukselskiemu molochowi, który administruje nowoczesnym
lumpenproletariatem za pomocą nowoczesnych lumpenelit. Ale róbmy ją,
stosując metody stosowane przez Polaków zamieszkałych w zaborze pruskim,
czyli przez pracę u podstaw. Zacznijmy gromadzić we własnych rękach
kapitał (a nie zapożyczać się u światowej finansjery), bo niezależność
materialna jest podstawą prawdziwej wolności i suwerenności. Wydzierajmy
możnym tego świata media, zacznijmy wychowywać naród po swojemu: w
duchu umiłowania do wolności, która zakłada realną odpowiedzialność za
najbliższe otoczenie. Zwalczajmy natomiast propagandę wolności urojonej,
bo de facto zadekretowanej przez urzędników. Zamiast biernie kopiować
to, co Zachód dyktuje, i cieszyć się jak małpki, które zostały
pogłaskane po główce, bo były grzeczne, zacznijmy szanować samych
siebie, własną kulturę i własną pracę. Jak mamy obronić się przed Rosją?
Cóż, Rosja szanuje tych, którzy szanują samych siebie i potrafią
stanowczo bronić własnych interesów. Niestety, poseł Górski, jak i
większość Polaków myli stanowczość z histerycznością. A dopóki
zachowujemy się jak omdlewająca dziewica, szukająca silnego ramienia –
narażamy się na niebezpieczeństwo, że zostaniemy zgwałceni… Wszak w tej
chwili trudno nas za cokolwiek szanować. Za to, że grzecznie
implementujemy wytyczne płynące z Brukseli? Ciągle patrzymy na siebie
tak, jak chciałby widzieć nas Zachód: jak na uczniaków, którzy wzorowo
odrobili zadanie domowe. A może najwyższy czas, żebyśmy spojrzeli na
siebie oczami Putina? To byłaby dobra lekcja dla polskich lumpenelit,
które może w końcu nawiązałyby kontakt z rzeczywistością i zauważyły, że
jesteśmy biedną, wymierającą i politycznie nic nieznaczącą neokolonią
Wielkiego Zachodu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)