Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Realpolitik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Realpolitik. Pokaż wszystkie posty

1.08.2014

Nowe zarzuty korupcyjne z Grecji obciążają niemieckie firmy zbrojeniowe

Z wypowiedzi byłego pracownika greckiego Ministerstwa Obrony wynika, że firmy Krauss-Maffei Wegmann, Rheinmetall i Atlas płaciły greckim urzędnikom olbrzymie łapówki, aby podpisać z nimi lukratywne kontrakty na dostawę niemieckiego uzbrojenia do Grecji. Były kierownik wydziału zbrojeniowego Ateńskiego  MON Antonios Kantas twierdzi, że wysokość łapówek, które przyjął, opiewa na sumę około 8 milionów euro, z czego 3,2 miliony pochodzą z samych Niemiec. Kantas zeznaje, że większość umów dotyczyła zakupu pojazdów pancernych, a konkretnie nabycia 170 pojazdów typu Leopard 2. Pomimo trwającego kryzysu, Grecja musiała zapłacić rachunek, który opiewał na 1,7 miliarda euro. Poza tym chodziło o modernizację okrętów podwodnych, sprzedaż systemu obrony przeciwlotniczej „Asrad“ oraz dostawę haubic typu PzH 2000.
Grecki wymiar sprawiedliwości już wcześniej zajmował się interesami niemieckich firm zbrojeniowych w Grecji. I tak jesienią 2013 r. były grecki minister sprawiedliwości Akis Tsochatzopoulos został skazany na karę dwudziestu lat pozbawienia wolności za przyjęcie łapówek w wysokości 55 milionów euro, aby przeforsować w Atenach zakup rosyjskich rakiet przeciwlotniczych oraz niemieckich okrętów podwodnych. W przypadku tych ostatnich chodziło o modele klasy 214, które zostały zaprojektowane przez stocznię Kieler Werft HDW. Pieniądze na łapówkę zostały przetransferowane przez partnera stoczni – Ferrostaal (Essen). Umowa o wartości 2,85 miliarda euro została podpisana w 2000 roku. Już krótko po eskalacji kryzysu w Grecji, krytycy wskazywali na to, że opiewające na wiele miliardów interesy niemieckich firm zbrojeniowych w Grecji w znaczącym stopniu przyczyniły się do tego, że między 2005 a 2009 r. Ateny stały się piątym nabywcą uzbrojenia na świecie. Import broni sprawił, że grecki dług publiczny urósł do gigantycznych rozmiarów, co ostatecznie pogrążyło to państwo w kryzysie.
Dla niemieckiej gospodarki opłacała się więc wielokrotnie krytykowana decyzja berlińskiego Urzędu Kanclerskiego  o wydaniu zgody na przystąpienie Grecji do strefy euro. Urząd był dobrze poinformowany o tym, że bilans handlowy Grecji wykazywał duży deficyt, co w warunkach wspólnej waluty musiało prowadzić do poważnych problemów. Urząd Kanclerski nie przejął się tą informacją, czego pozytywne skutki odczuwa niemiecka gospodarka z jej ekscesywnym eksportem.   

Komentarz Redakcji:

Warto przyjrzeć się bliżej byłemu greckiemu ministrowi sprawiedliwości Akisowi Tsochatzopoulosowi, o którym mowa w powyższym tekście. Jak czytamy na Wikipedii, Akis Tsochatzopoulos wiele lat spędził w Monachium, gdzie m.in. uzyskał dyplom inżyniera. Na odległość wspierał ruch oporu skierowany przeciwko greckim rządom dyktatorskim, z tegoż powodu w 1969 r. został pozbawiony obywatelstwa Grecji. Był członkiem PAK a w 1972 r. został członkiem Rady Narodowej. Po upadku dyktatury w 1974 powrócił do Grecji. W tym samym roku został członkiem założycielem partii  PASOK (Panellinio Sosialistiko Kinima, Panhelleński Ruch Socjalistyczny), do kwietnia 2011 był nieprzerwanie członkiem jej prezydium. Przez 25 lat pełnił różne ministerialne funkcje.
W kontekście tych informacji należy także przypomnieć, że ważną rolę przy obalaniu dyktatur w Grecji, Hiszpanii i Portugalii odegrała niemiecka Fundacja Friedricha Eberta. Warto wspomnieć, że  Socjalistyczna Partia Portugalii została założona w 1973 w Niemczech, w ośrodku szkoleniowym tej Fundacji w Bad Münstereifel. Wspieranie socjalistów przez państwo niemieckie, jak widać, jest bardzo opłacalne zarówno dla niemieckiej gospodarki, jak i niemieckiej polityki.



10.19.2013

RFN dąży do zatarcia się śladów zbrodni niemieckich?

W związku z obchodami 70. rocznicy wybuchu powstania w niemieckim nazistowskim obozie zagłady Sobibór,  14 października b.r. Międzynarodowy Komitet Oświęcimski/Auschwitz zaapelował  do rządu Niemiec o wsparcie prac przy zachowaniu miejsca pamięci, w którym zginęło ponad 250 tys. ludzi.
 
Apel związany jest z tym, że do tej pory strona niemiecka nie wyraziła specjalnego zainteresowania wsparciem projektu mającym na celu upamiętnienie zbrodni popełnionych przez Niemców w tym obozie.  

9.22.2013

Niemiecki raport na temat niepodległości Katalonii

Wpływowa niemiecka »Fundacja Nauka i Polityka – Niemiecki Instytut ds. Polityki Międzynarodowej i Bezpieczeństwa« (Stiftung Wissenschaft und Politik – Deutsches Institut für Internationale Politik und Sicherheit, SWP), która doradza niemieckiemu parlamentowi i rządowi, opublikowała raport na temat możliwości uzyskania niepodległości przez Katalonię. W raporcie pt. „Katalonia na drodze do niepodległości?“ Kai-Olaf Lang rozważa możliwość oraz skutki takiej secesji.

Raport wskazuje na rosnące w Katalonii niezadowolenia z tego, iż rzekomo władze regionu posiadają zbyt mało uprawnień w stosunku do rządu centralnego. Dążenia separatystyczne nasila sytuacja gospodarcza Hiszpanii, a konkretnie pogłębiające się różnice w poziomie zamożności między Katalonią a biedniejszymi regionami kraju. Według władz regionu, Katalonia 8 % PKB oddaje innym regionom Hiszpanii. Tendencje pro-niepodległościowe wyrażają się w szeregu różnych inicjatyw politycznych i społecznych. Według raportu od 2009 r. przeprowadzone zostały liczne – co prawda prawnie niewiążące – „referenda niepodległościowe”, w których rzekomo wzięło udział prawie 900 000 osób. Zorganizowane zostały także marsze pod takimi hasłami jak: „Jesteśmy narodem. My decydujemy”, „Katalonia, nowe państwo w Europie”. Podpisany został także „Narodowy Pakt na rzecz Prawa do Decydowania”, którego stronami są partie polityczne oraz instytucje prywatne – przedsiębiorcy i stowarzyszenia. Obecnie władze Katalonii dążą do zwołania referendum w sprawie uzyskania niepodległości przez ten region.
Raport wskazuje na wzrost popularności partii lewicowych na hiszpańskiej scenie politycznej, w tym przede wszystkim Republikańskiej Lewicy (ERC), która dąży do utworzenia katalońskiego państwa, które stałoby się nowym członkiem UE. Partia ta nie wyklucza możliwość przeprowadzenia „kosowskiego scenariusza”. Także radykalna lewica dąży do suwerenności Katalonii: kwestię społecznej emancypacji łączy ze sprawą narodowego wyzwolenia.
Raport omawia możliwe scenariusze rozwoju sytuacji w regionie. Jeden z nich zakłada, że Katalonia jednostronnie rozpisze referendum, które przez Madryt zostanie uznane za nielegalne. Zgodnie z drugim – po odrzuceniu wniosku o rozpisanie referendum przez rząd centralny, w Katalonii odbyłyby się nowe wybory, w wyniku których partie pro-niepodległościowe mogłyby zdobyć kolejne głosy. Według autora raportu mało prawdopodobny jest scenariusz, zgodnie z którym Madryt zdecyduje się na zwołanie ogólnonarodowego referendum. Co prawda, w skali ogólnokrajowej zabrakłoby wymaganego kworum,  jednakże w samej Katalonii należałoby oczekiwać dużego zainteresowania referendum. Doprowadziłoby do powstania pęknięcia między Katalonią i resztą kraju, a pro-niepodległościowe środowiska mogłyby rozwinąć retorykę stylizującą inne regiony na wrogów Katalonii. Z drugiej jednak strony, gdyby Madryt referendum nie zwołał, w Katalonii zostałoby to potraktowane jako pogwałcenie prawa do samodecydowania i naruszenie zasad demokracji. 
Ostatnia część raportu poświęcona jest europejskim aspektom problemu. Autor stwierdza, że eskalacja konfliktu mogłaby doprowadzić do powstania kryzysu politycznego, który miałby negatywny wpływ na gospodarkę, konsolidację budżetową oraz sektor finansów w Hiszpanii.  W związku z tym autor stawia następujące pytanie: „UE, względnie państwa członkowskie mogłyby w związku z takim rozwojem wypadków znaleźć się w sytuacji, kiedy należałoby zastanowić się, czy wynegocjowanego odłączenia się nie należałoby przedłożyć nad stan ciągłej niestabilności. Gdyby Hiszpania miała osiągnąć prawno-państwowy »point of no return«, w którym zarysowywałoby się wyjście Katalonii z dotychczasowego bytu państwowego,  UE i państwa członkowskie musiałyby jedno wyjaśnić: kto uznałby nowe państwo katalońskie? Czy mogłoby dojść do powstania drugiej konstelacji kosowskiej, podziału UE przy uznawaniu?” Autor dalej zwraca uwagę na to, że Katalonia nie byłaby automatycznie sukcesorem Hiszpanii. Zadaje więc pytanie, jak wyglądałaby sytuacja, w której Katalonia musiałaby ubiegać się o przystąpienie do UE. Czy jej obywatele zachowaliby na czas przejściowy status obywateli UE? A jak wyglądałaby kwestia euro?  W jaki sposób katalońskie firmy (w tym 570 niemieckich) byłyby włączone we wspólny rynek?
Autor stwierdza, że problem kataloński niesie ze sobą nie tylko zagrożenia, ale i szanse. Gdyby zrealizował się scenariusz uzyskania niepodległości przez ten region, wydarzenie to mogłoby stać się podstawą nowego regionalizmu w UE. Na pewno trudno byłoby Hiszpanii utrzymać jedność. Autor stwierdza, że co prawda UE powinna przestrzegać zasady nienaruszenia integralności suwerennych państw, ale powinna być także przygotowana – politycznie i instytucjonalnie – na możliwy podział. Dlatego też powinien zostać przemyślany model, który dla wszystkich umożliwiłby zminimalizowanie negatywnych skutków takiej secesji.  
Komentarz na temat raportu:
 
Komentarz:
Dokument ten zasługuje na uwagę, gdyż to właśnie RFN odegrało kluczową rolę w rozbiciu Jugosławii, w tym także odłączeniu Kosowa od Serbii (co zostało opisane m.in. w godnej polecenia pracy Marka Waldenberga pt. „Rozbicie Jugosławii. Jugosłowiańskie lustro międzynarodowej polityki”). Opisany w raporcie scenariusz na pewno byłby bardzo korzystny dla Niemiec. Rozpad (rozbicie?) Hiszpanii pociągnęłoby za sobą rozpad innych państw (co w raporcie zostało ocenione w jednoznacznie pozytywny sposób).  Procesem regionalizacji zagrożone byłyby Wielka Brytania, Francja, Włochy, Belgia (rozpad tego państwa stałby się bardzo prawdopodobny), a być może także Polska (za sprawą RAŚ). Jednocześnie same Niemcy są jedynym większym państwem w Europie Zachodniej, które nie jest zagrożone „regionalizacją”. Powstanie wielu nowych, mniejszych państw wzmocniłoby geopolityczną pozycję Niemiec, które stałyby się prawdziwym centrum Europy.
Należy zadać pytanie, czy RFN będzie wspierać proces rozpadu Hiszpanii? Według portalu German Foreign Policy, Niemcy już od dawna po cichu wspierają katalońskich separatystów, o czym świadczy np. to, że Katalonia była gościem honorowym frankfurckich Targów Książki w 2007 r., co jest zarezerwowane dla suwerennych państw.  O tym, że Niemcy dążą do regionalizacji Europy pisał Pierre Hillard  w książce pt. „Mniejszości i regionalizmy w federalnej Europie Regionów. Dochodzenie w sprawie niemieckiego planu, który wstrząśnie Europą” („Minorites et regionalismes dans l`Europe Federale des Regions. Enquete sur le plan Allemand qui va buleverser l`Europe”, główne tezy tej pracy zostały zreferowane przez Jana Engelgarda w tekście pt. „Regionalizacja jako instrument likwidacji państw narodowych”).
Należy być pewnym, że w przypadku uzyskania niepodległości przez Katalonię, Niemcy wysłaliby tam liczny sztab swoich ekspertów, mających wspierać Katalończyków w budowaniu swojego nowego państwa. (MZ)

4.24.2013

Wojna czy interwencja humanitarna?

Jedną z charakterystycznych cech współczesnej polityki, jest "czarowanie rzeczywistości" za pomocą manipulacji dokonywanych w języku. Przykładem tego jest powolne usuwanie z języka słowa "wojna" i zastępowanie go przez pojęcie "interwencji humanitarnej". Proceder taki związany jest z szerszym procesem polegającym na przebudowywaniu struktury prawa międzynarodowego. Wykształcone w okresie nowożytności prawo międzynarodowe opierało się na zasadzie suwerenności państw, które były jego jedynymi podmiotami. Każda zbrojna interwencja państw obcych na obszarze innego państwa była traktowana jako przejaw agresji.

Wraz z narastaniem znaczenia koncepcji praw człowieka po II WŚ, coraz częściej pojawiały się postulaty, by także stosunki międzynarodowe uregulować zgodnie z wymogami praw człowieka. Nie będę tutaj opisywać różnych aspektów tej problematyki, gdyż na ten temat powstały już setki publikacji. Chciałabym tylko zwrócić uwagę na jedno wybrane zagadnienie. Konkretnie chodzi o problematykę dopuszczalności tzw. interwencji humanitarnych w przypadku, gdy w pewnym państwie dochodzi do naruszania praw człowieka. Coraz częściej pojawiają się głosy opowiadające się za tym, że przeprowadzanie takich interwencji powinno być dopuszczalne przez prawo międzynarodowe. Do tej pory prawo międzynarodowe nie przewidywało – i zdaniem wielu prawników nadal nie przewiduje – takiej możliwości, by państwa, które czują się szczególnie odpowiedzialne za przestrzeganie praw człowieka, mogły zbrojnie napadać na inne państwa celem wymuszenia na nich "właściwego" zachowania.
 
Sprawą bezsporną jest to, że do prowadzenia tzw. misji pokojowych uprawnione jest ONZ. Misje pokojowe ONZ tworzone są na mocy rezolucji Rady Bezpieczeństwa, która określa mandat misji oraz jej wielkość; operacje podejmowane są przy tym jedynie za zgodą głównych stron konfliktu. W przypadku interwencji humanitarnych mamy do czynienia z czymś zgoła innym. Chodzi tutaj o zbrojną napaść na państwo, dokonaną przez inne państwa, ONZ nie dysponuje bowiem regularną armią. Oczywiście nie każde naruszenie praw człowieka miałoby usprawiedliwiać taką interwencję, zwolennicy takiego rozwiązania wymieniają w tym kontekście przede wszystkim popełnianie zbrodni przeciwko ludzkości na szeroką skalę. Protagoniści legalizacji interwencji humanitarnych podają także dodatkowe kryteria, które powinny być spełnione, aby sama interwencja nie oznaczała łamania praw człowieka. Nie zamierzam wgłębiać się także i w tę problematykę, gdyż również na ten temat dostępnych jest wiele prawniczych publikacji (jak np.: http://www.stosunki.pl/?q=content/prawo-do-interwencji-humanitarnych). Zamiast tego chciałabym skoncentrować się na polityczno-ideologicznych aspektach poruszanego tu zagadnienia.
 
Mimo że kwestia interwencji humanitarnych jak do tej pory nie została uregulowana w prawie międzynarodowym, interwencje takie zostały dokonane w Jugosławii w 1999 oraz w Libii w 2011 r. Warto zatrzymać się przy tym pierwszym wydarzeniu, był to bowiem pierwszy przypadek, kiedy atak grupy państw (NATO) na inne państwo (Jugosławię) został dokonany właśnie pod szyldem interwencji humanitarnej. Wielu przeciwników tej agresji już wtedy podkreślało przełomowość tamtego wydarzenia, dostrzegając w nim precedens, który może stać się podstawą przyszłego ładu międzynarodowego (albo nieładu, jak to trafnie określił Marek Waldenberg). Kazus Libii potwierdził te obawy. Także wojna w Iraku wpisuje się w logikę nowego porządku międzynarodowego, w tym przypadku jednak pojęcie interwencji humanitarnej nie było wymieniane jako główna przesłanka prowadzenia tej wojny (a jednak była to wojna). Przypadek Jugosławii potwierdził także inne obawy przeciwników koncepcji legalizacji interwencji humanitarnych. Przede wszystkim chodzi tu o rolę medialnej dezinformacji, które celem było dokonanie manipulacji opinią publiczną w celu pozyskania jej przychylności dla agresji NATO na Jugosławię. Należy także wspomnieć o politycznej i ekonomicznej presji, jaka była wywierana przez NATO na Jugosławię, w celu osłabienia tego państwa, i jednoczesnym dostarczaniu broni dla kosowskich terrorystów, przede wszystkim przez USA i RFN. Nie ulega bowiem wątpliwości, że atak NATO na Jugosławię był elementem amerykańskiej i europejskiej (głównie niemieckiej) Realpolitik, którego celem było zniszczenie Jugosławii jako przeszkody na drodze do ustanowienia własnej hegemonii na Bałkanach (tematykę tę szczegółowo opisał wspomniany już Marek Waldenberg w książce pt. "Rozbicie Jugosławii", odsyłam Czytelników do tej wyjątkowo rzetelnej i pouczającej pracy). Przypadek Libii właściwie niczym nie różni się od kazusu jugosłowiańskiego.
 
Mimo ogromnego pola do nadużyć w zakresie takich interwencji humanitarnych, koncepcja ta znajduje coraz więcej zwolenników, przede wszystkimi w środowisku Nowej Lewicy. Chciałabym tu wskazać na tekst Jürgena Habermasa pt. "Bestialstwo i humanitarność. Wojna na granicy prawa i moralności" (Bestialität und Humanität. Ein Krieg an der Grenze zwischen Recht und Moral), który został opublikowany 29 kwietnia 1999 w "Die Zeit". Data ukazania tego tekstu nie jest przypadkowa. Trwał wtedy jeszcze atak na Jugosławię, gdyż wbrew zamierzeniom przywódców NATO, planowany "Blitzkrieg" się nie powiódł. Przyzwolenie opinii publicznej na tę "interwencję" z każdym dniem malało. Swoim tekstem Jürgen Habermas próbował dostarczyć moralnej legitymizacji dla bombardowania Jugosławii przez Sojusz (przede wszystkim chodziło tu o zdobycie poparcia dla polityki niemieckiego ministra spraw zagranicznych J. Fischera, zagorzałego zwolennika tej wojny, który przewodził w końcu, jak by nie było, pacyfistycznej Partii Zielonych…). Ostatecznie, przed Trybunałem w Hadze stanął Milošević, a nie odpowiedzialni za zabijanie cywilnej ludności w Jugosławii przywódcy NATO. Jak widać, koncepcja, której bronił Habermas, zwyciężyła. Warto więc bliżej przyjrzeć się temu tekstowi (artykuł jest dostępny online: http://www.zeit.de/1999/18/199918.krieg_.xml).
 
Habermas otwarcie przyznaje, że według klasycznego prawa międzynarodowego zbrojne "mieszanie się" w wewnętrzne sprawy suwerennego państwa stanowi naruszenia zakazu interwencji. Prawo międzynarodowe po prostu nie dopuszcza takiej możliwości. W przypadku wojny jugosłowiańskiej Sojusz Północnoatlantycki działa bez mandatu Rady Bezpieczeństwa, co oczywiście stanowi naruszenie zasad klasycznego prawa międzynarodowego. Habermas wskazuje na to, że NATO uzasadnia swoją interwencję jako niezbędną pomoc świadczoną prześladowanej mniejszości etnicznej i religijnej. Niemiecki filozof w pełni podziela przekonanie przywódców Sojuszu o konieczności podjęcia takiej interwencji. W swoim tekście powołuje się – oczywiście bez podania konkretnych dowodów – na to, że Serbowie rzekomo prowadzili na kosowskich Albańczykach "zaplanowaną czystkę etniczną". Jego zdaniem, Zachód miał obowiązek powstrzymać serbski "morderczy nacjonalizm etniczny".
 
Bez posiadania mandatu Rady Bezpieczeństwa, państwa interweniujące mogą powoływać się wyłącznie na obowiązujące erga omnes prawa człowieka. Jego zdaniem, jest to wystarczająca legitymacja do "niesienia pomocy" prześladowanym mieszkańcom Kosowa. Zdaniem Habermasa konkretną podstawą legitymizującą tę interwencję są prawa mieszkańców Kosowa do równoprawnej koegzystencji. Co ważne, Habermas przywołuje także "oburzenie na bezprawie brutalnych wypędzeń" (die Empörung über das Unrecht der brutalen Vertreibung) jako powód do rozpoczęcia interwencji humanitarnej (punkt ten jest ważny z tego powodu, że postuluje, by subiektywne stany emocjonalne pewnej grupy osób były traktowane jako przesłanka przyznania pewnej grupie, nawet innej, konkretnych roszczeń prawnych). Jednym słowem, bombardowania Jugosławii przez NATO są zgodne z założeniami polityki na rzecz praw człowieka, a atak należy potraktować jako misję na rzecz pokoju.
 
Habermas idzie dalej i stwierdza, że zgodnie z tą "zachodnią" interpretacją wojny w Kosowie, może ona oznaczać skok na drodze od klasycznego prawa międzynarodowego do stworzenia kosmopolitycznego prawa obywateli świata (kosmopolitisches Recht einer Weltbürgergesellschaft). Habermas pisze:
 
"Tym samym możliwość transformacji prawa międzynarodowego w prawo obywateli świata stała się sprawą aktualną. Pacyfizm prawny chce nie tylko za pomocą prawa międzynarodowego opanować tłumiony stan wojny między suwerennymi państwami, lecz go znieść i zastąpić przez prawny porządek kosmopolityczny. Od Kanta do Kelsena taka tradycja istniała także i u nas. Ale dzisiaj została ona przez niemiecki rząd po raz pierwszy potraktowana poważnie. Bezpośrednie członkostwo w związku obywateli świata chroniłoby obywateli państw przed samowolą ich własnych rządów. Najważniejszą konsekwencją prawa, które przenika przez suwerenność państw, jest, jak się okazuje w przypadku Pinocheta, osobista odpowiedzialność funkcjonariuszy za ich przestępstwa popełnione w służbie państwowej i wojskowej".
 
Habermas wskazuje na to, że istnieją jednak obawy, iż – ze względu na przedłużającą się wojnę – z realizacji tego projektu nic nie będzie. Co więcej, może on nawet zostać zdyskredytowany. Gdyby bowiem militarna interwencja zakończyłaby się fiaskiem, projekt poddania stosunków między państwami rządom prawa (durchgreifende Verrechtlichung zwischenstaatlicher Beziehungen) zostałby odłożony na dziesięciolecia. Natomiast interwencja NATO pozostałaby tylko "ordynarną wojną", nawet "brudną wojną", która Bałkany pogrążyłaby w jeszcze większym chaosie. Habermas ostatecznie stwierdza: "I czy nie byłoby to wodą na młyn Carla Schmitta, który już zawsze "wiedział lepiej": "Kto mówi ludzkość, chce oszukać" ("Wer Menschheit sagt, will betrügen")? To on wyraził swój antyhumanizm w słynnej formie: "Humanitarność (człowieczeństwo), bestialstwo" ("Humanität, Bestialität")".
 
Habermas wskazuje na pewien dylemat związany z koncepcją suwerennego państwa demokratycznego w kontekście problemu legalizacji interwencji humanitarnych. Z jednej bowiem strony to właśnie demokratyczne państwo uczyniło najwięcej dla prawnego ograniczania politycznej przemocy, a podstawą koncepcji demokratycznego państwa prawa jest zasada suwerenności podmiotów uznanych przez prawo międzynarodowe. W przypadku stworzenia światowego społeczeństwa obywatelskiego zasada niezależności państwa narodowego zostałaby podważona. Habermas zadaje więc uzasadnione pytanie: "Czy zderza się tu oświeceniowy uniwersalizm z uporem politycznej władzy, której na trwałe przypisany jest popęd do kolektywnej autoafirmacji (Selbstbehauptung) partykularnej wspólnoty politycznej? To jest realistyczna sól w oku polityki praw człowieka".
 
Habermas przechodzi więc do krótkiego omówienia sporu między realistyczną a prawnoczłowieczą koncepcją stosunków międzynarodowych. Przypomina, że podstawą klasycznego porządku międzynarodowego stanowi Pokój Westfalski z 1648 r. Wtedy też narodziła się realistyczna szkoła myślenia o stosunkach międzynarodowych. Zdaniem Habermasa, klasyczne podejście nie wytrzymuje jednak próby czasu w sytuacji, kiedy państwa konfrontowane są z problemem mnożących się wzajemnych zależności, wynikających z coraz bardziej kompleksowego charakteru społeczeństwa światowego. Wiele problemów państwa mogą rozwiązać tylko poprzez kooperację. Habermas wskazuje na zwiększającą się rolę i zagęszczenie instytucji ponadnarodowych, architekturę i procedury systemu bezpieczeństwa zbiorowego, ekonomizację polityki zagranicznej, jak również zacieranie się granic między polityką wewnętrzną i zewnętrzną. Habermas krytykuje realistów przede wszystkim za to, że ich pesymistyczny obraz człowieka i błędne pojęcie polityczności tworzą tło dla doktryny, która odmawia legalizacji interwencji humanitarnych. Habermas nie może bowiem zgodzić się na to, że realiści dążą do utrzymania status quo w stosunkach międzynarodowych. A polega ono na tym, że niezależne państwa, nieskrępowane żadnymi zewnętrznymi normami prawnymi, mogą działać według własnego uznania i bez żadnych ograniczeń realizować swoje własne interesy.
 
Habermas stwierdza, że z punktu widzenia realistów: "Z takiego punktu widzenia interwencjoniści działający na rzecz praw człowieka popełniają błąd kategorialny. Nie doceniają i dyskryminują w pewnym stopniu "naturalną" tendencję do autoafirmacji (Selbstbehauptung). Chcą narzucić normatywne miary sile (Gewaltpotential), która wyrywa się normowaniu. Carl Schmitt zaostrzył tę argumentację poprzez swoją osobliwie ustylizowaną "istotę" polityczności. Podejmując próbę "moralizowania" z gruntu neutralnej racji stanu, twierdził [Carl Schmitt] tak: polityka praw człowieka sprawia, że nawet pierwotna (naturwüchsig) walka narodów wyrodnieje w kierunku przerażającej "walki przeciwko złu"".
 
Habermas wskazuje jednak na to, że to właśnie szkoła realistyczna jest odpowiedzialna za wiele "moralnie doniosłych wydarzeń" XX wieku, przede wszystkim za totalitaryzmy i Holokaust. Habermas odwraca więc argument realistów, twierdząc, że właśnie dlatego należy dążyć do globalnego zinstytucjonalizowania ochrony praw człowieka, aby to prawne mechanizmy, a nie argumenty moralne były podstawą interwencji humanitarnych. Dzięki instytucjonalizacji prawa obywateli świata (Die Unterinstitutionalisierung des Weltbürgerrechts) rozwiązałby się podstawowy dylemat dotyczący polityki na rzecz praw człowieka, związany z pytaniem o to, czy stosowanie siły jest właściwą drogą do ustanowienia kosmopolitycznego społeczeństwa obywatelskiego. Habermas stwierdza więc: "Dopiero wtedy, kiedy dla praw człowieka znajdzie się miejsce w demokratycznym ogólnoświatowym porządku w sposób podobny, jak dla praw podstawowych w naszych narodowych konstytucjach, będziemy mogli wyjść z założenia, że adresaci tych praw jednocześnie postrzegają samych siebie jako ich autorów". Habermas przyznaje, że "Serbowie, którzy tańczą na ulicach Belgradu", nie są "jak stwierdził Slavoj Žižek: "ukrytymi Amerykanami, którzy czekają na to, by ich wyzwolić spod jarzma nacjonalizmu". Porządek polityczny, który gwarantuje wszystkim obywatelom takie sama prawa, jest im narzucany siłą". Habermas rozumie wprawdzie ten zarzut, ale jego zdaniem, interweniujące państwa demokratyczne działają paternalistycznie, co jego zdaniem jest uzasadnione z ważnych względów moralnych: "Jednakże kto działa w świadomości nieuniknioności przejściowego paternalizmu, wie także, że władza, którą sprawuje, nie posiada jakości legitymowanego w ramach demokratycznego światowego społeczeństwa obywatelskiego przymusu prawnego". Dylemat koncepcji prawnoczłowieczej sprowadza się więc do stwierdzenia, że zwolennicy kosmopolitycznego porządku prawnego, którzy życzą sobie jego urzeczywistnienia, powinni działać tak, jakby ten porządek już istniał. Zdaniem Habermasa, nie można bowiem dopuścić do tego, by obywateli wielu państw zostawić na pastwę "zbirów". Władza w wielu państwach przerodziła się w terroryzm, co sprawia, że klasyczna wojna domowa zamienia się w masowe zbrodnie. W takich przypadkach sąsiednie państwa demokratyczne muszą mieć możliwość udzielenia ludności tych państw odpowiedniej pomocy. Zdaniem Habermasa, wiele państw "drugiego świata", w tym np. Libia, Irak czy Serbia, przejęło dziedzictwo europejskiego nacjonalizmu, czemu nie można przyglądać się bezczynnie (warto zwrócić uwagę, że Habermas obok Serbii wymienił także Irak i Libię, a więc państwa, które później faktycznie zostały zaatakowane przez Zachód).
 
W ostatnim akapicie tekstu Habermas stwierdza, iż dokonujące się właśnie z użyciem siły "przejście od klasycznej polityki siły (Machtpolitik) do stanu obywateli świata" powinniśmy postrzegać jako proces uczenia się, któremu wspólnie powinniśmy podołać. Przestrzega on przed tym, by samowolne przypisywanie sobie przez NATO prawa do interwencji nie stało się regułą. Jego zdaniem, jedynym środkiem zapobieżenia temu będzie stworzenie określonych mechanizmów prawnych regulujących możliwość przeprowadzania interwencji humanitarnych.
 
Nie sposób w ramach tego tekstu omówić wszystkich zagadnień poruszanych przez Habermasa, jest to temat na osobne opracowanie. Z pewnością należy zatrzymać się na chwilę nad kwestią sporu między "realistami" a "kosmopolitami". Kto ma tu rację, Habermas czy Carl Schmitt? Z jednej strony rację na pewno ma Habermas, twierdząc, że odpowiedzialność za Holokaust ponosi szkoła realistyczna. W końcu Hitler i naziści uznali, że istnienie narodu żydowskiego nie jest zgodne z racją stanu III Rzeszy, i postanowili skutecznie rozwiązać "problem". Na gruncie koncepcji Schmitta, która wyrasta z makiawelizmu i heglizmu, prawo zostało zastąpione przez siłę, której jedynym ograniczeniem są granice skuteczności. Przyjmując taki punkt widzenia sprawę wymordowania kilku milionów Europejczyków przez Niemców należy rozpatrywać wyłącznie w kategoriach rzekomo aksjologicznie neutralnego pojęcia racji stanu. Z drugiej jednak strony rację ma Schmitt, który przestrzega przed równie brutalną "walką ze złem" toczoną pod hasłami obrony praw człowieka i humanizmu. Także i w tej kwestii dysponujemy już bogatym doświadczeniem empirycznym, wystarczy wskazać chociażby na wojnę w Jugosławii, czy też toczący się właśnie konflikt w Syrii.
 
Kluczową kwestią dla problemu interwencji humanitarnych jest wspomniana przez Habermasa sprawa dobrej albo złej natury człowieka. Habermas słusznie wskazuje na to, iż tradycja realistyczna stoi na gruncie poglądu, że człowiek jest dogłębnie zły. Z tego przekonania wynika szerokie przyzwolenie przez realistów na stosowanie przemocy w polityce. Habermas, który porusza się w obrębie oświeceniowo-marksistowskiej tradycji, stoi na gruncie przekonania o tym, że człowiek z natury jest dobry. Zły natomiast jest system, dlatego też należy go zmienić. Habermas rzeczywiście wydaje się wierzyć w to, że po ustanowieniu kosmopolitycznego prawa zło zniknie z tego świata. Wizja zarysowana przez Habermasa jak najbardziej wpisuje się w tradycję myślenia utopijnego. Habermas zdaje się bowiem nie rozumieć, że po legalizacji interwencji humanitarnych mechanizm ten będzie bez skrupułów wykorzystywany przez silniejszych w celu podporządkowywania sobie słabszych. Legalizacja interwencji humanitarnych na pewno zwiększyłaby "atrakcyjność" wprowadzenia do struktur państw obcych czegoś w rodzaju "V kolumny", gdyż stosowanie metody celowego rozsadzania państw od środka należy do podstawowego instrumentarium polityki realnej. Państwa dotknięte takim problemem nie byłyby w stanie bronić się przed swoim "wrogiem wewnętrznym", gdyż szybko mogłyby zostać oskarżone o rażące naruszanie praw człowieka, a przez to byłyby narażone na "interwencję humanitarną". Habermas zdaje się zupełnie nie dostrzegać tego problemu. Co więcej, w kwestii wojny w Jugosławii przypisuje swojemu własnemu rządowi motywację czysto altruistyczno-idealistyczną, nie dostrzegając, że wojna ta służyła zniszczeniu znienawidzonej przez niemieckich realpolityków Serbii, a tym samym, umocnieniu pozycji RFN na Bałkanach. Jednym ze sposobów przeciwdziałania popełnianiu masowych zbrodni byłoby wprowadzenie skutecznych mechanizmów kontroli handlu bronią, jak i "prania brudnych pieniędzy", za które ta broń jest kupowana. Realizacja utopijnej wizji Habermasa przyczyniłaby się jednakże do tego, że przemysł zbrojeniowy jak i międzynarodowa finansjera, zgodnie z właściwą sobie logiką działania, postrzegałyby w takich "interwencjach humanitarnych" atrakcyjne źródło dochodu. Atrakcyjne, gdyż w końcu nie chodziłoby tu o wojnę, tylko interwencje humanitarne, dzięki czemu wspomniane branże mogłyby poprawić własny wizerunek…
 
Problemy wynikające z poglądów Schmitta i Habermasa wynikają z tego, że obydwaj odrzucają klasyczną koncepcję logocentryzmu, zakładającą, że prawdziwy porządek musi znajdować swoje oparcie w Logosie. Koncepcja logocentryczna przyjmuje, że człowiek wprawdzie obarczony jest grzechem pierworodnym, ale mimo wszystko jest zdolny do działania zgodnie z wymogami prawa natury. Koncepcja ta została odrzucona w nowożytności.
 
Cezurą czasową dla koncepcji Schmitta i Habermasa jest porządek wytoczony przez Pokój Westfalski w roku 1648r. Układ międzynarodowy wyłoniony na gruncie Pokoju Westfalskiego został zbudowany na gruzach Christianitas, która opierała się na koncepcji powszechnego prawa natury. Wraz z dokonaniem absolutyzacji suwerenności państwowej został rozpoczęty proces, który musiał doprowadzić do tragedii XX wieku. Polityka na rzecz praw człowieka stanowi dialektyczną negację koncepcji realistycznej, i sama wpisuje się w nowożytną koncepcję państwa totalnego. Na jej gruncie, stworzenie powszechnego stanu prawnego może dokonać się tylko poprzez ustanowienie odpowiednich globalnych struktur (quasi)państwowych. Tylko bowiem "skonstruowanie" ludzkości jako nowego, globalnego suwerena i prawodawcy może zapewnić światu pokój.
 
Tak długo jak nie nastąpi powrót do klasycznej koncepcji prawa natury, będziemy skazani na dialektyczną walkę między tymi dwiema skrajnościami. Na gruncie paradygmatu nowożytnego zakończenie tej walki może nastąpić tylko poprzez syntezę realizmu i kosmopolityzmu w postaci (quasi)państwa światowego, które będzie mogło posunąć się do zastosowania wszelkich środków w celu obrony swojej racji stanu. Przemoc wprawdzie zostanie ujęta w karby koncepcji praw człowieka, jednakże wystarczy, by przeciwnicy takiego (quasi)państwa zostali ucharakteryzowani na wrogów demokracji, praw człowieka i postępu, a ich "neutralizacja" nie będzie stanowiła żadnego problemu. Niestety, w przypadku powstania takich struktur żadna interwencja humanitarna nie będzie już możliwa, gdyż po prostu nie będzie nikogo, kto mógłby interweniować. 
J

12.13.2012

Neokolonializm w natarciu (2)

(Pierwsza część tekstu: http://magdalenazietek.blogspot.de/2012/11/neokolonializm-w-natarciu.html)


W ramach drugiej części opracowania chciałabym przedstawić podstawowe założenia koncepcji pracy Fundacji Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie, jak również wytyczne planowanej wystawy stałej (koncepcja ta dostępna jest w języku polskim na stronie http://sfvv.de/sites/default/files/downloads/koncepcja_sfvv_2012.pdf).

Zacznijmy od podstawowych informacji dotyczących tego projektu. Pierwsza, ogólna koncepcja centrum wystaw, dokumentacji i informacji w Berlinie, zajmującego się tematyką ucieczki, wypędzeń i migracji przymusowych w XX w., została uchwalona przez Rząd Federalny 19 marca 2008 r. Następnie na podstawie uchwały rządu w dniu 30 grudnia 2008 r. powołano niesamodzielną fundację pod nazwą „Fundacja Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie”, której podmiotem prowadzącym jest Niemieckie Muzeum Historyczne (DHM) w Berlinie.  Jak czytamy w uchwalonej w czerwcu tego roku szczegółowej koncepcji pracy Fundacji (link powyżej), poprzez naukową dokumentację historii czystek etnicznych ma ona przyczynić się - w duchu pojednania i ciągłości polityki porozumienia Republiki Federalnej Niemiec - do pamięci o bezprawiu wypędzeń i potępienia wypędzeń; przy czym ucieczka i wypędzenie Niemców mają stanowić główny akcent pracy Fundacji. 

12.07.2012

Między pruskim a tomistycznym konserwatyzmem

Jest wiele poglądów na temat tego, czym jest konserwatyzm. Można by nawet zaryzykować twierdzenie, że konserwatyzmu jako takiego, czyli nazwijmy to "bezprzymiotnikowego", po prostu nie ma. Każdy, kto uważa się za konserwatystę, musi więc być w stanie dokładniej sprecyzować, jakiej tradycji myślenia konserwatywnego hołduje. Nie oznacza to jednak, że niemożliwa jest dyskusja między tymi różnymi tradycjami. A tym bardziej ich wzajemna krytyka. 

Jednym z najbardziej płodnych polskich przedstawicieli konserwatyzmu jest Adam Wielomski. Nie zamierzam w ramach tego tekstu rekonstruować całości jego poglądu na istotę konserwatyzmu. Chciałabym natomiast skoncentrować się na kilku poczynionych przez niego uwagach. Adam Wielomski mówi bowiem o konserwatyzmie jako takim, właśnie "bezprzymiotnikowym", co moim zdaniem może wprowadzać w błąd mniej oczytanych czytelników. Przede wszystkim jednak jego formuła konserwatyzmu powiązana jest  z określonymi założeniami filozoficznymi, których żaden tomista nie omieszka skrytykować.  

11.13.2012

Gdzie dwóch się bije…

Dziwne rzeczy dzieją się w naszym kraju. Najpierw ni stąd, ni zowąd wybuchła afera Amber Gold, w którą uwikłany jest syn Donalda Tuska. Następnie ekshumacja ciał kilku ofiar katastrofy smoleńskiej pokazała, jak nieudolnie rząd prowadził i nadal prowadzi sprawy związane z tym tragicznym wydarzeniem. Oliwy do ognia dolał artykuł Cezerego Gmyza na temat trotylu na wraku Tupolewa, jak również zwolnienie go z pracy za ten właśnie artykuł. Warto też wspomnieć o komentowanym w polskich środowiskach prawicowych tekście opublikowanym w niemieckim czasopiśmie „Westdeutsche Zeitung”, w którym podana została informacja o tym, że we krwi Remigiusza Musia, który według ustaleń organów ścigania popełnił samobójstwo, znaleziono środki znieczulające albo odurzające (Betäubungsmittel). Po zakończeniu Marszu Niepodległości Polskę obiegły zdjęcia "zbiro-policjantów", czyli chuliganów przebranych za policję, albo policjantów przebranych za chuliganów, którzy wywołali zamieszki podczas Marszu. Jakby tego było mało, polska opinia publiczna została poinformowana o kolejnym niemieckim artykule, tym razem opublikowanym w "Die Welt", pod bardzo wymownym tytułem "Czy śmierć Kaczyńskiego była w interesie Rosji?" (http://wpolityce.pl/wydarzenia/40463-wazna-zmiana-tonu-i-watkow-debaty-niemiecki-die-welt-stawia-otwarte-pytanie-o-zamach-a-zatem-sily-w-rosji). 

Jak widać, atmosfera w Polsce jest mocno podgrzewana. Na wybuch jeszcze chyba za wcześnie, ale w Polsce już wre. Kto na tym korzysta? Na pewno nie Polacy. 

Kilka dni temu niemiecki parlament potępił politykę prezydenta Władimira Putina wobec jego własnych obywateli. Jak czytamy w dokumencie, "Niemiecki Bundestag stwierdza ze szczególnym niepokojem, że od czasu ponownego objęcia urzędu przez prezydenta Władimira Putina w Rosji podejmuje się kroki ustawodawcze i jurystyczne, które w całości mają na celu większą kontrolę nad aktywnymi obywatelami, w coraz większym stopniu kryminalizują krytyczne zaangażowanie oraz oznaczają konfrontacyjny kurs wobec krytyków rządu" (za: http://rebelya.pl/post/2874/bundestag-kontra-putin). Co ciekawe, stanowisko to zostało przyjęte na tydzień przed wizytą kanclerz Angeli Merkel w Moskwie i szczytem rosyjsko-niemieckim. Portal Rebelya podaje dalej, że odpowiedzią były słowa ambasadora Rosji w Niemczech Władimira Grinina – tego samego, który był ambasadorem w Warszawie przed, w trakcie i krótko po katastrofie smoleńskiej – a który w rozmowie z tygodnikiem "Der Spiegel” stwierdził, że niczego konstruktywnego w tym tekście nie odkrył. 

Uchwała niemieckiego parlamentu nie jest żadnym zaskoczeniem. Do przewidzenia było, że Niemcom coraz bardziej będzie przeszkadzał fakt, że Putin nie chce przeprowadzić w Rosji reform, których życzy sobie RFN. Chodzi oczywiście o wprowadzanie "standardów europejskich" przy pomocy licznych niemieckich fundacji i innych ekspertów finansowanych przez RFN. Podczas gdy w Polsce jedną z najważniejszych instytucji kształtujących politykę jest Fundacja Adenauera, w Rosji Putin doprowadził do uchwalenia ustawy, która zagraniczne fundacje – zupełnie słusznie – traktuje jako narzędzie obcej agentury. Niemcy postanowili więc przywołać Rosję do porządku i zaczynają robić jej czarny PR. 

Co sprawa tej uchwały ma wspólnego z Polską? Moim zdaniem, istnieje poważne niebezpieczeństwo, że niemieccy realpolitycy po raz kolejny wykorzystają wojnę polsko-polską i naszą rusofobię do swoich własnych celów. Uważam, że między innymi nie zawahają się użyć sprawy katastrofy smoleńskiej do robienia czarnego PR Rosji. Od razu podkreślam, że nie twierdzę, iż maczali oni palce we wszystkich "dziwnych" wydarzeniach, które wymieniłam na początku tego tekstu. Trudno podejrzewać ich o to, że np. pomagali w przebieraniu się policjantów za chuliganów albo chuliganów za policjantów. Wystarczy jednak, że odpowiednio wykorzystują dla siebie sytuacje stworzone bez ich własnego udziału. Nie ulega natomiast wątpliwości, że podsycanie w Polakach rusofobii zawsze było niemiecką specjalnością. Stąd też należy ostrożnie podchodzić do nagłego zainteresowania niemieckich dziennikarzy katastrofą smoleńską i samobójstwem Remigiusza Musia. Prawdopodobnie związane jest ono jest z nowymi wytycznymi niemieckiej polityki. Czy jesteśmy przygotowani do tego, żeby odpowiednio na nią zareagować? Wcale nie. 

Nie jesteśmy przygotowani, bo nie wyciągnęliśmy żadnych wniosków z przeszłości. Przyjrzyjmy się na przykład sprawie powstania styczniowego. Ilu Polaków wie, że to Bismarck podsycał w Polsce antyrosyjskie, a w Rosji antypolskie nastroje? Polityka Wielopolskiego najbardziej przeszkadzała Prusom, dlatego też robiły mu czarny PR (który do dziś jest podtrzymywany). Jak pisał Stanisław Cat-Mackiewicz: "O ile Francuzi popierają Wielopolskiego w jego programie, o tyle Bismarck patrzy na niego z nienawiścią. Jeszcze będąc przedstawicielem Prus w Petersburgu, Bismarck idzie tak daleko, że rozpuszcza idiotyczną plotkę, iż Wielopolski chce otruć Aleksandra II. Bismarck zrobiłby wszystko, co może, aby podsycić opór „czerwonych” i opór Andrzeja Zamoyskiego przeciwko polityce Wielopolskiego" (Stanisław Cat-Mackiewicz, Bismarck i Grottger. Fragment książki "Był bal", http://www.konserwatyzm.pl/artykul/5493/bismarck-i-grottger-fragment-ksiazki-byl-bal). Wybuch powstania styczniowego był Bismarckowi jak najbardziej na rękę. Po rozpoczęciu walk szybko zainicjował podpisanie konwencji Alvenslebena, na mocy której Prusy zobowiązały się do udzielania pomocy wojskom rosyjskim, w razie gdyby powstańcy pojawiali się na granicy rosyjsko-pruskiej lub chcieli przeniknąć na terytorium Poznańskiego. Jak pisał Cat-Mackiewicz: "Cesarz serdecznie przyjął Alvenslebena, wyraził mu radość, że wtedy, kiedy inne kraje europejskie z powodu Polaków napadają na Rosję, jedne jedyne Prusy występują z gestem przyjaznym". Gra Bismarcka była jednakże wyjątkowo wyrachowana. Potrzebował on rosyjskiego długu wdzięczności po to, by Rosja nie stanęła na przeszkodzie do zjednoczenia Niemiec pod pruskimi auspicjami. Cat-Mackiewicz słusznie wskazuje na to, że zadeklarował on pomoc  Rosji, by "pokazać Aleksandrowi II, że jest o wiele lepszy dla Rosji niż obrzydliwa Austria. Trzeba pamiętać, że to rok 1863, a więc czasy, w których mózg Bismarcka wciąż się wysila na temat, jak by to wypędzić Austrię z niemieckiej wspólnoty. Poza tym Bismarck nie tylko chce zwycięstwa rosyjskiego nad powstańcami, ale chce także, aby to zwycięstwo nie przyszło Rosji zbyt łatwo i przede wszystkim, nade wszystko, koniecznie, aby pokłóciło Rosję z innymi państwami w Europie. Powstanie polskie jest dla Bismarcka znakomitą okazją do pokłócenia Rosji ze wszystkimi i do zajęcia przez Prusy roli jedynego wiernego przyjaciela mocarstwa rosyjskiego. Konwencja Alvenslebena to okrzyk Bismarcka: „Rosja skłócona z Europą dla mnie”". Rzeczywiście, po pokonaniu Francji przez Niemcy w 1871 roku Rosja nie sprzeciwiła się zjednoczeniu Niemiec przez Prusy (albo raczej ich podbiciu). A co Bismarck mówił o Polakach? Warto jeszcze raz zacytować Cata-Mackiewicza: "Polacy są rozżarzonym żelazem, ale w razie, gdybyśmy mieli wojnę z Rosją, chwycę za to rozpalone żelazo, aby Rosję porazić". 
 
Stało się dokładnie tak, jak chciał tego Bismarck. Jego polityczny "testament" zrealizował Józef Piłsudski. Po "zjednoczeniu" Niemiec Prusy bardzo zapragnęły "zjednoczyć" całą Europę. Na drodze do realizacji ich celu stała carska Rosja. Należało więc ją zniszczyć. W tym celu państwo niemieckie opłacało wszelkiej maści rewolucjonistów i nacjonalistów, którzy spiskowali przeciwko Rosji. Do tej grupy należeli także Piłsudski i Lenin, którzy podjęli współpracę z niemieckim wywiadem. Efekt tej współpracy jest powszechnie znany: bolszewicy zniszczyli Rosję i ustanowili swoje własne rządy. A młode państwo polskie cudem zostało uratowane przed "czerwoną zarazą". Jednym słowem, polskie rozpalone żelazo skutecznie zostało użyte w tym celu, aby Rosję porazić.

Wbrew temu, co twierdzą Wieczorkiewicz, Zychowicz & spółka, na szczęście nie poszliśmy z Niemcami bić Moskala podczas II Wojny Światowej. Wyniknęłoby z tego jeszcze większe nieszczęście niż wspólne bicie Moskala podczas I Wojny Światowej, i to nie tylko dla Polski, ale i całego świata. 

Polska rusofobia jednakże jeszcze raz została wykorzystana przez niemieckich strategów. Przy pomocy polskiej opozycji udało im się doprowadzić do rozpadu Związku Radzieckiego, a tym samym do zjednoczenia Niemiec. Na fali entuzjazmu z powodu odzyskania niepodległości Solidarność zapomniała jednak o "drobnym szczególe", czyli o głębokim przywiązaniu ówczesnych niemieckich elit do granic państwa niemieckiego z 1937 roku. Dla polskich antykomunistów głosy mówiące o niemieckim zagrożeniu były bowiem wyłącznie przejawem radzieckiej propagandy. Na szczęście dzięki naciskom ze strony Margaret Thatcher, Niemcy w końcu uznały granicę na Odrze i Nysie. 

A jak wygląda bilans rzekomego odzyskania przez nas niepodległości? Państwo polskie znajduje się w stanie całkowitego rozkładu, podobnie sprawy się mają z polską gospodarką, kulturą i nauką. Staliśmy się rynkiem zbytu dla niemieckich produktów (jak pokazuje wykres opublikowany na stronie Instytutu Niemieckiej Gospodarki w Kolonii, wartość niemieckiego eksportu do Polski w 2011 roku wyniosła 60,6 mld $, rosyjskiego 21,1, holenderskiego 13,3, włoskiego 13,1, chińskiego 10,9, francuskiego 9,5 mld $: http://www.iwkoeln.de/__extendedmedia_resources/95932/index.html). Prasa znajduje się przede wszystkim w rękach niemieckich koncernów, a światopogląd Polaków kształtowany jest przez takie gadzinówki jak Newsweek czy Fakt. I jak już wspomniałam, jednym z ważniejszych graczy na polskiej scenie politycznej jest Fundacja Adenauera. Jak by tego jeszcze było mało, Niemcy coraz częściej pouczają nas o "polskich obozach koncentracyjnych", jak również zaczynają rozliczać za "wypędzenie" Niemców. Jednym słowem, potwierdziło się dokładnie to, przed czym przestrzegali zwolennicy sojuszu Polski ze Związkiem Radzieckim, a co antykomuniści uznali za zwykłą propagandę: za pomocą Unii Europejskiej Polska została już niemalże całkowicie podporządkowana RFN. 

A teraz przyszedł czas na Rosję. Sprawa Smoleńska świetnie nadaje się do tego, by osłabić pozycję tego kraju. Czy znowu pozwolimy, aby Niemcy w swoim pochodzie po coraz większą władzę posłużyły się Polską, jak to zrobiły w 1863, w czasie I Wojny Światowej i w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia? Powiedzmy to dosadnie:  dzięki polskiej rusofobii, której efektem było powstanie styczniowe,  Prusy dostały od Rosji zielone światło dla podbicia przez siebie Niemiec (nazywanego zjednoczeniem Niemiec). To dzięki polskiej rusofobii Piłsudski grał w tej samej lidze co Lenin, przez co Polska przyczyniła się do zniszczenia Rosji przez państwo niemieckie i bolszewików. To Polska w wydatny sposób przyczyniła się do tego, że po Europie przejechał walec nazywany Unią Europejską, za pomocą której RFN "jednoczy" Europę. Czy w końcu wyciągniemy wnioski z tych oczywistych faktów? Czy też znowu ruszymy na Moskala, aby go "cywilizować" i nawracać na wartości europejskie, a przy okazji pomścić Smoleńsk? Aby następnie po zniszczeniu Rosji rozpuścić się w kontrolowanym przez RFN bloku kontynentalnym? 

Nie, nie jestem zwolenniczką rosyjskiego bizantynizmu i turańszczyzny. Moim ideałem jest cywilizacja łacińska. Podkreślam: cywilizacja łacińska, a nie "wartości europejskie". Niestety, zdecydowana większość  tak zwanej polskiej prawicy nie rozumie, na czym polega różnica między tymi dwiema formami cywilizacyjnymi. Co więcej, wielu "polskich patriotów" przekonanych jest o wyższości cywilizacyjnej Polski nad Rosją, nie zauważając przy tym, że w Polsce dosłownie panuje burdel i że w tej sytuacji nie możemy być żadnym wzorem do naśladowania. Może w końcu najwyższy czas, żebyśmy sobie przypomnieli, że jedną z podstawowych zasad prowadzenia polityki w duchu cywilizacji łacińskiej jest po prostu rozwaga? 

P.S. Czyż nie ma racji Krzysztof Zagozda? Pisze: "Dziś jeszcze raz o Gmyzie z Wikipedii. Tym razem ciekawostka, że ten nowy narodowy bohater  "jest wiceprezesem fundacji Medientandem, zajmującej się polsko-niemiecką współpracą dziennikarską". Co prawda informacja to nie do końca ścisła, bo fundacja jest w stanie likwidacji, ale jej ścisła współpraca (finansowanie) z Fundacją Adenauera chluby nie przynosi (…). Gdyby Gmyz szefował fundacji polsko-rosyjskiej, już zostałby odsądzony od czci i wiary przez elektorat Prawa i Sprawiedliwości. A że niemieckiej? Wszak sąsiedzi zza Odry dobrze nam życzą.  Dopiero pół Polski wykupili" (http://zagozda.nowyekran.pl/post/79146,tego-o-gmyzie-nie-wiedzialem-ciag-dalszy).


9.23.2012

O boskim narodzie


Narodowy socjalizm, jak również II wojna światowa w powojennej Polsce interpretowane były przez pryzmat panującej wtedy ideologii. Analiza tych fenomenów w przeważającej mierze sprowadzała się do krytyki faszyzmu, nacjonalizmu, kapitalizmu oraz imperializmu. Pewną rolę odgrywała także koncepcja Niemiec jako odwiecznego wroga narodu polskiego, który spod niemieckiej okupacji został bohatersko wyzwolony przez Związek Radziecki. Także po 1989 roku dyskusja na te tematy w dużej mierze została poddana wpływom lewicowych ideologii, tym razem nacisk położono na kwestie demokracji, praw człowieka i oczywiście holokaustu. Czasem w dyskusji na temat narodowego socjalizmu pojawia się wątek Dekalogu i wartości chrześcijańskich. W kręgach prawicowych czy też katolickich nie odbyła się jednak żadna pogłębiona debata na temat tego, czym był narodowy socjalizm, i dlaczego II wojna światowa przybrała taką, a nie inną postać. 

Taki stan rzeczy uważam za niepożądany. Narodowego socjalizmu nie można bowiem wyłącznie sprowadzić do kwestii holokaustu albo totalitaryzmu, jak to się coraz częściej czyni. Podobnie, dyskusja na temat stosunku III Rzeszy do Polaków nie może obracać się jedynie wokół sprawy prześladowań rodzimej ludności przez niemieckiego okupanta. Sprawa ma bowiem głębsze dno, które ciągle jeszcze nie zostało dokładnie zbadane. W szczególności, niezbadana została sprawa tego, jakie miejsce zajmował wschód w ideologii narodowego socjalizmu. Moim zdaniem, za dążeniem do  poszerzenia przestrzeni życiowej dla Niemców kryło się coś więcej niż zwykła Realpolitik. 

9.08.2012

Niemiecka pułapka


Od kilkunastu dni w księgarniach dostępna jest książka Piotra Zychowicza "Pakt Ribbentrop-Beck czyli jak Polacy mogli u boku III Rzeszy pokonać Związek Sowiecki". Autor stara się w niej udowodnić, że  w 1939 Polska powinna była pójść na "bolesne prestiżowe ustępstwa" i zawrzeć przejściowy sojusz z Niemcami. 

Zdaniem Zychowicza można było w ten sposób uniknąć brutalnej niemieckiej okupacji, jak również i sowieckiej. Teza nie jest oryginalna, bo prezentowana była m.in. przez Pawła Wieczorkiewicza, który pisał o wspólnej paradzie zwycięstwa na placu Czerwonym w Moskwie, przyjmowanej przez Hitlera i Rydza-Śmigłego. Wieczorkiewicz był zdania, że w takim wypadku nie doszłoby do zagłady Żydów, którzy byliby wysiedleni z Europy, a nie wymordowani. Po śmierci Hitlera system natomiast złagodniałby. Także Andrzej Piskozub uważa, że Polska powinna była stanąć u boku Hitlera. Piskozub, podobnie jak Piotr Zychowicz, widzi siebie jako kontynuatora linii politycznej reprezentowanej przez Władysława Studnickiego, który był politycznym germanofilem. Niedawno ukazał się również artykuł Krzysztofa Kłopotowskiego pt. "Człowiek stulecia i jego cień" (Rzeczpospolita, w PlusMinus z 11 - 12 sierpnia 2012, pełna elektroniczna wersja tekstu: http://wpolityce.pl/artykuly/34184-czlowiek-stulecia-i-jego-cien-ciagle-malo-wiemy-do-czego-zdolny-byl-churchill), którego autor idzie jeszcze dalej, gdyż czyni Polskę i Anglię współodpowiedzialnymi za wybuch II Wojny Światowej. Kłopotowski powołuje się na książkę Patricka Buchanana „Churchill, Hitler and the Unnecessary War”, której autor twierdzi, że to Churchill wydał Hitlerowi „niepotrzebną wojnę”.  Kłopotowski tak przedstawia stanowisko Patricka Buchanana: 

8.25.2012

Był sobie kiedyś taki list…


Wspólne orędzie Kościoła i Cerkwi jest wydarzeniem o wielkim znaczeniu historycznym i potencjale politycznym, którego nie wolno nam zmarnować. Wydarzenie to często porównywane jest do wymiany listów między polskimi i niemieckimi biskupami z 1965 roku, która powszechnie uważana jest za rozpoczęcie procesu pojednania polsko-niemieckiego. W opinii zdecydowanej większości decydentów politycznych, dziennikarzy oraz działaczy społecznych po obu stronach Odry proces ten został zakończony sukcesem. Wspomniana wymiana listów, jak również orędzie są ściśle ze sobą powiązane. W obu przypadkach przedstawiciele duchowieństwa podkreślali bowiem, że pojednanie między Polakami a Niemcami i Rosjanami może dokonać się tylko w oparciu o chrześcijaństwo. Taki był punkt wyjścia procesu polsko-niemieckiego pojednania, taki jest punkt wyjścia pojednania polsko-rosyjskiego. Czy jednak polsko niemieckie-pojednanie, tak jak jest ono w tej chwili przeprowadzane, rzeczywiście realizuje postulat sformułowany przed laty przez polskich biskupów? Czyż nie jest przypadkiem tak, że odbywa się ono na obcym chrześcijaństwu ideologicznym gruncie? Myślę, że najwyższy czas, żeby polscy katolicy zadali sobie to właśnie pytanie.  

Wątpliwości co do tego, jaki jest ideologiczny grunt polsko-niemieckiego pojednania, nie ma Błażej Lenkowski, który w tekście pt. "Antyliberałowie łączą się" stwierdza:

"Teoretycznie wiadomość o wizycie Cyryla w Polsce powinna cieszyć. Pojednanie między religiami, krok w kierunku pojednania pomiędzy zwaśnionymi narodami to przecież zmiana w dobrym kierunku. Należy jednak zadać sobie pytanie, na jakim gruncie owo pojednanie się dokonuje, kto i w jakim kontekście je zawiera. (…)Szczególnie zaniepokojeni mogą być liberałowie i ci, którym kierunek zmian kulturowych wyznaczony przez Zachód jest bliski. Przecież w Rosji i Cerkwi prawosławnej nie doszło do cudownego nawrócenia na wartości Zachodu: przywiązanie do demokracji i prawa człowieka. To pojednanie pod auspicjami abp. Michalika, jednego z największych zwolenników Radia Maryja w polskim Kościele, zawierane jest pod hasłami obrony przed liberalnym Zachodem wspólnych tradycji i wartości Polski oraz Rosji. (…)Porównania z pojednaniem biskupów polskich i niemieckich są zupełnie nietrafione. Ówczesny Kościół niemiecki funkcjonował w demokratycznym kraju, a polski był podporą demokratycznej opozycji. Teraz Cerkiew ramię w ramię z Putinem tłamsi prawa człowieka w Rosji." (Gazeta Wyborcza, 21.0.2012, http://wyborcza.pl/1,86116,12336422,Antyliberalowie_lacza_sie.html#ixzz24MwtZDWD).

Na szczególną uwagę zasługuje stwierdzenie autora, iż "Ówczesny Kościół niemiecki funkcjonował w demokratycznym kraju, a polski był podporą demokratycznej opozycji". Nie chrześcijaństwo, a wiara w zbawczą moc demokracji rzekomo podzielana przez polskich i niemieckich biskupów przyczyniła się zadaniem Lenkowskiego do  sukcesu polsko-niemieckiego pojednania. Co więcej, autor sugeruje, że polski Kościół katolicki pełnił wtedy rolę demokratycznej opozycji. Autor zdaje się nie dostrzegać, że prymas Wyszyński walczył przeciwko demokracji (sic!) ludowej w celu obrony polskiego Kościoła katolickiego, a nie o demokrację. Co więcej, że tacy przedstawiciele "demokratycznej opozycji", jak Adam Michnik, Jacek Kuroń, Karol Modzelewski, Jan Lityński czy też Seweryn Blumsztajn, twórcy KOR i trockiści walczyli o "socjalizm z ludzką twarzą"… Skąd się więc bierze przekonanie Lenkowskiego, że polski Kościół mimo wszystko był podporą demokratycznej opozycji? Moim zdaniem, wynika to ze skutecznej polityki propagandowej, uprawianej przez Adama Michnika i innych, którzy postawili znak równości między antykomunizmem, prawicowością i katolicyzmem. Kłamstwo, w które uwierzyło wielu członków Solidarności i w które większość Polaków do dziś wierzy. Właśnie dzięki temu kłamstwu mogło zostać przeprowadzone "pojednanie polsko-niemieckie" w takiej formule, w jakiej ostatecznie zostało przeprowadzone: Polaków i Niemców połączyła wspólna wiara w wartości zachodnie, czyli demokrację i prawa człowieka. 

Jak silne jest przekonanie o tym, że polsko niemieckie-pojednanie jest sukcesem, z którego polska prawica może być dumna, świadczą chociażby słowa autorów apelu "Prosimy o wysłuchanie naszej opinii i wycofanie się z podpisania tego niebezpiecznego dla przyszłości Polski wspólnego orędzia", wystosowanego przez Elżbietę Szmidt do bp. Michalika w imieniu "katolickiego laikatu, świeckich prawdziwie zaangażowanych, zatroskanych o obecność wiary, Ewangelii, Chrystusa pośrodku nas i o przyszłość naszej Ojczyzny, zgromadzonych wokół portalu Stowarzyszenia Blogmedia24.pl": 

"Dość przypomnieć, że List biskupów polskich do niemieckich został poprzedzony autentycznym procesem pojednania i był odpowiedzią polskich hierarchów na wieloletnie starania strony niemieckiej. Wyprzedziły go działania kościołów niemieckich, w tym Kościoła ewangelickiego, który w swym memorandum z 1 października 1965 r. wzywał do zaakceptowania granic na Odrze i Nysie oraz do podjęcia dzieła pojednania Niemców ze wschodnimi sąsiadami. Wcześniejszym gestem intelektualistów ewangelickich było tzw. memorandum z Tybingi - przedstawione deputowanym Bundestagu w roku 1961, nawołujące zachodnioniemieckich polityków do odejścia od idei rewizji granic. Okazją do podjęcia procesu pojednania był przede wszystkim Sobór Watykański II, dając możliwość bezpośredniego spotkania przedstawicieli Episkopatów obu krajów. Poprzedziły go wspólne wystąpienia w sprawie beatyfikacji franciszkanina — męczennika Auschwitz — o. Maksymiliana Kolbe czy pielgrzymki niemieckich chrześcijan do miejsc zbrodni hitlerowskich w Polsce. Słowa „przebaczamy i prosimy o przebaczenie” – podpisane m.in. przez kardynała Stefana Wyszyńskiego i biskupa Karola Wojtyłę – były nie tylko aktem mądrości politycznej ówczesnych hierarchów Kościoła, ale wypływały z głębokiego przeświadczenia, że istnieją rzeczywiste warunki pojednania „w tym jak najbardziej chrześcijańskim, ale i bardzo ludzkim duchu”. Jeśli ówczesne władze komunistyczne zareagowały z wściekłością na orędzie polskich biskupów – to również dlatego, że było ono wyrazem ewangelicznej i chrześcijańskiej postawy" (Prezes Zarządu Elżbieta Szmidt http://wpolityce.pl/artykuly/33905-prosimy-o-wysluchanie-naszej-opinii-i-wycofanie-sie-z-podpisania-tego-niebezpiecznego-dla-przyszlosci-polski-wspolnego-oredzia). 

Autorzy tego apelu twierdzą, że "List biskupów polskich do niemieckich został poprzedzony autentycznym procesem pojednania i był odpowiedzią polskich hierarchów na wieloletnie starania strony niemieckiej". W intencji autorów stwierdzenie to ma być koronnym dowodem na chrześcijański charakter pojednania, które rzekomo dokonało się między obydwoma narodami.  Niestety, twierdzenie "o wieloletnich staraniach strony niemieckiej" nie odpowiada prawdzie. Aż do lat 80. strona niemiecka nie wykazała większego zainteresowania pojednaniem z Polakami, a list polskich biskupów przez niemiecki episkopat został przyjęty z olbrzymią powściągliwością. Proces pojednania ruszył z miejsca dopiero po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce, kiedy to Niemcy odkryli, że przy pomocy Polaków mogą obalić komunizm…  Wygłaszanie fałszywych twierdzeń jak wyżej przytoczone przyczynia się więc do tego, że Polacy utwierdzani są w błędnym przekonaniu o tym, że pojednanie polsko-niemieckie rzeczywiście zostało przeprowadzone na gruncie chrześcijaństwa. 

Warto zatem przyjrzeć się okolicznościom powstania listu polskich biskupów do niemieckich oraz jego wpływu na przebieg pojednania polsko-niemieckiego. W dalszych rozważaniach będę opierać się na pracy wydanej przez Basila Kerskiego, Tomasza Kycia oraz Roberta Żurka, "Przebaczamy i prosimy o przebaczenie". Orędzie biskupów polskich i odpowiedź niemieckiego episkopatu z 1965 r. Geneza. Kontekst, Spuścizna (Olsztyn 2006).  

Autorzy tego opracowania jednoznacznie wskazują, że poza Memoriałem ogłoszonym przez Kościół ewangelicki strona niemiecka nie podjęła żadnej znaczącej inicjatywy mającej na celu rozpoczęcie procesu pojednania polsko-niemieckiego. Takich kroków nie podjął niemiecki Kościół katolicki, takich kroków nie podjął rząd Adenauera. List biskupów polskich do niemieckich od początku do końca był inicjatywą polską, w żaden sposób niesprowokowaną przez "wieloletnie starania strony niemieckiej". W liście tym biskupi polscy zapraszali przedstawicieli niemieckiego episkopatu do udziału w centralnych uroczystościach milenijnych na Jasnej Górze. Jednocześnie list miał doprowadzić do pojednania między obydwoma narodami, tak aby w ten sposób przygotować Polaków do obchodów Millenium chrztu Polski. 

Jak wskazują autorzy opracowania, inicjatywa pojednania na dobrą sprawę powinna była wyjść ze strony Niemiec. Tak się jednak nie stało. Co więcej:

"W porównaniu z tym krokiem biskupi niemieccy byli w swojej reakcji bardzo powściągliwi. Co prawda, przyjęli "z głębokim braterskim szacunkiem" wyciągniętą ku nim dłoń, ale nie była to reakcja adekwatna w stosunku do rewolucyjnej, łamiącej tabu i politycznie ryzykownej dla jego autorów prukursorskiej inicajatywy. W tekście brakowało gestu, zwrotu, który nadałby odpowiedzi wyjątkowy charakter. NIe przełamano żadnego społecznego tabu, nie żądano żadnej zmiany obowiązującego paradygmatu. (…) W związku z kwestią granicy niemieccy biskupi wyrazili jednynie życzenie, "by wszystkie nieszczęśliwe skutki wojny zostały przezwyciężone w sposób sprawiedliwy i zadowalający obie strony". Przy czym było jasne, że takie rozwiązanie nie istnieje" (tamże, s. 31). 

Taką reakcję ze strony biskupów niemieckich autorzy tłumaczą tym, że większość zachodnioniemieckiego społeczeństwa nie była gotowa pogodzić się z utratą ziem wschodnich. 

"Jak silny był opór wobec jakichkolwiek ustępstw, przekonało się kierownictwo Kościoła ewangelickiego po opublikowanoi swego Memoriału. Doszło wtedy do masowych, ostrych i przeważnie bardzo negatywnych reakcji wykraczających poza ramu wspólnoty ewangelickiej. Część wiernych zdystansowała się od kierownictwa swojego Kościoła, podniosła się fala wystąpień, rozprzestrzeniał się wewnątrzkościelny kryzys. Katoliccy biskupi mogli zakładać, że także w Kościele katolickim doszłoby do podobnej burzy w przypadku, gydyby wezwali do uznania granicy na Odrze i Nysie. Takie wystąpienie mogłoby również wywowałać kryzys w stosunkach Kościoła katolickiego z politykami CDU/CSU, którzy trwali przy żądaniu rewizji granic" (tamże, s. 30-31).   

Zdaniem autorów książki, biskupi niemieccy w ogóle nie byli zachwyceni polską inicjatywą. Co więcej, twierdzą oni, że list polskich biskupów został potraktowany jako wyraz … polskiego nacjonalizmu. Kerski, Kycia i Żurek powołują się na poufne postanowienie Episkopatu Niemiec z 3 grudnia 1965 roku, w którym stwierdzono, że "na twardą, nacjonalistyczną postawę polskich biskupów i wiernych nie należy reagować ostro, lecz z wciąż na nowo demonstrowaną życzliwością". Zdaniem autorów książki w "świetle powyższego cytatu powściągliwa odpowiedź niemieckiego episkopatu na Orędzie jawi się wręcz jako akt chrześcijańskiej wspaniałomyślności wobec kolejnego nacjonalistycznego wybryku polskich biskupów" (tamże, s. 38). Autorzy podsumowują to w ten sposób:

"Zadziwiająca jest również łatwość, z jaką strona niemiecka zarzucała polskiemu Kościołowi szowinizm. Ta beztrosko można ferować wyroki tylko wtedy, gdy samemu nie ma się specjalnego poczucia winy. Rzeczywiście: reakcje niemieckiej opinii publicznej na Orędzie wskazują, że niemała część niemieckiego społeczeństwa wciąż jeszcze była głęboko przekonana o tym, że winy Polaków wobec Niemców są dużo większe niż winy Niemców wobec Polaków. Kiedy posłanie dotarło do wiadomości publicznej, katoliccy wysiedleńcy z satysfakcją przyjęli do wiadomości nie propozycję przebaczenia, a prośbę o nie. Dla nich był to sygnał, że polski episkopat nareszcie jest gotów wyznać polską winę. Z tego punktu widzenia posłanie pojednania zostało zrozumiana jako późno wypełniony obowiązek polskich biskupów wobec niemieckiego Kościoła, a nie jako wielkoduszny gest polskich ofiar reżimu hitlerowskiego wobec Niemców. Zdaniem wielu niemieckich katolików na tym "spełnieniu obowiązku" spoczywał jednak cień "nacjonalistycznej" wizji historii polskich duchownych, która znalazła swój wyraz w liście" (tamże, s. 37). Autorzy także wskazują na wciąż obecne wśród przedstawicieli niemieckiego duchowieństwa poczucie wyższości. Ich zdaniem, nawet przy najlepszej woli niektórym z nich z wielkim trudem przychodziło "pożegnanie się ze stereotypem o cywilizacyjnej przepaści między zachodem i wschodem oraz z wyobrażeniem o roli Niemiec jako krzewiciela kultury na wschodzie". 

Autorzy stwierdzają, że wbrew potocznemu mniemaniu wymiana listów z 1965 roku nie wywołała żadnego radykalnego zwrotu w stosunkach między polskim i niemieckim Kościołem. Wręcz przeciwnie, w następnych latach można było mówić o okresie stagnacji, jeśli nie wręcz regresu (s. 45). Prawdziwy kryzys nastąpił po dojściu do władzy w RFN SPD, kiedy to nowy kanclerz Niemiec, Willy Brandt zaczął prowadzić politykę zbliżenia między RFN a Związkiem Radzieckim. Polityka ta była torpedowana przez niemieckich chadeków. Dlatego też w 1970 roku Prymas Wyszyński wystosował list do przewodniczącego konferencji biskupów niemieckich Juliusa Döpfnera, w którym "stwierdził, że prowizoryczność organizacji kościelnej na "Ziemiach Odzyskanych" przypisuje się "hamującej działalności niemieckiego episkopatu", co niestety nie jest "postępem na drodze do pojednania i pokojowej współpracy" (tamże, s. 47). Niestety, jego prośba nie spotkała się ze zrozumieniem ze strony Döpnera. Natomiast pod koniec 1970 roku arcybiskup Kominek wystosował list otwarty do wszystkich chadeckich partii świata. Poddał w nich ostrej krytyce CDU/CSU.

"Jak stwierdził, obie partie w czasie swoich długich rządów nie uczyniły nic dla pojednania polsko-niemieckiego, a po utracie władzy zwalczały nową politykę pojednania prowadzoną przez socjalliberalną koalicję. Szczególnie wiele krytycznych uwag zebrali katoliccy politycy CDU/CSU, ponieważ nawet gdy z szeregów tych partii dochodziły jakieś pozytywne sygnały, to zawsze ze strony protestantów". "Kminek kończył swój list dramatycznie: "w ciągu nabliższych tygodni okaże się, czy niemiecki katolicki episkopat przełamie w tym historycznym momencie swoją powściągliwość i milczenie i wstrząśnie sumieniami decydentów, i czy politycy katoliccy nie skryją się za dyscypliną partyjną jak w 1933 roku przy głosowaniu nad ustawą o środkach nadzwyczajnych ochrony państwa" (s. 48). 

Autorzy wskazują, że ze względu na nieustępliwą pozycję niemieckiego episkopatu zawarty został "egzotyczny sojusz" między konserwatywnym prymasem Wyszyńskim i kierownictwem socjoliberalnej SPD, i to z pominięciem naturalnych sprzymierzeńców Wyszyńskiego, czyli biskupów niemieckich (s. 49). Ostatecznie w grudnia 1970 r. został zawarty traktat o normalizacji stosunków między RFN a PRL, niedługo potem Watykan uregulował stosunki kościelne w diecezjach na ziemiach odzyskanych. Kwestia granicy polsko-niemieckiej została więc uregulowana przez traktat, a nie jak mieli nadzieję Kominek i Wyszyński, w drodze aktu pojednania Kościołów. Nie niemieccy biskupi, a Willy Brandt przez swój gest uklęknięcia przed Pomnikiem Bohaterów Getta w Warszawie zainicjował pojednanie polsko–niemieckie (warto wiedzieć, że wielu członków CDU/CSU potraktowało ten gest jako zdradę stanu…) Postawa niemieckiego Kościoła katolickiego nie zmieniła się aż do lat 80. Między innymi w 1980 r. przedstawiciele ruchu Znak odrzucili zaproszenie na Katholikentag (Dzień katolików) w Berlinie, po tym jak prezydent Centralnego Komitetu Niemieckich Katolików (Zentralkomitee der deutschen Katholiken) Hans Maier wypowiedział się za oznaczaniem w atlasach szkolnych polsko-niemieckiej granicy z roku 1937 (tamże, s. 233). 

Prawdziwy "przełom" nastąpił w latach 80, kiedy to niemiecka strona zaczęła organizować pomoc humanitarną dla Polski. Do Niemców dotarło bowiem, iż bez Polski nie da się obalić komunizmu. (A bez obalenia komunizmu nie byłoby zjednoczenia Niemiec… Co moim zdaniem odgrywało decydującą rolę w procesie tak zwanego pojednania polsko-niemieckiego). 

W wywiadzie przeprowadzonym przez autorów książki z Władysławem Bartoszewskim czytamy: 

"W roku 1966 był Pan ponownie w RFN. Czy listy biskupów były tematem Pana dyskusji z niemieckiemi partnerami?" Odpowiedź: "Pytano mnie, co my, Polacy chcieliśmy przez to osiągnąć. "Przecież wiedzieliście, że biskupi są obywatelami Niemiec, że nie mogą się wypowiadać w sposób niezgodny z konstytucją o sprawach państwa, że nie są politykami." Dla mnie najważniejszym odkryciem było wtedy stwierdzenie, że rola Kościołów w Niemczech jest mniejsza niż w Polsce. Może, jeżeli chodzi o organizację inicjatyw charytatywnych jest ważna, ale biorąc pod uwagę wpływ na kształtowanie poglądów, to nie do końca. Pogłądy są kształtowane przez związki młodzieżowe, partie polityczne, grupy nacisku, związki zawodowe, landy, układy polityczne, a nie Kościoły" (tamże, S. 116-117). 

W dalszej części wywiadu Bartoszewski potwierdza, że to nie Kościoły, ale powstanie Solidarności przyczyniło się do przełomu w relacjach polsko-niemieckich. Natomiast  Bernhard Vogl w wywiadzie z redaktorami książki stwierdza: "Dopiero później zorientowano się, że dzięki Polsce można będzie rozsadzić komunistyczną Europę Wschodnią, jednak kiedy pojawiły się listy, nikt jeszcze o tym nie myślał" (s. 164).  

Jakie więc było ideologiczne tło pojednania polsko-niemieckiego, które na dobrą sprawą zaczęło być realizowane dopiero od lat 80? Moim zdaniem, była nim chęć stworzenia zjednoczonej Europy, której najważniejszym symbolem miało być zjednoczenie Niemiec i upadek Muru Berlińskiego.  Chodziło więc o czysto polityczny projekt, który niewiele miał i niewiele ma wspólnego z chrześcijaństwem. Dlatego też relacje między RP a RFN od samego początku były nacechowane jasną asymetrią. W końcu to Niemcy "wprowadzały nas do Europy", co stawiało nas na pozycji petenta, który musi okazywać wdzięczność za przyjęcie go do towarzystwa. Niemcy uznały się bowiem za eksperta od sprawy "europejskości" a nam przypisano rolę ucznia. W ten oto sposób pojednanie polsko-niemieckie zaczęło polegać na nawracaniu nas na europejskość przez elity RFN. Niemcom natomiast nawet do głowy nie przyszło, że może i oni mogliby nauczyć się czegoś od nas… Tym bardziej że, jak stwierdzają autorzy książki w wywiadzie z Władysławem Bartoszewskim: 

"Mamy wrażenie, że w stosunkach między Polakami i Niemcami, również między polskimi i niemieckimi elitami katolickimi panowała praktycznie przez cały czas dysproporcja nie tylko w zaangażowaniu na rzecz pojednania, ale w jakości refleksji na temat wzajemnych relacji. Przed chwilą potwierdził Pan nasze przypuszczenia o braku zainteresowania niemieckich partnerów manifestami PPN, wcześniej poinformował nas Pan, że nawet te gesty strony niemieckiej, które postrzegaliśmy jako jej wkład w symbolikę dialogu, jak wizyta u grobu Popiełuszki, czy Krzyżowa, były tak naprawdę inspirowane przez stronę polską". Odpowiedź: "Pocieszające jest, że dali się zainspirować". Redaktorzy: "Ale sami nie byli w stanie wypracować impulsów ożywiających dialog. To jest dramatyczny wniosek" (tamże, s. 121). 

Sprawa pojednania polsko-niemieckiego ma jeszcze jeden aspekt, o którym koniecznie należy wspomnieć. Proces ten był wspierany przez tak zwanych postępowych katolików, do których należeli tacy aktorzy polsko niemieckiego-pojednania jak Stanisław  Somma, Tadeusz Mazowiecki, Jerzy Turowicz, Władysław Bartoszewski, czy też Józefa Hennelowa. To oni utrzymywali kontakty z Niemcami, jeździli do RFN i działali na rzecz unormowania stosunków polsko-niemieckich. W  rozmowie autorów książki z Józefą Hennelową czytamy:  

"W roku 1989 czołowi przedstawiciele polskich i niemieckich katolików świeckich podpisali wspólny dokument, w którym zgodnie wypowiedzieli się w najtrudniejszych kwestiach stosunków polsko-niemieckich. Tymczasem w minionych piętnastu latach stanowiska zamiast jeszcze bardziej się zbliżyć, oddaliły się. Jak do tego doszło?" Odpowiedź: "Ma Pan na myśli deklarację podpisaną w pięćdziesiątą różnicę wybuchu II wojny światowej. Dokument te rzeczywiście oddaje olbrzymią zgodność sygnatariuszy, a wszystkie jego sformułowania są bardzo krzepiące. Ale proszę zwrócić uwagę, że w deklaracji tej pokazano również bardzo uczciwie, czego jeszcze brakuje, co powinno być naszym zdaniem zadaniem na przyszłość. Chyba tego zadania nie wypełniliśmy, po części dlatego, że przedwcześnie uwierzyliśmy w sukces, a także na skutek zaangażowania przede wszystkim w sytuację wewnętrzną naszych krajów, tak bardzo się w minionym piętnastoleciu zmieniających" (tamże, s. 199-200). 

Moim zdaniem, ta przedwczesna wiara w sukces, o której wspomniała Hennelowa, w dużej mierze wynikała z pewnej naiwności postępowych katolików, którzy chyba do dziś nie zrozumieli, że Niemcy już prawie całkowicie odcięły się od swoich chrześcijańskich korzeni (warto nadmienić, że w chyba żadnym innym europejskim kraju papież Benedykt XVI nie jest darzony tak wielką niechęcią jak w swojej własnej ojczyźnie). Sprawa pojednania polsko-niemieckiego jest więc także ściśle powiązana z kondycją posoborowego Kościoła katolickiego w Polsce, który często sam nie jest w stanie wytłumaczyć swoim wiernym różnic między oświeceniowymi hasłami wolności, równości i braterstwa a katolicką doktryną prawa naturalnego (również chadecka Fundacja Adenauera nie widzi większej różnicy między oświeceniowymi ideologiami demokracji i praw człowieka a katolicką koncepcją filozofii praktycznej). 

Budowanie zjednoczonej Europy nie jest jeszcze zakończonym projektem. W imię tak zwanych wartości europejskich zwalczany jest Kościół katolicki, jak również polska tradycja narodowa. To niemieckie fundacje współfinansują Krytykę Polityczną, Kampanię Przeciwko Homofobii, Nigdy Więcej oraz inne lewicowe projekty i inicjatywy. Fundacje te są przede wszystkim utrzymywane z budżetu federalnego RFN. Dla architektów Zjednoczonej Europy w końcu to właśnie polski katolicyzm uchodzi za przeszkodę na drodze do "polsko niemieckiego-pojednania" i "integracji europejskiej". Zgodnie z ich światopoglądem, polski katolicyzm musi być zwalczany bo rzekomo jest źródłem "tradycyjnego polskiego antysemityzmu", "nacjonalizmu", "konserwatyzmu" (czytaj: faszyzmu), homofobii, nietolerancji, i tak dalej. Czyli tego wszystkiego, co jest sprzeczne z "wartościami europejskimi". 

W celu obrony polskiego Kościoła i polskiej tradycji narodowej został zawarty strategiczny sojusz między Kościołem a Cerkwią. Czy niemiecki Kościół katolicki miałby odwagę tak otwarcie potępić zachodni demoliberalizm, jak to zrobiła Cerkiew? Obawiam się, że nie. Czy Polacy mogą więc znaleźć w Niemczech partnera do wspólnej walki przeciwko "wartościom europejskim"? Chyba nie. Dlaczego więc katolicy uwierzyli w to, że Polacy i Niemcy pojednali się na gruncie chrześcijaństwa? Liczę na to, że ostatnia inicjatywa polskiego duchowieństwa przypomni Polakom, że także i pojednanie polsko-niemieckie ciągle jeszcze jest otwartym projektem.