Pokazywanie postów oznaczonych etykietą patriotyzm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą patriotyzm. Pokaż wszystkie posty

2.07.2015

Kto powinien bać się polskiej prawicy?

"Przedstawiciele środowisk „prawdziwie-patriotycznych” słusznie wskazują na to, że Polską rządzą ludzie, którzy jej nie służą. Taki stan rzeczy wynika, ich zdaniem, z jednej podstawowej przyczyny: rządzący to „komuchy”. Nie jest to kategoria jednolita, gdyż należą do niej różne podgrupy. Do najważniejszej należą oczywiście ci, którzy w PRL byli czynni w służbie państwowej. Przynależący do tej grupy „komuchów”, poprzez fakt swojej „kolaboracji” z PRL są już na trwałe zdrajcami, rzekomo zdolnymi tylko do szkodzenia państwu polskiemu. Drugą kategorią są dzieci „komuchów”, które dobrze się ustawiły w nowym systemie – oczywiście dzięki pozycji ich rodziców. Ich szkodliwość polegać ma tym, że zostali moralnie zdegenerowani przez swoich moralnie zdegenerowanych rodziców-komuchów. Oni także stanowią więc podkategorię „komuchów”. Trzecia grupa to rzekomi agenci Rosji, a Rosja to „komuchy”, więc wychodzi na to, że oni także są „komuchami”. Ostatnia, czwarta grupa „komuchów” to ci, którzy wywodzą się z opozycji demokratycznej, których rodzice nie „splamili się” kolaboracją z PRL i którym agenturalności na rzecz Rosji zarzucić nie można, ze względu jednak na to, że wchodzą w różne niejasne powiązania z przedstawicielami trzech wyżej wymienionych grup „komuchów”, sami właściwie także stają się „komuchami”. Do tej ostatniej grupy należy spora część polityków PO."

4.02.2014

Żołnierze Wyklęci – tragicznej historii ciąg dalszy

Wielu bacznych obserwatorów życia politycznego III RP na pewno zadaje sobie pytanie o to, dlaczego – wbrew konsekwentnie prowadzonej przez władze naszego państwa antypatriotycznej polityce – zostało  ustanowione święto państwowe na cześć tzw. Żołnierzy Wyklętych. Co więcej, jest to promocja   swoistego ich kultu. Na pierwszy rzut oka można by przypuszczać, że chodzi o to, by dać Polakom jakąś nieszkodliwą namiastkę patriotyzmu. Jednakże po głębszym zastanowieniu się trudno nie dostrzec, iż taka forma patriotyzmu jest propagowana właśnie dlatego, że ma ona na trwałe szkodzić Polsce.  Mamy tutaj bowiem do czynienia z celowymi działaniami wychowawczymi (w rozumieniu socjocybernetyki), które mają u Polaków wytworzyć postawy, które są szkodliwe z punktu widzenia interesów narodu polskiego. Po pierwsze, działania te mają służyć „podtrzymaniu przy życiu” stereotypu męczennika, który jest dominującym stereotypem patriotyzmu w społeczeństwie polskim. Związany jest z nim kult tych, którzy w imię racji moralnych przegrali walkę polityczną. Po drugie, działania te mają wzmocnić panującą w Polsce ideologię antykomunizmu. Po trzecie, kult ten ma także na celu podtrzymanie w społeczeństwie polskim rusofobii. 

5.04.2013

Kilka refleksji na temat przyszłości Polonii – relacja z sympozjum „Instytutu Polonicus” w Akwizgranie

27 kwietnia w Sali Koronacyjnej Karola Wielkiego akwizgrańskiego ratusza odbyło się sympozjum zorganizowane przez Instytut Polonicus (mający swoją siedzibę właśnie w Akwizgranie). Sympozjum zostało uwieńczone uroczystą galą wręczenia nagród Polonii w Europie POLONICUS 2013.
 
Język polski i gospodarka
W ramach sympozjum odbyły się trzy panele dyskusyjne. Panel I pt. „Język ojczysty w służbie polskiej kulturze” poświęcony został problematyce utrzymania tożsamości kultury przez własny język. Główną postacią tej części sympozjum był prof. Władysław Miodunka z Uniwersytetu Jagiellońskiego, który stworzył pierwszy na świecie naukowy ośrodek badawczy w zakresie nauczania języka polskiego. Za swój wkład w popularyzowanie języka polskiego w świecie został odznaczony nagrodą POLONICUS 2013 w kategorii „Kultura”.  

Panel II dotyczył problematyki organizacji polskich w Niemczech i w Europie. Z racji tego, że chciałabym poświęcić mu więcej uwagi, przejdę od razu do krótkiego omówienia panelu III pt. „Polskie diamenty w niemieckiej gospodarce”. Ta część sympozjum została zorganizowana przez Wydział Gospodarczy Konsulatu RP w Kolonii.  Panel otworzył konsul Stanisław Hebda, który wygłosił referat pt. „Osiągnięcia bussinesowe Polaków w Europie” . Obraz sytuacji gospodarczej Polski nakreślony w jego wystąpieniu był , nazwijmy to, huraoptymistyczny . Słuchacze mieli bowiem okazję dowiedzieć się tego, że Polska pod względem ekonomicznym nie tylko gra w pierwszej lidze europejskiej, ale stanowi wręcz nowe centrum europejskiej gospodarki, gdyż przyciąga wielu inwestorów. Taką uprzywilejowaną pozycję zawdzięczamy rzekomo temu, że nasz kraj zamieszkuje wyjątkowo młode społeczeństwo, co ma się odpowiednio przekładać na ekonomiczne wyniki Polski. Atutem polskiej gospodarki jest także jej wysoka innowacyjność, jak również duża liczba absolwentów kierunków informatycznych. Konsul Hebda wskazał na to, że między Frankfurtem a Moskwą, w żadnym mieście nie ma tylu filii międzynarodowych instytucji finansowych co w Warszawie. Wskazał także na to, że Polska, obok Brazylii, Indii czy Chin, jest jednym z najważniejszych państw, w których lokowane są projekty outsourcingowe. Pracę kierowanego przez siebie wydziału określił jako „budowanie mostów”, po to, by oba państwa, a więc Polska i Niemcy, odnosiły wzajemne korzyści ze współpracy gospodarczej.

Po referacie pana konsula odbyła się debata z udziałem kilku Polaków, którzy osiągnęli wysokie pozycje w niemieckich firmach, oraz niemieckiego przedstawiciela firmy Solaris, która jest obecna na rynku niemieckim. Swoje przemówienie pan konsul wygłosił po niemiecku, także i debata odbywała się w tym języku.

Pozwalając sobie na kilka słów komentarza, chciałabym stwierdzić, że przemówienie konsula Hebdy stanowiłoby dobry PR dla Polski w sytuacji, gdyby na sali znajdowali się niemieccy biznesmeni i politycy. Słuchaczami jego wystąpienie byli jednakże Polacy, którzy zdają sobie sprawę choćby z takich faktów jak ten, że wielu młodych rodaków wyjeżdża z Polski, w tym część  prawdopodobnie na stałe. Zagraniczne instytucje finansowe czy też realizatorzy projektów outsourcingowych w dalszym ciągu nie zdołali zbudować silnej polskiej gospodarki narodowej, szczególnie w sytuacji, gdy bilans handlu zagranicznego Polski (przede wszystkim w relacjach z RFN) jest ujemny. Również i debata panelowa mogłaby stanowić dobry PR dla niemieckiej publiczności, gdyż wzięli w niej udział Polacy, którym udało się osiągnąć sukces w niemieckich firmach oraz na niemieckim rynku. Należy mieć więc nadzieję, że Wydział Gospodarczy Konsulatu RP w Kolonii będzie regularnie organizował tego typu imprezy dla niemieckich odbiorców.
Organizacje polonijne
Z punktu widzenia interesu Polonii najbardziej informatywną częścią był panel II, który jak już wspomniałam, poświęcony został kwestii sieci organizacji polskich w Niemczech i w Europie. W referacie sporządzonym przez Michała Nowosielskiego, eksperta ds. polskiej emigracji w Instytucie Zachodnim w Poznaniu, a odczytanym przez pana Wiesława Lewickiego (prezesa Polregio e.V. i Institutu Polonicus) wskazano na najważniejsze przyczyny słabości polskich organizacji polonijnych w Niemczech. Wymieniono między innymi kwestię braku współpracy między Polonią a organizacjami innych grup etnicznych. Współpraca taka mogłaby się przyczynić do skuteczniejszego wywierania nacisku na niemiecką administrację. Poruszona została także kwestia braku masowych organizacji polonijnych. Zwrócono także uwagę na brak zainteresowania organizacjami polonijnymi ze strony młodych Polaków. Wskazano na to, że w aktualnej sytuacji politycznej i społecznej uczestnictwo w organizacjach masowych jest mało atrakcyjne, na znaczeniu zyskują natomiast organizacje, które zajmują się realizacją bardziej skonkretyzowanych celów. Ta ostatnia kwestia stała się przedmiotem pierwszego pytania, które pan Lewicki zadał uczestnikom moderowanej przez siebie debaty panelowej. W debacie tej wzięli udział: Józef Malinowski, przewodniczący Związku Polaków w Niemczech spod Znaku Rodła; Aleksander Zając, prezes Polskiej Rady w Niemczech i kierownik biura Polonii w Berlinie; Basil Kerski, dyrektor Centrum Solidarności w Gdańsku, redaktor naczelny magazynu „Dialog”; Roman Śmigielski, sekretarz generalny Europejskiej Unii Wspólnot Polonijnych (EUWP). 
Józef Malinowski wskazał na to, że najważniejszym celem kierowanej przez niego instytucji jest opiekowanie się Domem Polskim w Bochum oraz stworzenie w nim centrum dokumentacji historii Polaków w Niemczech. Planowane centrum to efekt programu współpracy, jaki parlamenty Polski i Niemiec uchwaliły w 2011 r., w dwudziestą rocznicę podpisania polsko-niemieckiego „Traktatu o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy”.
Roman Śmigielski wskazał na to, że paradoksalnie, sytuacja Polonii na zachodzie jest gorsza niż na wschodzie. Taki stan rzeczy wynika między innymi z tego, że do 1989 r. Polacy koncentrowali się na walce o wolność swojej ojczyzny, natomiast po przełomie zabrakło nowej koncepcji dla organizacji polonijnych. Taka koncepcja do dziś nie została wypracowana, a kadry tych organizacji po prostu się starzeją.  Brak zainteresowania organizacjami polonijnymi ze strony nowych emigrantów wynika także z tego, że wielu z ich przedstawicieli traktuje pobyt za granicą jako emigrację czasową. Jak słusznie zauważył pan Śmigielski, subiektywne postrzeganie własnej sytuacji często rozmywa się z obiektywnym stanem rzeczy, gdyż wiele z tych osób przebywa za granicą już 9 lat i nic nie wskazuje na to, żeby w najbliższym czasie miały one wrócić do kraju. Zdaniem Śmigielskiego, Polacy działający w Polonii powinni silniej otworzyć się na środowisko, w którym przebywają, tzn. nie zamykać się „w swojej twierdzy”. Powinni także udzielać się politycznie, przede wszystkim poprzez partycypowanie w wyborach lokalnych czy też parlamentarnych. Jego zdaniem, każdy wybrany Polak wzmacnia pozycję Polonii w danym środowisku.
Basil Kerski wskazał na to, że Polakom brakuje umiejętności skutecznego uprawiania polityki, szczególnie, jeśli się nas porówna z Niemcami. Jego zdaniem, Polacy powinni brać przykład z Niemców, jeśli chodzi o umiejętność pogodzenia swojej narodowej tożsamości z koncepcją społeczeństwa pluralistycznego. Wskazał przy tym na niemiecką mniejszość w Polsce, która w jego przekonaniu, potrafi łączyć swoją niemiecką tożsamość z polskością. Kerski podkreślił, że Polonia powinna wzmocnić swoją kompetencję kulturową. Promowanie polskości powinno odbywać się w szkołach i innych instytucjach kształtujących kulturę. Nieobecność Polonii w procesach kulturotwórczych skutkuje bowiem polityczną słabością Polaków w Niemczech.
Aleksander Zając przedstawił sytuację biura Polonii w Berlinie. Biuro powstało w połowie ubiegłego roku i także jest wynikiem ustaleń obrad polsko-niemieckiego "okrągłego stołu" i wspomnianego już  „Wspólnego Oświadczenia” z dnia 12 czerwca 2011. Biuro Polonii oraz tworzony przez nie Portal Polonia Viva finansowane są ze środków Rządu Federalnego Niemiec. Pan Zając wskazał na trudności, z jakimi boryka się biuro. Przede wszystkim chodzi o różnice między Polonią a RFN, dotyczące koncepcji prac biura. Niemieckie MSW postrzega biuro jako instytucję, która ma pełnić wyłącznie funkcje reprezentatywne i informacyjne, a także wspierać pracę organizacji polonijnych. Ostatecznie wszystko rozbija się o stopień niezależności tej instytucji, który zgodnie z życzeniem władz niemieckich nie powinien być zbyt wysoki, co jest nie do przyjęcia dla Polonii. Ze względu na niemożność znalezienia wspólnego rozwiązania tej kwestii, nie ruszyło jeszcze finansowanie biura na bieżący rok (na marginesie warto przypomnieć sprawę, która nie była poruszana w dyskusji, a dotyczy umiejscowienia biura w niemieckim budynku rządowym. Oznacza to, że strona niemiecka może w łatwiejszy sposób kontrolować poczynania biura). Pan Zając wspomniał o tym, że został uruchomiony telefon porad prawnych oraz porad psychologicznych. Telefon nie jest finansowany ze środków RFN (konsultanci znajdują się także poza biurem), ale jego funkcjonowanie jest krytykowane przez stronę niemiecką, gdyż jej zdaniem, takie linie telefoniczne powinny prowadzić polskie placówki dyplomatyczne. Pan Zając zapowiedział, że w polskich konsulatach zostanie przeprowadzony cykl szkoleń dotyczących przygotowywania i przeprowadzania projektów. Wskazał na to, że organizacje polonijne nie potrafią skutecznie starać się o granty na przeprowadzanie takich projektów. Na tym polu przegrywają z organizacjami niemieckimi, które w tej kwestii dysponują większym doświadczeniem oraz wsparciem logistycznym. P. Zając wspomniał także o tym, że realizowany jest plan ustanowienia landowych pełnomocników do spraw Polonii.
Podczas dyskusji została wspomniana także sprawa redystrybucji środków przyznawanych przez RFN na działalność Polonii (300 tys. euro rocznie). Uczestnicy panelu krytykowali władze RFN za to, że nie ujawniają informacji o tym, komu przyznawane są te środki. Brak transparencji w tej kwestii prowadzi do wzrostu antagonizmów między poszczególnymi środowiskami polonijnymi. Wspomniana została także sprawa szkolnictwa polskiego – albo raczej jego braku – w RFN. Z sali padł również zarzut pod adresem organizacji polonijnych za brak jakiejkolwiek reakcji z ich strony na sprawę filmu „Nasze matki, nasi ojcowie”.
Wieczorem, po zakończeniu sympozjum, odbyła się uroczysta gala, podczas której wręczone zostały nagrody POLONICUS 2013. Wśród laureatów znaleźli się wspomniany już prof. Władysław Miodunka, Basil Kerski (w kategorii „dialog polsko-niemiecki”), Maria i Czesław Gołębiewscy, właściciele restauracji „Gdańska” w Oberhausen (kategoria „organizacja życia polonijnego”) oraz Andrzej Wajda (laureat nagrody honorowej).
Nowa idea polskości?
Gdy przysłuchiwałam się debacie panelowej poświęconej sprawie organizacji polonijnych, nasunęła mi się pewna refleksja, którą chciałabym się podzielić z Czytelnikami. Moim zdaniem, podstawowym problemem niemieckiej – a prawdopodobnie i całej zachodnioeuropejskiej – Polonii nie jest słabość struktur, ale brak idei, propagowaniu której miałyby służyć te instytucje. Konkretnie chodzi tutaj o ideę polskości. W swoim przemówieniu konsul Hebda wspomniał o tym, że w żadnym innym państwie europejskim nie istnieje tak silne utożsamianie się z ideą europejskości, jak w Polsce.

Moim zdaniem, taki stan rzeczy bynajmniej nie jest wynikiem spontanicznych procesów kulturotwórczych, ale planowo i systematycznie przeprowadzonej akcji dekonstruowania świadomości narodowej Polaków i zastępowania jej przez nową, europejską tożsamość (na wschodzie Polacy nie zostali poddani procesowi „nawracania na europejskość”, stąd też ich świadomość narodowa jest silniejsza). Za pomocą zachodnich fundacji i organizacji (w tym przede wszystkim niemieckich), jak również polskich mediów i instytucji, ściśle współpracujących z zachodnimi organizacjami (przede wszystkim należy wymienić Gazetę Wyborczą), realizowany jest program inżynierii społecznej, którego celem jest stworzenie „Polaka nowoczesnego”, czyli takiego, który odcina się od polskiego katolicko-narodowego dziedzictwa kulturowego.
Przy pomocy metod sterowania społecznego stworzony został negatywny stereotyp Polaka jako ksenofoba, nacjonalisty, homofoba, antysemity, biedaka i życiowego nieudacznika, który pod każdym względem, z takich czy innych powodów, jest „podejrzany”. Jednocześnie stworzony został stereotyp pozytywny „Polaka nowoczesnego”, czyli Europejczyka, który wyznaje „wartości europejskie”, nie zadając sobie przy tym pytania o źródło i wykładnie tych wartości. Stereotyp pozytywny „Polaka nowoczesnego” został jednocześnie tak skonstruowany, że Polacy pełnią w nim rolę zupełnie bierną, to znaczy, są przedstawiani jako naród cywilizacyjnie zacofany, który na swój awans kulturowy może zasłużyć jedynie poprzez bezkrytyczne przyjęcie tego, co narody „bardziej dojrzałe” (jak np. RFN) uznają za właściwe. Ze względu na brak polskich opiniotwórczych i kulturotwórczych elit (te zostały wymordowane podczas II WŚ oraz w czasach stalinowskich, albo zneutralizowane w inny sposób) proces przebudowywania polskiej tożsamości przez ośrodki zagraniczne oraz współpracujące z nimi ośrodki polskie mógł przebiec w sposób niezakłócony (podczas dyskusji Basil Kerski wspomniał o tym, że kierowane przez niego polsko-niemieckie czasopismo Dialog zostało założone w 1987 r. przez Niemca, który nie znał języka polskiego. Także i to pismo służy konstruowaniu nowej świadomości Polaków, zgodnie z wytycznymi niemieckich ośrodków kulturotwórczych). W efekcie, młodzi Polacy wstydzą się swojej polskości i za wszelką cenę chcą być tacy jak „inni”. Jednocześnie nie znają polskiej kultury i historii, więc de facto wstydzą się czegoś, czego nie znają (co wskazuje na to, że mamy  do czynienia z manipulacją). Wiedza mająca służyć rozwojowi polskiego patriotyzmu  jest coraz ściślej limitowana i coraz bardziej zacieśniana do dziedzictwa Solidarności (w tym kontekście należy wspomnieć o kierowanym przez Basila Kerskiego Centrum Solidarności w Gdańsku). Już nawet wokół walki AK przeciwko „nazistom” tworzony jest negatywny stereotyp antysemityzmu (podczas gdy coraz więcej mówi się o niemieckim ruchu oporu i wpaja Niemcom dumę z ich historii).
Istnienie tych dwóch stereotypów w znacznym stopniu utrudnia pracę Polonii, gdyż wielu polskich emigrantów chce jak najszybciej wtopić się w zachodnie społeczeństwa, po to, żeby w ten sposób podbudować własne poczucie wartości. Polskość redukowana jest do pewnego rodzaju „folkloru”, jak np. polskie produkty spożywcze albo gadżety piłkarskie. Duma z Polski sprowadza się do dumy z „udanej transformacji”, czyli dostosowania się do oczekiwań Zachodu.
W związku z tym organizacje polonijne, jeśli nie chcą umrzeć śmiercią naturalną, muszą przyjąć jedną z dwóch strategii działania. Zgodnie z pierwszą z nich powinny włączyć się aktywnie w opisany powyżej proces transformacji świadomości Polaków i funkcjonować jako organizacje pielęgnujące „polski folklor”.
Druga z nich sprowadziłaby się do stworzenia własnego kanonu polskości, czyli przeciwstawienia dwóm wymienionym stereotypom – własnych.  Teoretycznie, drugie rozwiązanie jest możliwe, gdyż Polska dysponuje bogatą kulturą, szczególnie w dziedzinie tolerancji, demokracji czy też konstytucyjności, jak również idei europejskości. W przeciwieństwie jednak do współczesnych „wartości europejskich” ich źródłem nie jest neomarksistowska Nowa Lewica (nawet niemiecka chadecja coraz bardziej odwołuje się do tej właśnie tradycji), lecz chrześcijaństwo oraz klasyczny humanizm (ten ostatni jest współczesnym elitom Niemiec czy Europy zupełnie nieznany, gdyż ich horyzonty intelektualne zazwyczaj nie wykraczają poza okres II WŚ). Polskie organizacje polonijne musiałyby więc stworzyć własny obraz Polaka, który byłby atrakcyjny dla samych Polaków i miał dużą siłę przyciągania. Wokół takiej idei można by stworzyć prężnie działające organizacje polonijne.
Nie żywię właściwie żadnych wątpliwości co do tego, że praktyczne urzeczywistnienie drugiej strategii aktualnie nie jest możliwe. Proces mentalnego ubezwłasnowolnienia Polaków posunął się już tak daleko, że przezwyciężenie tego stanu staje się zdaniem praktycznie niewykonalnym. Opcja taka nadal jednak jest otwarta. Może kiedyś nastaną lepsze czasy dla jej zrealizowania.

8.13.2012

Powstanie warszawskie. Kość niezgody


Rokrocznie wokół obchodów rocznicy wybuchu powstania warszawskiego dochodzi do ostrych słownych przepychanek między "patriotami" i "racjonalistycznymi realistami". Przepychanek, bo trudno to nazwać dyskusją. I tak, z jednej strony mamy apologetów powstania, którzy z ulubieniem powtarzają twierdzenie o odniesieniu przez Polaków zwycięstwa moralnego. Natomiast druga strona odpowiedzialnością za śmierć wielu tysięcy osób oraz zniszczenie stolicy obarcza (wyłącznie) dowódców powstania. W ubiegłym roku miał się nawet odbyć sąd nad powstaniem warszawskim. Oskarżycielami dowódców zbrojnego zrywu mieli być prezydent miasta Stalowej Woli, Andrzej Szlęzak, oraz Janusz Korwin-Mikke. Ostatecznie do procesu nie doszło.  Naprzeciwko siebie stoją więc dwa obozy: pierwszy głośno wykrzykuje patriotyczne hasła, a drugi zaciekle "pałuje" patriotów.   

Niestety, zarówno "patrioci", jak i "racjonaliści" wykazują się fundamentalnym brakiem przytomności politycznej. Obchodzenie rocznicy wybuchu powstanie jest ważne. Nawet bardzo ważne. Wszystko jednak rozbija się o sposób upamiętniania tego wydarzenia. 

Powstanie warszawskie jest wydarzeniem o wielkim znaczeniu historycznym i powinno wreszcie znaleźć godne miejsce w światowej kulturze pamięci dotyczącej II Wojny Światowej. Jednak architekci kultury pamięci  sobie tego nie życzą. W tej chwili to Holokaust zajmuje w niej centralne miejsce. Pokazanie martyrologii narodu polskiego doprowadziłoby do pewnego zrelatywizowania takiego obrazu niemieckich zbrodni. Co więcej, architekci kultury pamięci dbają o to, by światowej opinii publicznej Polska kojarzyła się przede wszystkim – a najlepiej wyłącznie – z "polskimi obozami koncentracyjnymi". Natomiast faktyczny przebieg okupacji niemieckiej w Polsce jest wielkim tematem tabu. Światowa opinia publiczna nie ma ŻADNEGO pojęcia o tym, z jak wielką brutalnością Niemcy traktowali Polaków. Zamiast tego karmiona jest propagandą,  która Polaków przedstawia jako nacjonalistów i antysemitów, którzy gorliwie pomagali Niemcom w mordowaniu Żydów. Utrwalaniu takiego właśnie obrazu służą m.in. produkcje filmowe. I tak, film "Wielki tydzień" Andrzeja Wajdy pokazuje karuzelę, która została ustawiona tuż przy murze płonącego getta w Warszawie. Obraz ten ma być dowodem na niewrażliwość Polaków w obliczu tragedii Żydów (o tym, że karuzela prawdopodobnie została ustawiona z inicjatywy samych Niemców, film oczywiście milczy). Najnowsza produkcja Agnieszki Holland "W ciemności" także powiela obraz Polaków – antysemitów. Warto też zacytować fragment artykułu Pawła Łepkowskiego pt. "Antypolonizm a Żydzi", w którym autor porusza kwestię antypolskiej propagandy:

"Jeżeli ktokolwiek kiedykolwiek bardziej fałszował historię świata niż Hollywood, to należy mu się specjalne miejsce dla VIP-a w piekle. W jednym z pierwszych odcinków serialu telewizyjnego „Wojna i pamięć” jest scena, kiedy polski żołnierz zatrzymuje wyjeżdżający z oblężonej Warszawy samochód, w którym jadą Aaron i Natalie Jastrow. Polski wojak jakimś cudem natychmiast rozpoznaje w bohaterach Żydów, po czym wygłasza plebejski, antysemicki komentarz i nie pozwala na przejazd pojazdu. W innym serialu – pt. „Holocaust” – jest scena, kiedy polscy żołnierze w zielonych mundurach i czapkach-rogatywkach rozstrzeliwują na oczach zadowolonych Niemców powstańców warszawskiego getta. Inna scena z tego serialu pokazuje polskich żołnierzy prowadzących pod karabinami ludność żydowską na Umschlagplatz. Serial „Holocaust” był wyświetlany na History Channel jako znakomity i wierny faktom historycznym obraz przedstawiający zagładę Żydów w czasie II wojny światowej. Obrzydliwym blamażem, bezczelnie fałszującym historię Polski i Polaków czasów okupacji, była inna szmira hollywoodzka pt. „Wybór Zofii”, z Meryl Streep w roli głównej. Bohaterką tego filmu jest głupawa mieszkanka Krakowa, córka polskiego nacjonalisty, który tworzy przed wojną polski plan „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”. Dalsze komentarze pod adresem tego filmowego łajdactwa są zbędne."( http://nczas.com/publicystyka/lepkowski-antypolonizm-a-zydzi/). 

W tym kontekście należy przypomnieć o antypolskiej propagandzie uprawianej swego czasu przez Hollywood, co opisał Michał Biskupski w książce "Nieznana wojna. Hollywood przeciwko Polsce. 1939 – 45". Jednym słowem, nic nowego. Architekci światowej kultury pamięci dbają więc o to, by światowej opinii publicznej niemiecka okupacja w Polsce kojarzyła się w taki oto sposób: Polacy podczas II Wojny Światowej miło spędzali czas, bawiąc się na karuzeli, i gorliwie pomagali Niemcom w przeprowadzaniu Holokaustu (natomiast amerykańska dziennikarka Debbie Schlussel dodałaby, że bilety na karuzelę Polacy opłacili pieniędzmi, które dostali od Niemców za swój współudział w Holokauście…) Co więcej, produkcje filmowe coraz częściej przedstawiają Niemców jako przyjaciół Żydów albo nawet ofiary nazistów. Wystarczy tutaj wspomnieć  "Listę Schindlera"  Stevena Spielberga, "Ucieczkę" Kaia Wessela albo "Walkirię" Bryana Singera (z Tomem Cruisem w roli głównej). 

Architektom nowej światowej polityki historycznej powstanie warszawskie wybitnie nie pasuje do pisanej przez nich opowieści. Powstanie jest bowiem dowodem koronnym na to, że naród polski nie tylko do samego końca walczył przeciwko Niemcom, ale także został  przez nich brutalnie spacyfikowany. Gdyby światowa opinia publiczna dowiedziała się o tym, być może zaczęłaby nawet nam współczuć. A tymczasem nas, polskich bandytów, nacjonalistów i antysemitów,  ma nie lubić nikt. 

Architekci światowej kultury pamięci są więc żywo zainteresowani tym, aby polską kulturę pamięci ukształtować tak, jak to leży w ich własnym interesie. Przepychanki między "patriotami" i "realistami", jak również poglądy reprezentowane przez obie strony, są im jak najbardziej na rękę.  

Zacznijmy od "racjonalistów" i "realistów".  Frakcja ta z ulubieniem powtarza twierdzenie, że główną odpowiedzialność za skutki powstania ponosi dowództwo AK. Twierdzenie to wręcz idealnie wpasowuje się w opowieść pisaną przez architektów światowej kultury pamięci: jak zwykle, wszystko co najgorsze, to my, inni są czystymi jak łza aniołami. A w tym przypadku odpowiedzialność za masakrę ponoszą Niemcy, którzy przecież, zdaniem jednego z przedstawicieli frakcji "racjonalistów", latem 1944 roku zachowywali się zupełnie "racjonalnie". Takie stawianie sprawy wynika między innymi z faktu, że w nowożytności pojęcia "racjonalizmu" oraz "realizmu politycznego" zostały zwulgaryzowane, gdyż zaczęto ich używać dla usprawiedliwiania nawet najbardziej niemoralnych czynów. Wystarczyło, żeby cel tych czynów był "słuszny", czyli aby polegał na zdobyciu albo utrzymaniu władzy (machiawelizm). Dokładnie takie rozumienie "realizmu politycznego" reprezentowane jest przez wspomnianą tutaj frakcję. Działanie "racjonalne" to działanie skuteczne. Liczy się tylko władza i skuteczność. Ci, którzy tej władzy nie mają i próbują po nią sięgnąć, są zwykłymi rebeliantami, których należy doszczętnie zniszczyć. Na gruncie machiawelicznej koncepcji "realizmu politycznego" nie można kradzieży nazwać kradzieżą, czy jakiejkolwiek zbrodni: zbrodnią. To tylko środki techniczne, które okażą się słuszne, jeśli cel zostanie osiągnięty. W tym konkretnym przypadku władzę mieli Niemcy, a utrzymali ją za pomocą dostępnych w tym momencie środków. Jednym słowem, prawowici gospodarze Warszawy, w momencie gdy utracili swoją władzę, stali się zwykłymi bandytami. Natomiast okupanci stali się prawowitą władzą… Niemcy mieli więc "prawo" wymordować wiele tysięcy Polaków oraz zniszczyć stolicę i nie ponoszą za to odpowiedzialności. To "rebelianci" są winni, bo nie powinni byli prowokować władzy.  Ofiara staje się sprawcą, a sprawca ofiarą. Takie stawianie sprawy, oczywiście, jest nie do zaakceptowanie z punktu widzenia katolickiej koncepcji rozumu praktycznego i realizmu politycznego. Zbrodnia jest zbrodnią, a w tym konkretnym przypadku to Niemcy ponoszą główną odpowiedzialność za swoje czyny.

W przypadku dowódców powstania można co najwyżej mówić o przyczynieniu się do powstania szkody. Ostateczne udzielenie odpowiedzi dotyczącej zakresu tej odpowiedzialności wymaga przeprowadzenia starannej analizy w oparciu o głęboką wiedzę historyczną oraz szacunek dla faktów. A tego nie widzę u przedstawicieli frakcji "racjonalistów". Zamiast tego szafują oni na prawo i lewo twierdzeniami, że dowództwo AK wiedziało to a tamto, a siamto i owamto powinno było wiedzieć. Jednym słowem, "racjonaliści" sami przyczyniają się do tego, że prawdziwie naukowe podejście do sprawy ciągle pozostaje w sferze pobożnych życzeń. 

Podsumowując, należy stwierdzić, że frakcja "realistów politycznych" notorycznie pomija milczeniem fakt, że Niemców wtedy w ogóle nie powinno było być w Warszawie, jak również, że to oni mordowali Polaków i niszczyli miasto, a nie dowództwo AK… Takie stawianie sprawy przypomina twierdzenie, że to nie gwałciciel, a ofiara gwałtu jest główną odpowiedzialną za swoją niedolę, gdyż nosiła zbyt krótką spódniczkę… Złodziej, który broni swojej zdobyczy, nie może zostać postawiony na równi – albo nawet wyżej – niż właściciel, który próbuje ją odzyskać.  Frakcja "racjonalistyczno-realistyczna" pracuje więc ręka w rękę z architektami światowej kultury pamięci. Ostatecznie to Polacy mają zostać obarczeni odpowiedzialnością za tę zbrodnię, tak już jak zostali obarczeni odpowiedzialnością za rozbiory i prześladowania ze strony zaborców po wszystkich innych powstaniach. Jednocześnie pruski bandytyzm czy też carski despotyzm i imperializm stały się ucieleśnieniem politycznego "racjonalizmu" i "realizmu"… ( Hannah Arendt ma rację, twierdząc, że nowożytność dokonała  gloryfikacji przemocy.  Ostatecznie racjonalnie i realistycznie działa ten, kto jest po prostu silniejszy). 

Przyjrzyjmy się teraz frakcji "patriotów". Przedstawiciele tego obozu ciągle podkreślają gotowość powstańców do oddania swojego życia za ojczyznę, jak również ich waleczność. Z ulubieniem powtarzany jest też argument o "zwycięstwie moralnym" walczących. Niestety, także i ta frakcja jest na bakier z katolicką doktryną realizmu politycznego. Dlaczego? Ważnym elementem składowym arystotelesowsko-tomistycznej koncepcji rozumu praktycznego jest teoria cnót i wad. Przyjrzyjmy się jej bliżej: 

"Ze względu na osobowę, tj. rozumną i wolną naturę człowieka rozróżniono sprawności dotyczące rozumu dianoetyczne, poznawcze): mądrość, intuicja, nauka, roztropność i sztuka, oraz sprawności dotyczące woli (etyczne): sprawiedliwość, umiarkowanie i męstwo, które w połaczeniu z roztropnością zyskały miano cnót kardynalnych, ze względu na ich najogólniejszy charakter, doniosłość i decydujące znaczenie w życiu człowieka, które zawsze jest moralne—skierowane ku dobru albo złu. Tomasz z Akwinu uważa, ze liczba cnót kardynalnych wynika z formalnych zasad (principia formalia) działania ludzkiego lub podmiotów tych cnót. Pierwsza zasada formalna działania bytu rozumnego jest akt rozumu (w jego funkcji praktycznej), który wymaga roztropności; pozostałe zasady odnoszą się do ludzkich władz pożądawczych: woli i uczuć, ponieważ funkcja cnót polega na doskonaleniu zarówno działania, jak i samego człowieka. Najogólniejsza cnota wprowadzająca rozumność w działanie jest sprawiedliwość, natomiast rozumne ustosunkowanie się do uczuć wymaga dwóch cnót —umiarkowania, które przeciwdziała pożądaniom pociągajacym człowieka do czegoś róznego od nakazów rozumu, oraz męstwa, przeciwdziałajacego uczuciom odciągajacym go od nakazów rozumu, takim jak lęk czy strach przed niebezpieczeństwami lub trudnościami. Od strony podmiotów cnót, roztropność usprawnia rozum kierujący działaniem, sprawiedliwość— wolę, umiarkowanie—uczucia pożądliwe, a męstwo—gniewliwe" (Powszechna Encyklopedia Filozofii, http://www.ptta.pl/pef/pdf/c/cnotyiwady.pdf). 

Dyskusja na temat postaw reprezentowanych przez powstańców powinna skoncentrować się na pytaniu, czy działali oni zgodnie z nakazami rozumu praktycznego, czy też nie; czy ich działanie charakteryzowało się rozwagą i męstwem, czy też przeciwnie, lekkomyślnością i brawurą, które są wadami. Przyjrzyjmy się bliżej opisowi tych oraz kilku innych wad: 

"Wada przeciwna roztropności powstaje zasadniczo z jej braku (imprudentia) i braku starań o jej zdobycie—co jest głównym zadaniem każdego człowieka—albo z jej zaprzeczenia, tj. wykonywania działań pozbawionych jakiegoś istotnego jej składnika: lekkomyślnych (z braku namysłu), porywczych czy impulsywnych, niestałych (nagłe skierowanie ku czemuś innemu i odrzucenie słusznie przyjętego sposobu działania). Wady przeciwne roztropności, aczkolwiek podobne do niej, to skierowanie się ku niskiemu celowi (tzw. roztropność  „ciała”); podstęp (użycie środków niezgodnych z ogólnie przyjętymi zasadami, pozornie dobrych w słowie lub czynie, udawanie); chytrość (obmyślanie takich środków); oszustwo (wykorzystanie ich tylko w czynie). Wadą związana z nieroztropnością jest niedbalstwo, czyli brak troski i dbałości (sollicitudo); polega na powolności namysłu, a szybkości wykonania; pokrewną wadą jest nadmierna dbałość o rzeczy przyszłe i o rzeczy nieistotne"  (tamże).

Natomiast wadą pozostającą w opozycji  do męstwa "jest tchórzostwo, wywołane strachem i lękiem;  cofanie się przed wszelkim złem i unikanie wszelkich trudności. Może istnieć również pewna nieustraszoność, biorąca się z niedoceniania niebezpieczeństwa, a świadcząca o braku należnej miłości siebie, ponieważ lęk jest skutkiem zagrożenia umiłowanego dobra. Wadą powstającą przez nadmiar jest zuchwalstwo, czyli porywanie się na zbyt duże zło (wynika często z próżności i z pychy) i upór (przeciwny wytrwałości), wynikający z nadmiaru wytrwałości przy tym, co nie zasługuje, aby pokonywać zbyt duże trudności. Cechą przeciwną do uporu jest zniewieściałość (miękkość)".  

Nie będę podejmować próby dokonania całościowej oceny działań walczących w postaniu, bo to po prostu jest niemożliwe. Sytuacja każdego z powstańców była inna, każdy przypadek zasługuje na osobne potraktowanie. Czy możliwa jest ocena decyzji podjętych przez dowódców powstania? Na pewno warto rozpocząć dyskusję na ten temat, ale tak jak już wcześniej wspomniałam, w oparciu o dobrą znajomość faktów. Na pewno można jednak postawić ogólną tezę, że roztropność nie jest naszą narodową cnotą. Męstwa nam nie brakuje (albo raczej nie brakowało, bo w tej chwili w Polsce zatriumfowały konformizm i oportunizm), tyle że – w połączeniu z naszą polską lekkomyślnością – często przeradzało się ono w zuchwalstwo (brawurę). Niestety "patrioci" rzadko poruszają tę kwestię. Poglądy reprezentowane przez obóz "patriotów" także więc są na rękę architektom światowej kultury pamięci, gdyż utrwalają nasze narodowe wady, a w szczególności lekkomyślność, zuchwalstwo i naiwność.

Sprawa ma jeszcze jednej aspekt. Ulrike Jureit i Christian Scheider w książce "Gefühlte Opfer: Illusionen der Vergangenheitsbewältigung" („Czucie się ofiarami: iluzje przezwyciężenia przeszłości”) wskazują na pewną kuriozalność niemieckiej kultury pamięci, która polega na tym, że Niemcy utożsamiają się z ofiarami nazistów, a nie ze sprawcami. Patrząc na polską kulturę pamięci o powstaniu warszawskim, można by zaryzykować stwierdzenie, że mamy tutaj do czynienia z przypadkiem dokładnie odwrotnym. Polacy, którzy byli ofiarami Niemców, czują się zwycięzcami… W ten oto sposób następuje niebezpieczne przesunięcie akcentów. Niemcy wprawdzie czują się ofiarami nazistów i solidaryzują się z innymi ofiarami, ale kiedy w grę wchodzą Polacy, to przychodzi im to z wielkim trudem. A my od nich tego nawet nie wymagamy, bo ogłosiliśmy się zwycięzcami… W ten oto sposób rzeczywiści sprawcy tej wielkiej zbrodni stają się bytem zagadkowym, może nawet nierealnym. A stąd już tylko krok do "polskich obozów koncentracyjnych"… 

Pamiętajmy o powstaniu i mówmy o nim głośno, całemu światu. Tak by światowa opinia publiczna wreszcie dowiedziała się o tym, że Polacy jako naród walczyli z Niemcami i że zostali brutalnie przez nich spacyfikowani. Zadbajmy też wreszcie o to, by popsuć dobre samopoczucie wszystkim naszym "sojusznikom", którzy nie udzielili nam wtedy pomocy. To Rosjanie, Anglicy, Amerykanie czy Francuzi ogłosili się politycznymi i moralnymi zwycięzcami. A przecież brak udzielenia pomocy sojusznikowi to poważna plama na honorze, której nie zmyje już chyba nic. Przede wszystkim jednak, musimy głośno mówić o tych wydarzeniach, bo inaczej inni opowiedzą historię za nas. Za przykład niech posłuży fragment broszury wydanej przez Bundeszentrale für politische Bildung (Federalną Centralę Szkolenia Politycznego) Nr 307/ 2010, pod tytułem "Jüdisches Leben in Deutschland” („Życie Żydów w Niemczech”), w którym podana jest kłamliwa informacja o tym, że rzekomo polscy przedstawiciele ruchu oporu nie udzielili pomocy Żydom walczącym podczas powstania w Gettcie Warszawskim… Jeśli będziemy milczeć, to dożyjemy czasów, kiedy symbolem ruchu oporu przeciwko nazistom staną się Stauffenberg & spółka. Wierni słudzy Hitlera, którzy dopiero wtedy zdecydowali się na zamach na jego życie, kiedy przestał być skutecznym…