7.30.2012

Europa narodów czy europejski kołchoz? Wybór należy do nas


Jeden z najważniejszych argumentów na rzecz stworzenia Unii Europejskiej opiera się na twierdzeniu, że tylko w ten sposób można zapewnić Europie pokój. Stworzenie nowych struktur politycznych miało (ma) w przekonaniu architektów UE zażegnać niebezpieczeństwo wojen, którymi nasz kontynent już wielokrotnie był targany. Zwolennicy integracji europejskiej dzielą się na tych, którzy życzą sobie UE w kształcie federacji narodowych państw, oraz takich, którzy dążą do stworzenia jednego scentralizowanego państwa europejskiego. Przyglądając się aktualnej sytuacji Unii, należy stwierdzić, że to ci drudzy  grają w niej pierwsze skrzypce. 

Unii Europejskiej prawdopodobnie nie byłoby bez II Wojny Światowej. Doświadczenie okrucieństw – i w gruncie rzeczy absurdalności –  tej wojny wywołało wśród Europejczyków pozytywne nastawienie do idei integracji europejskiej. W ten oto sposób połknęli oni przynętę, czyli nabrali przekonania, że państwa narodowe siłą rzeczy muszą prowadzić wojny i że likwidacja wojen możliwa jest tylko na drodze likwidacji państw narodowych. Niestety, mało kto zauważył, że takie postawienie sprawy ma bardzo konkretne korzenie ideologiczne.  

Twierdzenie, że państwa narodowe siłą rzeczy generują wojny, ma oczywiście marksowski rodowód. Lewica heglowska była (i jest) dialektyczną przeciwwagą dla heglowskiej prawicy, która uważała, że relacje między państwami nie opierają się na żadnej podstawie etycznej albo prawnej. Heglizm wyrastał z protestantyzmu, który radykalnie zrywał z ideą Christianitas jako ponadnarodowej i ponadpaństwowej wspólnoty chrześcijan. Kościoły protestanckie były jednocześnie wspólnotami państwowymi, a głowa państwa była także głową kościoła. Co więcej, Marcin Luter rozwinął tezę o istnieniu dwóch równoległych porządków, ziemskiego i wiecznego, przy czym z tego pierwszego wyeliminował etykę. Uznał on bowiem, że człowiek nie jest ani wolny, ani rozumny, w związku z czym, zbawienie nie może zależeć od uczynków. Jego zdaniem, w porządku doczesnym człowiek musi bezwolnie podporządkować się władzy państwowej, której zadaniem jest utrzymywanie porządku. Tym samym, Marcin Luter zwolnił zarówno poddanych, jak i władców z obowiązku przestrzegania zasad uniwersalnej etyki. Nie trudno się domyśleć, co wyniknęło z takiego postawienia sprawy. Droga do prowadzenia wojen stanęła otworem. 

Z otwarcia tej furtki szczególnie skorzystało państwo pruskie. W celu poszerzenia zakresu swojej władzy, przeprowadziło trzy "wojny zjednoczeniowe" (Einigungskriege), które doprowadziły do zjednoczenia Niemiec w 1871 r. Po podbiciu Niemiec Prusy ruszyły na podbój Europy. Obie wojny światowe także miały być czymś w rodzaju wojen zjednoczeniowych, za pomocą których Niemcy, pod swoim przywództwem próbowały dokonać zjednoczenia całego kontynentu. Na gruncie prawicowego heglizmu była to jedyna droga do zaprowadzenia "pokoju" w Europie. 

Państwo pruskie i prawica heglowska stały się przedmiotem nienawiści ze strony marksistów i socjalistów. Jednym z najważniejszych haseł lewicy heglowska był pacyfizm. Lewica heglowska swoją krytykę kierowała przeciwko instytucji państwa jako takiego, oraz imperializmu, jako sposobu uprawiania polityki zagranicznej przez państwa narodowe. Ideałem członków Międzynarodówki było stworzenie samoorganizujących się struktur, w których to narody oraz proletariat nie będą już przedmiotem ucisku. Warto zauważyć, że zdaniem np. Karola Marksa kapitalizm jest ściśle powiązany z państwowym imperializmem. Walka z kapitalizmem musiała więc dla niego, siłą rzeczy, oznaczać walkę z państwowym imperializmem. 

Ewolucja Unii Europejskiej napędzana jest przez proces dialektyczny zachodzący między lewicą i prawicą heglowską, a jego punktem dojścia jest ukonstytuowanie się nowego, panteistycznego kolektywu. Proces ten będzie trwał tak długo, jak długo potrwa proces eliminowania z gry katolicyzmu. Zgodnie z koncepcją cywilizacji łacińskiej opracowaną przez Feliksa Konecznego, istnienie wielu państw jest czymś pozytywnym, gdyż różnorodność jest wartością. Istnienie wielu państw nie musi przy tym oznaczać, że muszą one prowadzić między sobą nieustanne wojny. W sytuacji, gdyby przynależały one do cywilizacji łacińskiej – i rzeczywiście realizowały jej ideały – pokój mógłby zostać zapewniony. W dyskursie na temat UE argument ten właściwie nigdy nie jest podnoszony. Wynika to oczywiście z tego, że UE, w obecnym kształcie, budowana jest na gruzach cywilizacji łacińskiej. 

Jak już wyżej wspomniałam, ideologiczne legitymizacje walki z państwami narodowymi odwołują się do II Wojny Światowej, jako skutku istnienia państw narodowych. Dlatego też krytyka Unii Europejskiej w obecnym kształcie – czyli instytucji wymierzonej przeciwko państwom narodowym – musi być powiązana z obaleniem mitu, że II Wojna Światowa była wojną spowodowaną przez samo istnienie państw narodowych. Mit ten można moim zdaniem obalić za pomocą nauki Feliksa Konecznego o cywilizacjach.

II Wojna Światowa została rozpętana przez Niemcy, które uprzednio zostały podbite przez ideologię narodowego socjalizmu. U źródeł tej wojny leżał więc światopogląd, który była swoistą mieszanką prawicowego i lewicowego heglizmu, wierzeń germańskich i okultyzmu. Feliks Koneczny kwituje to stwierdzeniem: "W głowach niemieckich pomieszały się bez ładu i składu pierwiastki niewspółmierne, z których sklecono nowego Niemca, narodowego socjalistę. Sama nazwa pozbawiona jest sensu. Istny kołobłęd." (Feliks Koneczny, Cywilizacja bizantyńska, fragment: „Upadek bizantynizmu i neopoganizm”). II Wojna Światowa była wojną toczoną między różnymi cywilizacjami, a jednym z wrogów nazistów był świat łaciński. "Najpoważniejszy umysł niemiecki, stwierdziwszy, że hitleryzm jest dokończeniem pruskiego zwycięstwa nad duszą niemiecką, ostrzegał, że Hitler przygotowuje nową wojnę 30-letnią, która zamieni w ruiny całą Europę i że chrześcijaństwo czeka takie samo prześladowanie, jak żydów, a wojenne państwo totalne zabije ostatniego pasterza, który podniesie oczy ku gwieździe betlejemskiej." (Koneczny, tamże). W pracy "Prawa dziejowe oraz dodatek Bizantynizm niemiecki" Feliks Koneczny stanowczo podkreślał, że to nie naród niemiecki jest wrogiem narodu polskiego, tylko pruski bizantynizm, który podbił dusze i umysły wielu Niemców. 

Narodowy socjalizm w dużej mierze bezkrytycznie został przyjęty przez Niemców. Ale byli także i tacy Niemcy, którzy pragnęli, aby Niemcy pozostały wierne ideałowi cywilizacji łacińskiej. Należał do nich Anton Hilckman, niemiecki uczeń Feliksa Konecznego. Przyjrzyjmy się bliżej tej postaci. 

Anton Hilckman urodził się 4 marca 1900 roku w Westfalii. Jego rodzina wywodziła się ze środowisk katolickich Zachodnich Niemiec, które tradycyjnie były w opozycji do pruskich Niemiec Bismarcka. Twórczość Hilckmana można podzielić na dwa okresy, przed i po II Wojnie Światowej. W jego przedwojennej publicystyce głównym tematem była "walka z prusactwem (z „nieduchem pruskim" — „preußischer Ungeist") w Niemczech Republiki Weimarskiej oraz w sensie ogólnym z prusactwem, jako czynnikiem destrukcyjnym w historii nowożytnych Niemiec. Przy czym Hilckman nie ogranicza się tylko do prasy niemieckiej. Problem tożsamości narodu niemieckiego stara się wytłumaczyć innym narodom. W prasie polskiej publikuje szereg artykułów, m.in. w „Gazecie Olsztyńskiej" (organ mniejszości polskiej w Prusach Wschodnich), w których uwidacznia zakłamanie ówczesnej polityki prusko-niemieckiej w stosunku do Polaków na Warmii i Mazurach (w wyniku plebiscytów tereny te zostały przydzielone Prusom Wschodnim). Jednocześnie współtworzy ruch na rzecz łacińskich, wyswobodzonych z hegemonii pruskiej Niemiec. Lata trzydzieste to okres walki z następstwem „nieducha prusactwa" — narodowym socjalizmem, jak i emigracja do Włoch w roku 1933. Hilckman publikuje artykuły i rozprawy przedstawiające narodowy socjalizm, jako nową formę barbarzyńskiego pogaństwa, które zagraża narodom cywilizacji łacińskiej w Europie." ( Tomasz Stępień, Contra torrentem. Życie i twórczość Antona Hilckmana. 1900-1970, Człowiek w Kulturze, 17). Hilckman tworzył także artykuły poświęcone nauce o cywilizacjach, w których między innymi dezawuował błędy spengleryzmu. Już  w połowie lat 20. zetknął się on bowiem z nauką o cywilizacjach Feliksa Konecznego i został jego pierwszym uczniem.  

Podczas wizyty w swoim rodzinny mieście w 1940 roku Hilckman został aresztowany przez Gestapo. Pierwsze 10 miesięcy spędził w areszcie, po czym 16 maja 1941 został skazany na karę trzech lat pozbawienia wolności. Karę odbywał w wielu zakładach więziennych, między innymi w Salzburgu, Traustein, Monachium, Hof/Saale, Plauen, Chemnitz, Halle/Saale, Dessau, Magdeburgu, Berlinie, Hannoverze, Hamm, Bielefeldzie i Münster. Po odbyciu kary nie został wypuszczony na wolność, zamiast tego w kwietniu 1943 roku trafił do obozu koncentracyjnego Sachsenhausen. 6 lutego 1945 roku został przeniesiony do obozu w Buchenwaldzie, a następnie jego filii Langenstein-Zwieberge. W ostatnich dniach wojny więźniowie tego obozu zostali zapędzeni do tak zwanego marszu śmierci, ale Hilckmanowi udało się ukryć, dzięki czemu się uratował (większość więźniów nie przeżywała tych marszów). 11 kwietnia obóz został wyzwolony (za: Kerstin Kleinhaus,  Anton Hilckman. Ein deutscher Europär). Jak pisze Jędrzej Giertych, podczas swoich pobytów w obozach koncentracyjnych Anton Hilckman nawiązał wiele polskich przyjaźni i pogłębił zarówno swą znajomość spraw polskich, jak i polskiego języka… (J. Giertych, Anton Hilckman o Feliksie Konecznym. Notka od wydawców, w: F. Koneczny, O ład w historii, Wrocław 2004, s. 48) 

Po II Wojnie Światowej głównym motywem i celem działalności Hilckmana stało się rozwinięcie i propagowanie nauki o cywilizacjach Feliksa Konecznego. W 1946 objął profesurę na Uniwersytecie w Moguncji, gdzie prowadził instytut badań porównawczych nad cywilizacjami. Jędrzej Giertych podkreśla, że nauka Feliksa Konecznego o cywilizacjach przemówiła ideowo do Antoniego Hilckmana, a szczególnie "pogląd, że podstawą moralną i kulturalną życia Europy jest cywilizacja łacińska, której źródła są zarówno chrześcijańskie, jak antycznie rzymskie, że jedną z podstaw tej cywilizacji jest zasada, iż moralność obowiązuje nie tylko w życiu prywatnym, ale i w polityce, oraz że cywilizacja ta jest zagrożona przez wpływ rozkładowy oddziaływujących na życie Europy (a na życie Niemiec więcej niż innych europejskich narodów) cywilizacji obcych (…)" (J. Giertych, tamże, s. 48-49). 

Ważnym tematem jego działalności pisarskiej była także kwestia stosunków niemiecko-polskich. Uważał on bowiem, że kształt tych stosunków będzie miał decydujące znaczenie dla przyszłej Europy. Jego zdaniem "warunkiem pojednania polsko-niemieckiego jest poznanie Polski i polskości przez naród niemiecki, czyli wyswobodzenie się Niemiec z antypolskiej propagandy pruskiej ostatnich 200 lat. W tym celu Hilckman założył w roku 1962 stowarzyszenie „Amici Poloniae", temu służyły artykuły poświęcone Polsce, jak i starania o atmosferę filopolską w Niemczech." (T. Stępień, tamże). W jego przekonaniu, z zagadnieniem stosunków niemiecko-polskich związany jest także kształt procesu jednoczenia Europy. Hilckman był zwolennikiem koncepcji „Europy Ojczyzn", był federalistą nawiązującym do myśli Włodkowica i bpa von Ketteier. "W zjednoczonej Europie widział jedyną szansę zneutralizowania pruskich Niemiec. Wzór dla zjednoczonej Europy upatrywał w unii Polski i Litwy, walcząc jednocześnie z wszelkimi przejawami i zakusami „Paneuropy"" (T. Stępień, tamże).  

Jego walka o (autentyczne) polsko-niemieckie pojednanie na pewno także wynikała z tego, że sam jego mistrz, Feliks Koneczny, bardzo dużo wycierpiał ze strony Niemców: "Feliks Koneczny miał dwóch synów. Losy jego rodziny były wysoce tragiczne. Jego syn Czesław, sędzia Sądu Najwyższego w Warszawie, został w dniu 15 sierpnia 1944 roku zamordowany wraz z żoną w Warszawie przez wojsko niemieckie, w czasie tłumienia przez nie powstania warszawskiego. Jego młodszy syn, Stanisław, adwokat w Katowicach, aresztowany przez Niemców w Krakowie, w dniu 22 sierpnia 1943 roku za udział w polskim ruchu podziemnym, spędził z górą rok w różnych niemieckich więzieniach i został w dniu 23 października 1944 roku rozstrzelany w Brandenburgu nad Hawelą" (J. Giertych, Przedmowa, w: F. Koneczny, Cywilizacja bizantyńska, Londyn 1973, s. 11). 

Zarówno mistrz, jak i uczeń zapłacili więc wysoką cenę za swoje przywiązanie do wartości cywilizacji łacińskiej. Cywilizacji, którą tak zaciekle zwalczali opętani przez ideologię narodowego socjalizmu Niemcy. Jak wskazuje Tomasz Stępień, zadziwiające jest podobieństwo losów spuścizny Konecznego i Hilckmana. Po śmierci obydwaj – jak również ich dzieło – zostali wyeliminowani z życia publicznego i naukowego (T. Stępień, tamże). Nie dziwi to, zważywszy na fakt, że Europa już prawie zupełnie oderwała się od swoich łacińskich korzeni. 

W Europie toczy się wojna cywilizacyjna. Unia Europejska jest jednym z głównych aktorów tej wojny. Za pomocą skutecznej propagandy "przekonała" Europejczyków co do konieczności dalszego pogłębiania integracji europejskiej, i to w duchu lewackiego bizantynizmu. 

Toczy się także zaciekła wojna o dusze Polaków. Anton Hilckman doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że kształt polsko-niemieckiego  pojednania jest ściśle związany z kwestią sposobu jednoczenia się Europy. Aktualny przebieg tego "pojednania" to nic innego jak narzucanie Polakom tej formy cywilizacyjnej, która już w pełni zatriumfowała w RFN (mój tekst na ten temat: O polsko-niemieckim pojednaniu). Niestety, w tej chwili polsko-niemieckie "pojednanie" stało się prawdziwą pułapką: każdy, kto krytykuje przebieg tego "pojednania", traktowany jest jak nacjonalista i faszysta, który chce kolejnej wojny między Polską a Niemcami… 

Jak możemy wydostać się z tej pułapki? Moim zdaniem jest tylko jedna droga, a jest nią intensywne promowanie ideałów cywilizacji łacińskiej. Przede wszystkim należy ukazać Europie, jak wielką wartość posiada ta cywilizacja i że nie ma ona nic wspólnego z "faszyzmem"! W książce "Wojna cywilizacji w Europie" (http://opoka.giertych.pl/ksiazka2_POL.pdf) Maciej Giertych pisze: "W języku polskim wyraz „Naród” ma szczególne znaczenie, nieznane innym językom.(…) Narodu nie stworzy się sztucznie. Naród powstaje z poczucia wolności obywatelskiej i wspólnej woli, a więc z parcia oddolnego ku zbiorowej, wspólnej organizacji w zgodzie z określoną tradycją. Koneczny definiuje naród jako zrzeszenie cywilizacyjne, personalistyczne, posiadające ojczyznę i język ojczysty. (…)Nie ma narodu bez historii, bez troski o zachowanie i wzbogacenie dziedzictwa dla przyszłych pokoleń: tę troskę nazywamy patriotyzmem. Patriotyzm to dążenie do wzbogacenia narodu poprzez własną pracę, wysiłek intelektualny i gotowość do poświęceń i obrony narodowego dziedzictwa. Taka postawa nie jest zagrożeniem dla sąsiadów. Sąsiadujące patriotyzmy to pokój wieczysty. Gdy naród dąży do wzbogacenia kosztem innych, kosztem sąsiadów, ludów podbitych czy zwasalizowanych, to już nie jest to patriotyzmem, ale jego patologią i wypaczeniem poczucia narodowego. (…) Polskie rozumienie pojęcia narodu to określona wartość godna pielęgnacji. To coś bardzo konkretnego, bardzo pozytywnego i szlachetnego, co powinniśmy nieść w świat jako naszą ideę eksportową. Polskie poczucie narodowe jest czymś zupełnie innym niż nacjonalizm rozumiany jako nienawiść tego, co obce. Nasze podkreślanie cnót narodowych jest często, w wyniku błędnych tłumaczeń, źle rozumiane na Zachodzie jako nacjonalizm. Tymczasem nie ma z nim nic wspólnego. Koneczny uważał cywilizację łacińską za najwyższą, gdyż jest najbardziej wymagająca wobec swoich członków. Gdy nie jest broniona, gdy nie czyni się wysiłków by ją promować, niższe, to znaczy mniej wymagające cywilizacje, zwyciężą. Próby łączenia cywilizacji i tworzenie ich syntezy, prowadzą do stanu acywilizacyjnego, a ostatecznie do zwycięstwa tej najniższej. By wymagająca cywilizacja przetrwała, musi być świadomie broniona i promowana. Trzeba czynić wysiłki, by inni zaakceptowali wartości, na których jest oparta. To wymaga misyjnej gorliwości. Koneczny uważał również, że koncepcja narodu jest najwyżej rozwinięta w narodzie polskim i apelował, abyśmy szerzyli jej rozumienie wśród innych".
 
W Niemczech ideały cywilizacji łacińskiej propagował Anton Hilckman. Jego dzieło, niestety, do dziś pozostaje zapomniane. Na szczęście, w ubiegłym roku Tomasz Stępień opublikował sporą część jego dorobku w serii wydawniczej  "Ad Fontes. Schriften zur Philosophie" (wydawnictwo Peter Lang), której redaktorem jest polski filozof prawa, ks. prof. Tadeusz Guz. (Dane bibliograficzne tej pozycji: Anton Hilckman: Gesamte Werke. Schriften zur Kulturwissenschaft. Teil 1: Die Wissenschaft von den Kulturen. Bearbeitet, kommentiert und herausgegeben von Tomasz Stępień, oraz Anton Hilckman: Gesamte Werke. Schriften zur Kulturwissenschaft. Teil 2: Grundlagen des Abendlandes, 2011). Ale to dopiero początek długiej, długiej drogi… 

Polska będzie mogła promować ideały cywilizacji łacińskiej, tylko wtedy, kiedy sama na nowo je sobie przyswoi. Niestety, tendencja jest dokładnie odwrotna. Polska sama się od nich oddala. W tekście "Wielka polska powieść czyli jak odkolonizować polszczyznę" Ewa Thomspon pisze: “Polszczyznę trzeba odkolonizować i wydobyć z niej jej potencjał. Mimo że pole systemowe uszkodzono tysiące razy – to pole systemowe, które było kiedyś, w czasach renesansu i baroku, całkowicie nowe, lśniące i gotowe do użytku. (…)Myślę, że logocentryzm polskiej kultury mógłby tu poprosić o głos. Polski historyczny Weltanschauung, który zakłada, że wszechświat jest w jakiś sposób uporządkowany i że kategorii takich jak dobro i zło nie da się zrelatywizować. Jakże bowiem bez tych kategorii nazwać prawidłowo mordy, kłamstwa i fałszerstwa, z których pomimo wszystko wyłania się godność, nadana ludzkości przez Boga. To, że wśród Polaków nieświadomy często logocentryzm wciąż gra znaczącą rolę, powinno być źródłem inspiracji – tak jak predylekcja do wolności. (…) Czekam więc na „zmarmurzającą” polską rzeczywistość wielką powieść, zanim kruki i wrony rozdziobią polski Weltanschauung“ ( Ewa Thompson: Wielka polska powieść czyli jak odkolonizować polszczyznę). 

Podsumowując, należy stwierdzić, że ślepe i bezkrytyczne zapatrzenie Polaków w UE wynika nie tylko z tego, że ich myślenie jest przesiąknięte propagandą "europejską", lecz także i komunistyczną. Sposób interpretowania przez Polaków  II Wojny Światowej, jak i hitleryzmu ciągle bowiem skażony jest marksistowsko-leninowskim "Weltanschauung". To właśnie lewicowy dyskurs antyfaszystowsko-pacyfistyczny zdominował polską świadomość historyczną. Dokładnie ten sam dyskurs dominuje we współczesnej Europie. Jeśli więc chcemy powrócić do ideałów cywilizacji łacińskiej, musimy spojrzeć na narodowy socjalizm i II Wojnę Światową przez pryzmat nauki o cywilizacjach Konecznego. Taki musi być też punkt wyjścia do stworzenia przez nas alternatywnej koncepcji Europy: zjednoczonej cywilizacją łacińską Europy narodów.

7.19.2012

Grunt to rzetelność dziennikarska



Niemiecka organizacja „netzwerk recherche e.V." wielokrotnie już wskazywała na obniżenie się poziomu rzetelności pracy niemieckich dziennikarzy. Główny zarzut dotyczy praktyki przepisywania newsów z informacji prasowych redagowanych przez różne zainteresowane ich nagłośnieniem instytucje, przez co praca dziennikarza coraz częściej sprowadza się do powielania piarowskich komunikatów. Powstała w 2001 r. organizacja stara się przypominać dziennikarzom o tym, że ich pierwszym obowiązkiem jest przeprowadzanie rzetelnych poszukiwań dotyczących tematów, o których piszą. Moim zdaniem, to jednak przede wszystkim zanik zdolności odróżniania rzeczywistości od politycznej propagandy przyczynia się do obniżenia się jakości pracy niemieckich dziennikarzy. Teoretycznie, to właśnie dziennikarze powinni demaskować propagandę jako propagandę. Niestety, we współczesnym świecie (to samo dotyczy Polski i innych krajów) dziennikarze sami stali się „przekaźnikami" treści propagandowych.    

Przykładem takiej dziennikarskiej nierzetelności jest opublikowany w FAZ tekst Reinharda Vesera pt. „Polen,Ungarn und Rumänien. Das Bermuda-Viereck" („Polska, Węgry i Rumunia. Kwadrat bermudzki", 11.07.2012 w FAZ). Autor tekstu analizuje najnowsze wydarzenia w Rumunii przez pryzmat rządów braci Kaczyńskich oraz premiera Viktora Orbána.Oto krótkie streszczenie jego tekstu opublikowane przez Deutsche Welle:

„Autor analizy, Reinhard Veser, przypomina porównanie Jarosława Kaczyńskiego sprzed dziesięciu lat. Prezes PiS porównał wtedy sytuację w Polsce do trójkąta bermudzkiego, w którym nie znikają wprawdzie samoloty, ale demokracja i wiele pieniędzy. "FAZ" przypomina w tym kontekście afery korupcyjne za rządów SLD. Autor dziwi się, że tak skorumpowany rząd mógł cieszyć się w Europie tak dobrą opinią. Przypomina, że właśnie afery korupcyjne tamtego okresu przygotowały grunt pod podwójne zwycięstwo PiS - w wyborach prezydenckich i parlamentarnych. "W swoim rewolucyjnym zapale i w walce z rzeczywistymi bądź wyimaginowanymi czerwonymi układami Kaczyńscy sięgali po wątpliwe pod względem standardów państwa prawa środki i każdego, kto nie był z nimi, okrzykiwali wrogiem Polski (...). Aby przeforsować swoją politykę, zawiązali koalicję ze skrajnie prawicową, otwarcie antysemicką partią - to dopełnia tego obrazu" - pisze "FAZ". Autor artykułu zwraca uwagę, że w swoim zachowaniu ani polscy postkomuniści, ani prawica nie są w Europie odosobnieni. Jego zdaniem podobnie jest na Węgrzech. "Tak jak Kaczyńscy kilka lat wcześniej tak i zadeklarowanym celem Orbana jest dokończenie systemowego przełomu 1989 roku i ostateczne złamanie potęgi beneficjentów dyktatury (i ich spadkobierców). Posługuje się przy tym wątpliwymi metodami (...). Niebezpieczeństwo dla demokracji, które grozi Polsce i Węgrom ze strony mile postępowych, socjaldemokratycznie zorientowanych partii-spadkobierców dawnych partii reżimowych jest w międzyczasie niewielkie (...). Przykład Rumunii pokazuje jednak, że wschodnioeuropejski trójkąt bermudzki w ponad dwadzieścia lat po upadku dyktatury może jeszcze wsysać z zadziwiającą siłą. Inaczej niż w Polsce, gdzie zniknęło w nim dużo pieniędzy, tutaj istnieje rzeczywiście niebezpieczeństwo, że znikną w nim demokracja i państwo prawa” - podsumowuje „FAZ”". („Trójkąt bermudzki” - niemiecka gazeta o Polsce za rządów PiS, Orbánie i Rumunii"). 

Artykuł Reinharda Vesera roi się od licznych sprzeczności. Z jednej strony autor przyznaje rację Jarosławowi Kaczyńskiemu w kwestii jego diagnozy sytuacji politycznej w wielu państwach Europy Wschodniej. Z drugiej zaś strony, zdaje się  zupełnie nie rozumieć, co z niej tak naprawdę wynika. 

Stwierdzenie Kaczyńskiego, dotyczące istnienia struktur nazwanych przez niego „kwadratem bermudzkim", Reinhard Veser uważa za „ciekawe odkrycie". „Kwadrat bermudzki" to system kształtowany przez cztery współrzędne: służby specjalne, zorganizowaną przestępczość, zasiadających na kierowniczych stanowiskach „nawróconych" komunistów oraz wywodzących się z byłej nomenklatury przedsiębiorców. 

Reinhard Veser wskazuje na to, że jaskrawym przykładem takiego „kwadrata bermudzkiego" były rządy SLD. Natomiast jednym z głównych haseł wyborczych PiS było „osuszenie tego bagna". Cel wydawałoby się słuszny, ale Reinhard Veser widzi to trochę inaczej. Stwierdza on, że: „W swoim rewolucyjnym zapale i w walce z rzeczywistymi bądź wyimaginowanymi czerwonymi układami Kaczyńscy sięgali po wątpliwe pod względem standardów państwa prawa środki i każdego, kto nie był z nimi, okrzykiwali wrogiem Polski". W czym leży problem? Przede wszystkim autor zdaje się nie dostrzegać, że to właśnie uczestnicy „kwadratu bermudzkiego" używali retoryki „urojonych czerwonych układów", aby w ten sposób odwrócić od siebie cień podejrzenia. W końcu system za wszelką cenę starał się utrzymać się przy życiu i konsekwentnie dezawuował działania podejmowane przez PiS. Każdy, kto chce w rzetelny sposób ocenić rządy PiS, musi wziąć to pod uwagę. Autor ma rację w kwestii negatywnej oceny rewolucyjnego impetu partii Kaczyńskiego, ale w gruncie rzeczy nie podaje uzasadnienia dla swojej krytyki. W tekście Vesera nie znajdziemy bowiem żadnej pogłębionej analizy, jak właściwie PiS (albo jakakolwiek inna partia) powinien był walczyć z patologicznymi strukturami władzy (tym bardziej że autor sam przyznaje, iż państwo polskie pod rządami SLD dotknięte było właśnie tymi patologiami...)

Co więcej, Veser  twierdzi, że w Polsce problem „kwadratu bermudzkiego" należy już do przeszłości. Samemu autorowi należy więc zadać pytanie, cóż takiego w międzyczasie się wydarzyło, że „kwadrat bermudzki" ulotnił się jak kamfora? Reinhard Veser nie udziela jasnej odpowiedzi. Z jego rozważań można by wywnioskować, że system sam się zdemontował... Takie postawienie sprawy idealnie wpisuje się w kreowany przez wielu niemieckich dziennikarzy obraz Polski pod rządami PO. Objęcie władzy przez tę partię postrzegają oni jako jakiś magiczny moment, w którym sytuacja w Polsce, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zmieniła się o 180 stopni. Niestety, Reinhard Veser nie zadał sobie trudu i nie zbadał dokładnie aktualnej sytuacji naszego kraju, więc prawdopodobnie niewiele wie na temat np. licznych dziwnych zgonów i samobójstw na polskiej scenie politycznej (których liczba przekracza statystyki z czasów rządów PiS). Ostatnie z serii samobójstw, czyli śmierć generała Sławomira Petelickiego, w szczególny sposób mogłoby świadczyć o tym, że polski „kwadrat bermudzki" nadal świetnie się trzyma. Jednym słowem, autor bezkrytycznie powiela propagandę, która stylizuje PO na partię nieskazitelną, właściwie pod każdym względem. Co, moim zdaniem, jako żywo przypomina sytuację, kiedy Gerhard Schröder nazywał Putina ... nieskazitelnym demokratą".

W swoim tekście Reinhard Veser wyraził zdziwienie, że tak skorumpowany rząd jak SLD mógł cieszyć się w Europie tak dobrą opinią. I dokładnie tutaj leży pies pogrzebany. Moim zdaniem, autor powinien odpowiedzieć sobie na pytanie, jak to się mogło stać, że niemieccy dziennikarze wykazali się wtedy ogromną naiwnością?  Drugie pytanie brzmi następująco: na podstawie czego Reinhard Veser wnioskuje, że w przypadku analizy postępowania PiS oraz PO niemieccy dziennikarze charakteryzują się znacznie większą przenikliwością i celnością sądów? W końcu nie można wykluczyć, że polski „kwadrat  bermudzki" do perfekcji opanował sztukę manipulowania naiwną opinią publiczną i w przypadku aktualnych rządów PO mamy do czynienia dokładnie z tą samą sytuacją. 

Dopóki dziennikarze (niemieccy i inni) nie zrozumieją mechanizmów funkcjonowania polityki w Europie Wschodniej, będą narażeni na popełnianie tak fatalnych pomyłek, jak to było w przypadku SLD. Opinia publiczna nadal będzie raczona tekstami w stylu przemyśleń Reinharda Vesera. A on niestety nie odróżnia rzeczywistości od własnego myślenia życzeniowego...

7.06.2012

Niemcy. Między prawicą i lewicą heglowską


Realia niemieckiej polityki nie są zrozumiałe dla polskich komentatorów z kręgów prawicowych. W dużej mierze wynika to z tego, że patrzą oni na Niemcy „przez polskie okulary”. Co oznacza,  że analizują niemiecką scenę polityczną przez pryzmat kategorii stosowanych do opisu polskiego życia politycznego. Przede wszystkim chodzi o schemat lewica-prawica. Dla wielu polskich „prawicowców” niemiecka prawica, czyli chadecja, jest synonimem katolicyzmu, z czego wynika jej pozytywna ocena. Natomiast niemiecka lewica oceniana jest jednoznacznie negatywnie.  A sprawy są dużo bardziej skomplikowane.  

Analizowanie niemieckiej sceny politycznej za pomocą dualistycznego schematu lewica-prawica jest poważnym błędem. Mamy tam bowiem do czynienia przynajmniej z trzema prądami. Pierwszy z nich wywodzi się z tradycji cywilizacji łacińskiej i odpowiada temu, co Polacy zazwyczaj rozumieją pod pojęciem prawicy. Prąd ten ma już właściwie wartość historyczną, czego Polacy niestety nie rozumieją. Pozostałe dwa to heglowska prawica i lewica. To one decydują o politycznym rozwoju współczesnych Niemiec. Lewica i prawica heglowska wzajemnie się warunkują, gdyż stanowią dwie pozycje skrajne schematu dialektycznego: teza prowokuje powstanie antytezy, co ostatecznie prowadzi do syntezy. Napięcie pomiędzy tymi przeciwieństwami wprawia cały system w ruch. Często  też trudno je od siebie oddzielić,  gdyż nawzajem się przenikają, jak to niegdyś było w przypadku narodowego socjalizmu. 

7.02.2012

Akcja ruszyła!


Szanowni Czytelnicy, 

zapraszam Was do zapoznania się z pierwszymi pozycjami bibliograficznymi, których listę sporządziłam w ramach akcji "Pro veritate, contra vanitatem": 



Najwyższy czas, abyśmy wzięli sprawy w swoje ręce! 

6.26.2012

O polsko-niemieckim pojednaniu


Promowanie pojednania polsko-niemieckiego jest jednym z ulubionych przedsięwzięć orędowników integracji europejskiej oraz „unowocześniania” Polski poprzez „wartości europejskie”. Jak pisze Frankfurter Allgemeine Zeitung (i jak skwapliwie donosi Gazeta Wyborcza): 

„"Cel został osiągnięty. Niemieccy kibice piłki nożnej mogą spacerować ulicami Gdańska z czarno-czerwono-złotymi flagami, aby - razem także z Polakami - dopingować urodzonym na Śląsku Lukasowi Podolskiemu i Miroslavowi Klose. Motto układów wschodnich (Ostverträge) brzmiało 'zmiany poprzez zbliżenie'. To było wielkie polityczne dokonanie koalicji rządowej socjaldemokratów i liberałów", lecz "z trudem wywalczone" - dodaje komentator i przypomina o długich zmaganiach o uznanie powojennej polskiej granicy na Zachodzie oraz konstytucyjnym obowiązku "zachowania niemieckiej tożsamości" także "w tych geograficznych miejscach, gdzie konstytucja nie miała zastosowania"” ("Cel pojednania osiągnięty. Niemcy mogą przejść ulicami Gdańska i kibicować razem z Polakami"). 

Swego czasu Lech Kaczyński krytycznie odnosił się do sposobu przeprowadzania polsko-niemieckiego pojednania. Mówił wręcz o „kiczu pojednania”. Z tego powodu zarzucano mu nacjonalizm i „antyeuropejskość”. Czy ten krytyczny stosunek do sprawy był słuszny? Na pewno. Niestety wybrane przez niego określenie nie było właściwe, bo w gruncie rzeczy nie dotykało sedna problemu. Na tym właśnie polega słabość krytyki kierowanej pod adresem tegoż „jednania się” ze strony polskich środowisk prawicowo-patriotycznych. Niby wiadomo, co nas gryzie, ale jednak nie do końca... 

A problem wcale nie jest nowy. Co więcej, został on dokładnie objaśniony przez Feliksa Konecznego w napisanym w okresie międzywojennym dziełku pt. „Bizantynizm niemieckim”.  Praca ta – niestety – nic a nic nie straciła na swojej aktualności. Odpowiedź Konecznego jest prosta. Jego zdaniem, źródłem konfliktów między Polską a Niemcami jest zderzenie dwóch cywilizacji:  łacińskiej, która przez wieki panowała w Polsce, oraz bizantyńskiej, która w dużym stopniu podporządkowała sobie Niemcy. Przeprowadzona przez Konecznego analiza bardzo dobrze opisuje aktualną sytuację Europy, która właśnie jest podbijana przez niemiecki bizantynizm. Zanim więc pokażemy, na czym  polega tajemnica sukcesu polsko-niemieckiego pojednania – o istnieniu którego przekonana jest FAZ – oddajmy głos Konecznemu: 

„Kiedy czytam głosy o ideale pokoju polsko-niemieckiego, czy to polskie, czy niemieckie, uderza mnie zawsze bardzo szczupły stan wiadomości realnych, niezbędnych przy idealnej dyskusji. Płynie z tego ta niedogodność, iż nikt nie zdaje sobie sprawy z przyczyn antagonizmu. Wiemy, o co się biliśmy, bić mamy ochotę i bić będziemy – ale nikt nie wie, dlaczego. Wskazać przedmiot boju, np. Śląsk, Pomorze czy całą Polskę wogóle, nie wystarcza: trzeba wyjaśnić, skąd biorą się u Niemców odmienne na te sprawy zapatrywania. (...)

Ograniczmyż się wreszcie do niemieckich katolików. Ile tam wielkich cnót, ile mądrości, ile ofiarności, ile wzlotów wzwyż! Z tymi napewno mamy wspólne ideały, wspólny światopogląd – a jednak pierzchnie wszystko skoro tylko wymówi się wyraz: Polska. Ten ich katolicyzm wydaje się nam jakimś specyficznym, nie obowiązującym w stosunku do Polski. (...) chodzi o to, skąd pochodzi arcydziwny tok myślenia mężów takich, których bardzo cenimy, a z największą przykrością widzimy w nich wrogów państwa polskiego. Jest rzeczą bowiem widoczną, że oni rozumują inną metodą, niż my. Prawdy katolickie są jasne i uniwersalne, czemuż tedy 2 razy 2 =4 także u Niemca, na polskiej granicy zamienia się w półczwarta lub półpiąta? 

W argumentacji zacnych Niemców o kwestiach polsko-niemieckich uderza dużo naiwności, pochodzących z nieświadomości. Jakżeż oni stosunkowo mało wiedzą o Niemcach, a historii niemieckiej z czasów przed-frydrychowskich zazwyczaj nie umieją całkiem. Cóż dopiero o Polsce? Podczas  gdy my jesteśmy objuczeni historią, geografią, literaturą etc. niemieckiemi zazwyczaj więcej niż wypada i potrzeba, niemiecki inteligent mniema np. jakoby Pomorze było krajem niemieckim, nie wie nic a nic o tym, że Krzyżacy zdradą ten kraj opanowali, że w r. 1309 urządzili tam rzeź polskiej ludności /wyrżnęli do 10.000 osób/, o co w r. 1311 Klemens V papież zarządził formalne śledztwo. Oczywiście wobec takiego tytułu posiadania należy się restituto in integrum nie tylko jakiegoś tam „korytyrza” ale całego, calutkiego Pomorza. Tak mówi etyka katolicka, tego wymaga się w konfesjonale od każdego penitenta. Czyżby tego rodzaju casus conscientiae przedstawił się inaczej, jeżeli chodzi o granice Polski? A więc przynajmniej granice z roku 1772. (...)

Na każdym kroku widzimy w umysłowości niemieckiej rój sprzeczności. Ten sam katolik niemiecki uznaje najzupełniej, jako pierwszym warunkiem rozgrzeszenia jest restytucja, a zażąda /na początek/, żeby Pomorze zostało przy Niemczech. Ten sam potępi rozbiory Polski, ale potępi Polskę za to, że posiada Pomorze /na początek/. Czuje się, że istnienie Polski mąci im jakiś obmyślony przez nich „porządek świata”. (...) 

Nie po raz pierwszy mamy do czynienia z takimi objawami. Krzyżacy byli nawet katolikami, nawet „mnichami”. Dominikanin niemiecki Jan Falkenberg wystąpił w r. 1417 z twierdzeniem, jako wyprawy wojenne Krzyżaków na Polskę są nader zbawienne i należy się do nich przyłączyć, bo tępienie Polaków jest najwyższą zasługą około dobra chrześcijaństwa, króla Władysława Jagiełłę trzebaby zamordować, a biskupów polskich należy wywieszać etc. Dzisiejszy katolik nie posunie się tak daleko, ale kierunek jest ten sam. 

Kierunek został ten sam po przez wieki. Katolicyzm niejednakowo bywa aplikowany u nas i u nich. Gdzież przyczyna? (...) Katolicyzm ich tknięty jest ... bizantynizmem. Tę sprawę muszą uczeni niemieccy zbadać bliżej, a wtedy otworzą się Niemcom oczy na wiele rzeczy, których istnienia nawet nie przypuszczali. Ta sama kwestia bowiem inaczej przedstawia się ze stanowiska bizantyńskiego, a inaczej z łacińskiego. Działa tu różnica cywilizacji. (...) 

Misja cywilizacyjna bizantyńska identycza jest z wprowadzeniem jednostajności, nie rozumieją bowiem jedności bez jednostajności i mieszają te dwa pojęcia w sposób taki, iż ostatecznie wynikają z tego skutki pociągające za sobą zastój, a więc upadek cywilizacji. Przeciwnej metody trzyma się cywilizacja chrześcijańsko-klasyczna, zwana też krótko łacińską, tu jedność nie wymaga bynajmniej jednostajności. Słaby to intelekt, któryby nie wiedział, że u ludów cywilizacji łacińskiej przymus jednostajności bywa najkrótszą drogą do zerwania jedności. Jednostajności nie da się utrzymać bez przymusu. Ponieważ Państwo jest właśnie instytucją opartą na przymusie, a zatem musi być uważane za wywyższone ponad wszystko, co tylko da się pomyśleć, ażeby mu ułatwić dopilnowanie jednostajności. (...) 

Wznowienie cesarstwa przez Ottona W. w r. 962 (...) nie ma żadnego związku z problematem cesarstwa Karola W., które miało być świeckim ramieniem papiestwa, nie ma z nim związku ani genetycznego, ani ideowego. To drugie cesarstwo powstało przeciw papiestwu, wsród walk orężnych z papieżami. Nie od Romy się wywodził, lecz od Bizancjum (...). W Niemczech zapuściła już korzenie cywilizacja łacińska, a odtąd przybywa druga, tamtej w wielu cechach przeciwna: poczyna istnieć niemiecki rodzaj bizantynizmu. Nie opanował ten bizantynizm nigdy całych Niemiec w zupełności, zawsze znaczna część krajów i społeczności niemieckiej przynależała do cywilizacji łacińskiej. Odtąd też dzieje przedstawiają ustawiczne ścieranie się pojęć bizantyńskich z łacińskimi, z zachodnio-europejskimi. Istny dualizm cywilizacyjny w samym środku Europy. (...)    

Skutkiem długiej i ciężkiej przewagi bizantynizmu tracili Niemcy coraz bardziej zrozumienie prądów zmierzających ku różniczkowaniu się. Każdy historyk uznaje, jako Niemcy zawdzięczają bardzo wiele decentralizacji. Zaczyna się atoli objawiać silny prąd centralizacyjny, zmierzający do jedności politycznej Niemiec przez ujednostajnienie krajów niemieckich. Na czele tego kierunku staje państwo pruskie. Uniwersalizm niemiecki pojmowano niebawem, jako bezwzględne zapanowanie pruskiego typu na jak najrozleglejszym obszarze Niemiec i to we wszystkich dziedzinach życia. Zrobić z całych Niemiec rozszerzone Prusy – oto cel patriotyzmu niemieckiego. Kto był odmiennego zdanie, nie uchodził za patriotę. Typowi pruskiemu godziło się zdobywać przewagę przemocą. 

Zupełnie jak w bizantyńskiej historii, zróżniczkowanie poczęło uchodzić nie tylko za przestępstwo przeciw Rzeszy Niemieckiej, lecz zarazem za kierunek antykulturalny, za obniżenie cywilizacji w Niemczech. (...) Już rozpoczęły się dociekania, co uważać za przedpruskie pruskości? (...) Poszło się po nitce do kłębka formalnie i nie trudno było odnaleźć formę krzyżacką, w którą weszło następnie księstwo pruskie, z księstwa królestwo. (...) W państwie pruskim nie kwitnęła nigdy wolność indywidualna, a urządzenia społeczne otrzymywały upoważnienie od państwa. (...) Prawo publiczne polegało na wszechmocy państwa. (...) Ubóstwienie państwa, określone z taką wyrazistością u Hegla, trwa dotychczas, chociaż używa się innych wyrażeń. 

Otóż nawet katolicy niemieccy są pod względem cywilizacyjnym grubo podszyci bizantynizmem. Jak rzadko kto w tym obozie wyrazi żal o to, iż w Prusach społeczeństwo nie ma głosu wobec władzy państwowej. Kto biadał nad tym, że w Prusach ustrój życia zbiorowego trzymał się tej samem metody, iż władza państowa myślała i robiła za społeczeństwo, dyktując, jakim ono ma być. Otóż to właśnie należy do zasadniczych cech bizantynizmu. O Prusach można śmiało powiedzieć, że organizacja społeczna cierpiała tam na niedorozwój a państwowa na przerost. Chorobę tę przejęto z zapałem, uważając ją właśnie za warunek najlepszy dla zdrowia. Na tym punkcie rozchodzą się diametralnie cywilizacja łacińska i bizantyńska. (...) 

Potem rozwinęło się poczucie narodowe dziwnie szybko w ubóstwienie własnego państwa w imię doktryny filozoficznej, której praktycznym wykonawcą stał się Bismark, a teoretycznym w dalszym ciągu popularyzatorem pruski historyk H.v.Treitschke, który oświadczył: „Wyrzeczenie się własnej potęgi stanowi dla państwa doprawdy grzech przeciwko Duchowi św.”. (...) Aleć cała /powtarzam cała/ historia Prus składa się z rabunku i z ustawicznego deptania wszelkich praw boskich i ludzkich. 

Cóż na to Kościół niemiecki? Jest nawet teraz jeszcze zahipnotyzowany bizantynizmem niemieckim. Żyje w Poznaniu świadek, który wiosną 1916 r. zanotował bezpośrednio po kazaniu słyszanym u św. Macieja w Berlinie te słowa kaznodziei: „Deutsch zu sein ist eine Ehre vor Gott, und deutsch sterben ist eine Gottesgnade” [„Bycie Niemcem przynosi zaszczyt przed Bogiem, i umierać jako Niemiec jest Bożą łaską (M.Z.)]. Biskub odnosił to oczywiście jednako do katolików i protestantów, a zatem lepiej być protestantem Niemcem, niż katolikiem innego narodu, a to ze względu na „Ehre vor Gott”. Dlaczego aż tak? Wyjaśni to inny kaznodzieja, który w kaplicy przy Hamburgerstrasse w Berlinie kazał tymi słowy: „Gdy Pan Bóg świat stworzył, tak mu się podobał, że zstąpił na ziemię i ją pocałował. W miejscu, gdzie pocałował są Niemcy”. Pozostaje tylko wątpliwość czy to nie specjalnie Prusy. 

Blasco Ibanez dostrzega satyrycznie jako „ludzkości szczęście polega na tym, by wszyscy ludzie żyli na sposób pruski”. Słusznie powiedział hiszpański pisarz: na sposób „pruski”, a nie wyraził się „niemiecki”. Żyć bowiem po niemiecku – to nic nie znaczy, bo niewiadomo, co właściwie znaczy. (...) a zatem: żyć po niemiecku – może mieć znaczenie dwojakie, pruskie lub antypruskie. 

Z tego muszą sobie Niemcy zdać sprawę – i potem dopiero określać stosunek swój do innych państw i narodów, zwłaszcza do Polski. Czy to ma być stosunek na modłę cywilizacji łacińskiej, czy bizantyńskiej vel po prusku? (...) 

Co za szkoda, że łacińska cywilizacja rozwijała się w ostatnich pokoleniach w Niemczech stosunkowo słabo – bądź co bądź słabiej od bizantyńskiej. Skutkiem tego pruski kierunek myśli i czynu pozajmował wiele placówek, nieopatrzonych należycie przez kierunek zachodnio-europejski, łaciński. Skutkiem tego liczni /nader liczni/ zwolennicy cywilizacji łacińskiej dostali się w wielu sprawach pod wpływ bizantyńskiego ustroju życia zbiorowego i zapatrują się na wiele rzeczy metodą bizantyńską. (...) Kierunek pruski jest dziś w Niemczech tak silny, że nie łatwo uwierzyć w możliwość przemożenia go przez wyznawców katolicyzmu – oszołomionych wprost Prusami. 

Traktat Wersalski, zwróciwszy się niemądrze przeciwko Niemcom zamiast wyłącznie przeciw Prusom, wykopał dołki pod sobą. Można było znieść całkowicie państwo pruskie, na czym Niemcy nie utraciłyby przecież ni piędzi ziemi niemieckiej. Pragnąłbym, żeby w Polsce o tym pamiętano. Sami pruscy statyści, od Bismarka poczynając, twierdzili zawsze, jako istnienie Polski niepodległej, odzyskującej zabór pruski, jest incompatibile z istnieniem państwa pruskiego. (...) 

Powiem otwarcie, że Niemiec jest mi sympatyczny. Pracowity, cichy, otoczony książkami i kwiatami, solidny... I ten Niemiec musiał stać się nienawiścią całego świata /wszystkich pięciu jego części/, bo rady sobie nie można było dać z jego uroszczeniami i wybrykami. (...) Oto Niemiec w życiu prywatnym, indywidualnym, jest czymś zgoła innym, niż w publicznym. Cichy zamienia się w butnego, solidny w zbrodniarza, sympatyczny w „zmorę” – bo przechodzi do metody bizantyńskiej. Tak jest! Cywilizacji łacińskiej pozostało w Niemczech niemal tylko życie prywatne. 

Sanabiles fecit Deus nationes, może tedy nastanie znów okres osłabienia kierunku pruskiego? Dla dobra Europy jest to konieczne, bo inaczej zacznie się okres ciągłych wojen. Z PRUSAMI WOJNA POLSCE NIEUNIKNIONA. Chodzi o to, czy ma być wojna tylko z Prusami, czy też Niemcami całymi? (...) Przywieść Prusy do porządku jest dla Niemiec sprawą łatwiejszą, niż ponosić wciąż skutki pruskiego wasalstwa. Chodzi tylko o to, czy Niemcy chcą rzucić z siebie jarzmo pruskie, które uczyniło ich nienawistnymi całemu światu? 

Prusom zawdzięcza Europa powszechną służbę wojskową i cały militaryzm. Za naszych dni przysłużyły się Prusy Europie wyprawieniem do Rosji owego sławnego transportu rewolucji bolszewickiej w oplombowanych wagonach, uzbrajaniem Rosji bolszewickiej przeciw każdemu a każdemu, tudzież ... anthropozofią. Robią to Prusy, ale w Europie mówi się Niemcy. O usunięcie tego nieporozumienia muszą się starać usilnie niemieccy zwolennicy cywilizacji łacińskiej. (...) 

(...) chcieć Prusy godzić z Polską, na to szkoda czasu i atłasu. Bizantynizm i latynizm nigdy się nie porozumieją, bo to są dwie przeciwne metody. Jakżeż tedy mogły porozumieć się w Niemczech? Nie zapominajmy, że synteza ta sprowadziła na Niemcy „interregnum” XIII wieku, potem wojnę 30-letnią i ostatnią wojnę, kto wie czy skończoną? Prusy twierdzą bez ustanku, że wojna tylko przerwana, a gdy będzie podjęta na nowo, czy musi się skończyć zwycięstwem... Niemiec? Który Niemiec wątpił w r 1914 o zwycięstwie? Zupełnie tak samo i obecnie wszyscy są przekonani o pewnym zwycięstwie w wojnie najbliższej. „Wszyscy?” co za wszyscy? Czy wszyscy Niemcy, czy tylko Prusacy? 

Prusacy wojny pragną. Jeżeli niemieccy członkowie cywilizacji łacińskiej wojny nie pragną, niechże się czymś różnią od tamtych, a przedewszystkim niech nie powtarzają za pruską panią matką piosenki o „kurytarzu” – bo tą drogą rozpęta się z wszelką pewnością nową wojnę europejską. A wtedy albo koniec cywilizacji chrześcijańsko-klasycznej,  albo musi nareszcie nastać raz koniec Prus. Żadnemu Niemcowi nie spadłby przez to włos z głowy, owszem odetchnęłyby Niemcy. 

Według wszelkich danych jest i obecnie cywilizacja bizantyńska w Niemczech o wiele żywotniejsza od łacińskiej. Jeżeli posłyszę głos niemiecki przeczący temu, rad będę” (Feliks Koneczny, Prawa dziejowe oraz dodatek Bizantynizm niemiecki, Londyn 1982, s. 345-360).

Na czym więc polega sekret pojednania polsko-niemieckiego, o którego istnieniu przekonani są FAZ, Gazeta Wyborcza i inni „Europejczycy”?  Odpowiedzi na to pytanie udziela sam Koneczny, twierdząc, że wybuch kolejnej wojny może oznaczać koniec cywilizacji chrześcijańsko-klasycznej. I tak  się właśnie stało. Narodowy socjalizm i II Wojna Światowa „dobiły” tę cywilizację, czego efekty możemy dziś w pełni oglądać: współcześni niemieccy katolicy pod względem swojego przywiązania do laickich „wartości europejskich” w niczym się nie różnią od niemieckiej lewicy. Co prawda, Prusy także przestały istnieć, ale mimo wszystko to bizantynizm zapanował w Niemczech. Co więcej, poprzez UE podporządkował sobie całą Europę, a tym samym i Polskę. W końcu scentralizowana Unia Europejska z jej rozbudowaną biurokracją, która decyduje o coraz to nowych obszarach życia Europejczyków, to bizantynizm w czystej postaci. Pojednanie polsko-niemieckie oznacza więc, że zostaliśmy podbici przez niemiecką cywilizację bizantyńską i po prostu przestaliśmy stawiać jej opór... A to, że teraz musimy się tłumaczyć z naszego rzekomego antysemityzmu, a jednocześnie nam samym nie wolno wypominać Niemcom  ich przeszłości? Czyż nie stoi to w sprzeczności z ideą prawdziwego pojednania? Czyż nie jest to rzeczywiście zwykły „kicz pojednania”? Skądże! Po prostu, witamy w świecie niemieckiego bizantynizmu...


6.20.2012

Naszym hasłem: Pro veritate, contra vanitatem


Coraz częstsze pojawianie się w mediach tematu dotyczącego rzekomej polskiej współodpowiedzialności za Holokaust nie może być zwykłym przypadkiem albo wynikiem spontanicznych działań poszczególnych dziennikarzy. Światowa opinia publiczna krok po kroku „uświadamiana” jest w kwestii polskiego antysemityzmu, czego kolejnym etapem prawdopodobnie będzie forsowanie nowej wykładni terminu „polskie obozy koncetracyjne” (czyli nie tylko jako oznaczenia geograficznego). Przyglądając się różnym działaniom dotyczących przypisania Polakom współodpowiedzialności za Holokaust, trudno oprzeć się wrażeniu, że mamy tutaj do czynienia ze starannie opracowaną strategią. Strategią, realizowaną z prawdziwie żelazną konsekwencją. 

Przyczyn i założeń akcji, której celem jest przerzucenie części odpowiedzialności za Holokaust na Polaków, nie da się wytłumaczyć wyłącznie na jednym poziomie analizy. Mamy tutaj bowiem do czynienia ze zjawiskiem dość złożonym. Pierwsza płaszczyzna analizy na pewno dotyczy rozpoznania interesów konkretnych państw i grup interesu, którym zależy na tym, by Polaków obciążyć taką odpowiedzialnością. Druga płaszczyzna natomiast dotyczy kwestii stosowanych technik manipulacji:  w końcu wielu dziennikarzy, którzy piszą na te tematy, rzeczywiście wierzy w to, co pisze. Sprawa ma jednak jeszcze głębszy wymiar. Konkretnie chodzi tutaj o wojnę cywilizacyjną, której jesteśmy uczestnikami. A ta kwestia znowu ściśle powiązana jest ze ze sprawą zupełnie fundamentalną, bo dotyczącą  metafizyczno-religijnego aspektu tejże wojny. I dopiero na tym poziomie analizy cel przerzucania na nas – przynajmniej częściowej – odpodwiedzialności za Holokaust może w pełni zostać rozpoznany. 

Opracowanie skutecznej strategii obronnej przed działaniami przeciwnika musi zostać poprzedzone analizą obejmującą wszystkie wymiary całego przedsięwzięcia „polskie obozy koncetracyjne”. Jeden z możliwych kierunków działania zakreśliłam w tekście „Kto pod nami dołkie kopie, wpadnie w nie sam...” (http://magdalenazietek.blogspot.de/2012/06/kto-pod-nami-doki-kopie-wpadnie-w-nie.html). Przedstawiona przeze mnie strategia sprowadza się do tego, by przypomnieć światu rozwój niemieckiej (anty)kultury, z której to bezpośrednio wyrastał Holokaust. Jak również kultury polskiej, która w znacznym stopniu znajdowała się pod wpływem katolicyzmu i która zaowocowała postawami zgoła odmiennymi, niż to miało miejsce w przypadku„ucywilizowanych Niemców”. Dlaczego taka właśnie strategia? Rozwój niemieckiej (anty)kultury był częścią ogólniejszej tendencji rozwojowej, która rozpoczęła się we wczesnej nowożytności, a która aktualnie dochodzi do swojego punktu kulminacyjnego. Konkretnie chodzi o pewną formę cywilizacyjną, która na naszych oczach chce sobie podporządkować – najlepiej – całą ludzkość. Rozwój niemieckiej (anty)kultury ściśle powiązany jest z tą cywilizacją. Co oznacza, że to właśnie tej ostatniej musi zostać przypisana odpowiedzialność za Holokaust. Warunkiem dalszej ekspansji owej cywilizacji jednakże jest „podrzucenie” Holokaustu polskiemu społeczeństwu, które w wyższym stopniu niż inne państwa europejskie pozostawało pod wpływem cywilizacji łacińskiej (w czasie, kiedy Holokaust miał miejsce). Obarczenie nas odpowiedzialnością za zbrodnie popełnione przez innych ma być po prostu ciosem śmiertelnym zadanym światu łacińskiemu.  

O jaką cywilizacyjnę konkretnie chodzi? Jej pełen opis nie jest możliwy do przeprowadzenia w ramach tego tekstu. Na pewno jest ona jakąś specyficzną mieszanką tego, co Feliks Koneczy oznaczył mianem cywilizacji bizantyńskiej oraz cywilizacji żydowskiej. Nie jestem jednak do końca pewna, czy jej pełna rekonstrukcja może zostać przeprowadzona wyłącznie za pomocą kategorii wypracowanych przez Konecznego. Z bardzo prostego powodu: cywilizacje, które badał Koneczny, były wynikiem ewolucyjnego i spontanicznego rozwoju, natomiast forma cywilizacyjna, o którą tutaj się rozchodzi, jest w gruncie rzeczy sztucznym tworem. To konstrukt ludzkiego (czy tylko ludzkiego?) umysłu, który jest siłą narzucany ludzkości. Sprawa musi być przedmiotem osobnej analizy. W tym tekście chciałabym poruszyć tylko te aspekty zagadnienia, które są istotne z punktu widzenia  wypracowania przez nas skutecznej strategii obrony przed pomówieniami o współodpowiedzialność za Holokaust.  

Jak wyżej wspomniałam, korzeni tej cywilizacji należy szukać we wczesnej nowożytności. Jej literacki opis znajdziemy w powieści Franciszka Bacona  pt. „Nowa Atlantyda”. Przedstawia ona idealne państwo, w którym panuje prawdziwa szczęśliwość. Państwo to bowiem uporało się z tym wszystkim, co w chrześcijaństwie uważane jest za skutek grzechu pierworodnego, czyli biedą, chorobą, anarchią, przemocą, moralnym złem. To raj na ziemi, ale raj bez Boga, zbudowany wyłącznie przez człowieka siłami jego własnego rozumu. W jaki sposób, zdaniem Bacona, człowiek sam może się wyzwolić ze skutków grzechu pierworodnego? Za pomocą techniki, nauki i organizacji państwowej. Powieść Bacona przedstawia program, który sukcesywnie będzie realizowany przez całą nowożytność. Aż do dnia dzisiejszego. I być może kryzysy toczące „cywilizowany świat” są niczym innym jak oznaką tego, że cywilizacja ta podzieli los Atlantydy...

Cywilizacja, która mozolnie budowana jest przez całą nowożytność, odrzuciła katolicyzm z jego nauką o prawie naturalnym. Cywilizacja ta w międzyczasie w pełni „wyemancypowała” się spod władzy Kościoła, katolickiej teologii i filozofii. Jednym z przejawów tego procesu było odrzucenie katolickiej nauki o konieczności podporządkowania polityki zasadom moralności. Nowa cywilizacja przyjęła inną zasadę działania: skuteczność przed moralnością. Cywilizacja ta odrzuciła także inny ideał, który jest fundamentem cywilizacji łacińskiej: prawdę, jako wartość samą w sobie. To nie kto inny jak Bacon uznał, że wiedza to władza, i w związku z tym przypisał jej wartość wyłącznie utylitarną. Bezinteresowne poszukiwanie prawdy przestało być głównym celem nauki: nauka miała stanąć w służbie budowy Nowej Cywilizacji. I stanęła. 

Natomiast ideał cywilizacji łacińskiej najpełniej został wyrażony w koncepcji prawego rozumu (orthós logos) św. Tomasza z Akwinu. Za Arystotelesem wskazał on na to, że ludzkie poznanie może być nakierowane na cele teoretyczne (theoria), praktyczne (praksis) i wytwórcze (poiesis). Wszystkie te dziedziny działania rozumu znajdują odpowiednio uzewnętrznienie w trzech dziedzinach kultury. Są to nauka, etyka (indywidualna, ekonomika, polityka) oraz sztuka i technika. W każdej tej dziedzinie, jeśli rozum chce działać prawidłowo, musi kierować się odpowiednią zasadą działania. Tomasz z Akwinu wyróżnił więc potrójną dziedzinę działalności prawego rozumu: usprawniony prawdą [prawy] rozum teoretyczny, usprawniony prawdą o dobru [prawy] rozum praktyczny oraz usprawniony prawdą o pięknie [prawy] rozum wytwórczy. Wszystkie trzy dziedziny są też ściśle powiązane ze sobą. I tak na przykład rozum wytwórczy korzysta z praw odkrywanych przez rozum teoretyczny;  jednocześnie musi być podporządkowany rozumowi praktycznemu, tak aby jego wytwory nie stały w sprzeczności z tym, co dobre. 

Nowożytność zrywa z koncepcją prawego rozumu. Zamiast tego filozofia nowożytna rozwija swoją własną koncepcję rozumu, który jest swoistą syntezą rozumu teoretycznego i wytwórczego. Rozum praktyczny natomiast zostaje wyeliminowany z gry. Nowożytność  stoi pod znakiem wytwarzania: nie tylko przedmiotów materialnych, ale całej rzeczywistości. Wytwarzane są społeczeństwa (inżynieria społeczna), wytwarzane są państwa (na podstawie różnych ideologicznych programów), coraz w większym stopniu wytwarzana jest przyroda (dzięki genetyce), w przyszłości wytwarzany  ma być i człowiek (jego ciało). Ale to nie wszystko: w nowożytności wytwarzany także jest duch, czyli subiektywne formy świadomości. W celu kształtowania świadomości mas ludzkich, wytwarzana musi być „prawda”. Tak, prawda także stała się przedmiotem działalności wytwórczej. Co łączy wszystkie te obszary – w gruncie rzeczy – produkcji? Podporządkowanie ich zasadzie technicznej skuteczności. 

Nowa Cywilizacja zrywa więc z ideałem obiektywnej prawdy, której człowiek powinien poszukiwać i której powinien się podporządkować z szacunku dla niej samej. Nowa Cywilizacja zrywa także z idałem obiektywnego dobra, które powinno być urzeczywistniane tu na Ziemi, przez ludzi, we wszystkich podejmowanych przez nich działaniach. Nowa Cywilizacja odrzuciła też ideał obiektywnego piękna, któremu powinna być podporządkowana działalność wytwórcza człowieka. Zamiast tego człowiek stał się konstruktorem i stwórcą otaczającego go świata i samego siebie. Zamiast odkrywać to, co prawdziwe, dobre i piękne, człowiek zaczął wymyślać rzeczywistość od nowa. Tak, aby dopasować ją do swoich własnych preferencji. Rozum człowieka przestał być prawy. Zamiast tego, został zdeprawowany. 

Nowa Cywilizacja została zbudowana na ludzkiej pysze. Człowiek uwierzył w to, że sam może zbudować sobie raj. Łacińskie słowo vanitas oznacza próżność, marność, czczość, nicość, złudę. Ono najlepiej opisuje stan ducha mieszkańców Nowej Cywilizacji, czyli wszechobecną próżność, której skutkiem jest nicość. Nicość jest nieunikniona, bo prawdziwy byt zakorzeniony jest w tym, co prawdziwe, dobre i piękne. 

Vanitas jest najtrafniejszym określeniem dla stanu tej niemieckiej kultury, która została zbudowana na gruzach cywilizacji łacińskiej. To narcyzm w czystej postaci. Jego skutkiem było niszczenie wszystkiego, co sprzeciwiało się budowaniu idealnego porządku zaprojektowanego przez niemieckich półbogów: 

„Na kartach swojej książki Rosenberg pisał: „Kościoły wszystkich wyznań ogłosiły: Wiara kształtuje człowieka… Jednakże Nordycko-Europejska Religia – świadomie lub też nie – ogłasza: to człowiek kształtuje swoją wiarę, lub precyzyjniej: człowiek określa rodzaj i zawartość wyznawanej przez siebie wiary [pogr. G.K.]”. Główny ideolog narodowego socjalizmu zgłosił ponadto postulat utworzenia w Niemczech „Kościoła ludowego” (Volkskirche), który przede wszystkim miał stać na straży honoru narodowego i niemieckiego chrześcijaństwa. Także postać Jezusa została swoiście przez Rosenberga zreinterpretowana: „Jezus jawi się nam dzisiaj jako świadomy siebie mistrz. (…) Dla germańskich ludów liczy się Jego życie, a nie Jego śmierć, gloryfikowana przez rasy alpejskie i śródziemnomorskie. Radykalny antropocentryzm, fascynacja okultyzmem i gnozą, postulat „ludowego Kościoła”” – wszystko to w jakiś szczególny sposób zbliża narodowy socjalizm do współczesnego New Age’u, postmodernistycznego bałaganu myślowego, współczesnych naprawiaczy Kościoła (jakże podobnie do postulatu Volkskirche brzmi wezwanie współczesnych „reformatorów” Kościoła z Austrii: „Wir sind die Kirche „– My [lud] jesteśmy Kościołem)” (Grzegorz Kucharczyk, „Swastyka przeciw Krzyżowi”,   http://www.pch24.pl/swastyka-przeciw-krzyzowi,3327,i.html). 

W cytowanych wyżej słowach Rosenberga pobrzmiewa opisany przez Konecznego bizantynizm. Prawda i moralność nie stoją ponad niemieckim państwem albo niemieckim narodem, wręcz przeciwnie, to państwo i naród wytwarzają swoją własną prawdę i swoją własną moralność. A ostatecznym celem niemieckiego państwa było (i moim zdaniem ciągle jest) zdobycie nieograniczonej władzy. Czyli zupełnie tak, jak tego chciał Bacon: żądza władzy to ważny element składowy nowożytnego programu. Bez żądzy władzy nie da się zrozumieć pruskiego bizantynizmu, bez którego z kolei nie da się zrozumieć Holokaustu.

Budowniczy Nowej Cywilizacji nie chcą przyznać się do tego, że Holokaust jest ich dzieckiem. Dlatego też próbują podrzucić go społeczeństwu, które w porównaniu z wieloma innymi społeczeństwami, w dużo mniejszym stopniu przejęło nowożytne ideały. Co w jakim sensie czyni nas też bezbronnymi w stosunku do perfidnych metod stosowanych przez przeciwnika. My ciągle wierzymy w ludzką prawość i nie rozumiemy, jak działa polityka oparta wyłącznie na cynicznej skuteczności. 

Bronimy się przed niesłusznymi zarzutami o współudział w Holokauście, bo bliski nam jest ideał prawdy. Nie chcemy „wybielać” własnej historii. Chcemy, żeby była ona przedmiotem rzetelnych naukowych badań. Tak, aby każdy pojedynczy przypadek współdziałania Polaków z Niemcami został należycie wyjaśniony, czyli przy zachowaniu odpowiednich standardów naukowości. Bronimy się przed instrumentalizacją Holokaustu do celów czysto politycznych. Jednym słowem, walczymy o to, by nasza własna przeszłość nie stała się historią (opowieścią) wymyśloną i narzuconą nam przez tych, którzy mają jakiś interes w tym, żeby była ona właśnie taka, a nie inna. Chcemy, aby nasza historia miała pokrycie w rzeczywistości, czyli żeby była prawdziwa. 

W sprawie „polskich obozów koncetracyjnych” mamy więc do czynienia ze zderzeniem dwóch cywilizacji: łacińskiej oraz Nowej Cywilizacji. Cywilizacja łacińska odwołuje się do ideału prawdy (veritas), fundamentem Nowej Cywilizacji jest vanitas. Sprawa „polskich obozów koncentracyjnych” to wielkie przedsięwzięcie propagandowe, które ma na celu przerzucenie odpowiedzialności za Holokaust na przedstawicieli narodu, który sam prawie doszczętnie został zniszczony przez tą cywilizację. To kolejna odsłona tej samej historii: Nowa Cywilizacja może bowiem zatryumfować wyłącznie na gruzach świata łacińskiego. 

Po raz kolejny stajemy do samotnej walki przeciwko potęgującej się deprawacji ludzkiego ducha. Niesty, sami jej nie wygramy. Dlatego też czym prędzej musimy zrozumieć, że nie chodzi tutaj tylko o Polskę, ale o przyszłość całej ludzkości. Szukajmy sojuszników wśród tych członków innych narodów, którzy tak jak my przywiązani są do ideału cywilizacji łacińskiej. A hasłem naszej walki niech będzie: Pro veritate, contra vanitatem!