11.11.2016

Trump a niepodległość Polski

Zarówno wynik referendum w sprawie Brexitu jak i ostatnich wyborów w USA mogą doprowadzić do poważnego przetasowania geopolitycznego w Europie kontynentalnej. Ich skutkiem zdaje się być wycofanie się Anglosasów z naszego regionu. Oznacza to faktyczne zakończenie układu polityczno-wojskowego powstałego po II wojnie światowej. Nie ulega wątpliwości, że nowy układ może być atrakcyjny i pożądany przede wszystkich przez Niemców.

Niemcy wreszcie będą mogły sięgnąć po status europejskiego hegemona, którym w dużej bierze faktycznie już są, ale jednak ciągle byli/są ograniczani przez Anglosasów. Wielka Brytania blokowała przekształcenie UE w wielkie pruskie quasi-państwo europejskie, a Stany Zjednoczone pilnowały, żeby takie ewentualne quasi-państwo nigdy nie posiadało swojej armii. Militarnego porządku w tej części świata miało pilnować przede wszystkim NATO, czyli de facto USA. Jeśli Trump będzie wierny swoim zapewnieniom, że będzie prezydentem Amerykanów, a nie całego świata, może to oznaczać, że Europa będzie musiała sama zadbać o swoje bezpieczeństwo. Może to zrobić poprzez rozbudowę armii narodowych, albo też stworzenie wspólnej armii europejskiej. Nie mam wątpliwości, że adwokatem drugiego rozwiązania będą przede wszystkim Niemcy, którzy o takim projekcie mówią już od dawna.

Aby zachęcić Europejczyków do stworzenia wspólnej armii, Niemcy prawdopodobnie, szczególnie w naszej części Europy, będą nadal podgrzewać antyrosyjskie fobie. Polacy czy też mieszkańcy państw bałtyckich będą straszeni widmem rosyjskiej agresji, po to, byśmy chętnie włączyli się do budowy euro-wehry. W najgorszym wypadku – zaprosili Bundeswehrę do Polski. Nie należy więc spodziewać się złagodzenia antyrosyjskiej histerii w „polskich” mediach. Wręcz przeciwnie, może stać się ona jeszcze głośniejsza, gdyż Amerykanie nam już nie pomogą…  Sami Niemcy z Rosją się jak najbardziej „dogadają”.

9.30.2016

Proletariat , który ubiera się u Hugo Bossa

Na pytanie o to, w jakim systemie gospodarczym żyjemy, lewica odpowie, że w kapitalizmie, natomiast zwolennicy wolnego rynku, że w socjalizmie. I kiedy pierwsi walczą z neoliberalizmem, ci drudzy walczą o urzeczywistnienie tegoż liberalizmu. Kto z nich ma rację?
Paradoksalnie rację mają obydwie strony: zwolennicy wolnego rynku twierdząc, że nie ma wolnego rynku, a lewica twierdząc, iż światem rządzą globalne koncerny, które za nic nie są odpowiedzialne. Obydwa twierdzania nie wykluczają się.  W obecnym systemie jest coraz mniej miejsca na wolną przedsiębiorczość realizowaną przez przeciętnego Kowalskiego, na powszechną własność środków produkcji, jednym słowem – na decentralizację gospodarczą. I można się kłócić czy obecny system jest kapitalizmem czy też socjalizmem. Chesterton mawiał, że problemem kapitalizmu jest to, że jest w nim za mało kapitalistów, ale jeśli odpowiednio zdefiniujemy pojęcie kapitalizmu, może się okazać, że sam propagując swój dystrubucjonizm, był w gruncie rzeczy kapitalistą… Nie o nazwy nam tutaj chodzi, lecz o istotę sprawy.
A istota sprawy dotyczy dotyczy kwestii zupełnie jasnej: społecznej dystrybucji własności. Chesterton i jemu podobni walczyli o powszechną dystrybucję własności środków produkcji i nieruchomości, gdyż uważali, że taka własność jest podstawową gwarancją ludzkiej wolności. Socjaliści natomiast zajmowali i zajmują się kwestią dystrybucji dóbr konsumpcyjnych – do tego właśnie sprowadza się idea „sprawiedliwości społecznej”, słusznie zresztą krytykowana przez Hayeka. Jednym słowem, różnica między socjalizmem a koncepcjami propagującymi wolną przedsiębiorczość sprowadza się do tego, którą formą własności uważa się za istotniejszą: własność środków produkcji czy też dóbr konsumpcyjnych? Przypomnijmy, że rozróżnienie na własność środków produkcji oraz własność dóbr konsumpcyjnych należy do zupełnie podstawowych dystynkcji w koncepcji Marxa. Tylko ta pierwsza miała zostać uspołeczniona, prywatna własność tych drugich miała jak najbardziej zostać zachowana.
Socjalizm jest więc kierunkiem, który zakłada likwidację prywatnej własności środków produkcji, a tym samym wolnej przedsiębiorczości. Za wyznacznik sprawiedliwości przyjmuje reguły społecznego podziału dóbr konsumpcyjnych. Ideał udanego czy też spełnionego życia jest wytyczany poprzez możliwości intensywnej konsumpcji.
Kierunki propagujące ideę wolnej przedsiębiorczości kładą natomiast nacisk na rolę prywatnej własności środków produkcji w realizacji ideału ludzkiej wolności. W zależności od konkretnej doktryny, nacisk może być położony na możliwości osiągania zysku, a tym samym zwiększanie własnych możliwości konsumpcji. Istnieją jednakże również i inne koncepcje, które wolną przedsiębiorczość traktują jako element ludzkiej natury, rozumnej i wolnej. Są to koncepcje personalistyczne, odwołujące się do ideału dobrego życia rozumianego jako możliwość życia w zgodzie z własną naturą.
Po tym jak wyjaśniliśmy te podstawowe rozróżnienia, możemy zadać sobie pytanie: w jakim systemie aktualnie żyjemy? Bez wątpienia jest to system znajdujący się gdzieś między socjalizmem a gospodarką wolnorynkową, jednakże coraz bardziej zbliżający się do socjalizmu. Własność środków produkcji jest jeszcze formalnie jak najbardziej prywatna, jednakże procesy koncentracji zmierzają w kierunku wypierania małej własności przez dużą, co sprawia, że „kapitalistów” jest coraz mniej. Proces ten przejawia się jeszcze w inny sposób, a konkretnie w postaci zmiany nastawienia ludzi do ideii wolnej przedsiębiorczości, coraz częściej kojarzonej z koniecznością podejmowania ryzyka, co wydaje się być mniej atrakcyjne niż dobrze płatna praca w administracji albo dużej korporacji. W jednych państwach proces ten jest bardziej zaawansowany, w innych mniej. Np. w Niemczech firmy chętniej zakładają obcokrajowcy, niż rodowici Niemcy, którzy wolą bezpieczny „Arbeitsplatz”. W Polsce jest jeszcze stosunkowo wielu chętnych do prowadzenia samodzielnej działalności gospodarczej. Niestety, wolna przedsiębiorczość jest nam obrzydzana za pomocą różnych przeszkód biurokratycznych czy też kontroli podatkowych.
Proces ewoluowania kapitalizmu w kierunku socjalizmu nie jest procesem spontanicznym i przypadkowym, ale jak najbardziej zamierzonym. Do takich wniosków dojdzie każdy, kto bliżej zajmował się historią europejskiego socjalizmu, a przede wszyskim socjaldemokracji. Szczególną rolę odegrała i ciągle odgrywa tutaj niemiecka socjaldemokracja, która, jak słusznie stwierdził Hayek w „Drodze do zniewolenia”, stanowi od połowy XIX w. światową fortpocztę socjalizmu. Jeden z kluczowych działaczy niemieckiej socjaldemokracji, Fritz Naphtali, napisał bardzo znaczące słowa, że „kapitalizm, zanim zostanie złamany, może zostać nagięty” (der Kapitalismus, bevor er gebrochen wird, auch gebogen werden kann). Jego słowa stanowią credo procesu „naginania” kapitalizmu tak, aby na końcu go definitywnie złamać i zastąpić socjalizmem, co jest na naszych oczach realizowane.
Jeszcze przed wybuchem rewolucji bolszewickiej niemiecka socjaldemokracja była podzielona na tych, którzy dążyli do przeprowadzenia rewolucji oraz na „rewizjonistów”, którzy postanowili realizować  strategię, którą Gramsci nazwał potem „marszem przez instytucje”. Po załamaniu się rewolucji w Niemczech w 1918 r. to ci drudzy stanęli na czele rządu i stali się jedną z najbardziej liczących się frakcji politycznych Republiki Weimarskiej (Róża Luxemburg i Karl Liebknecht zostali zamordowani za milczącą aprobatą przywódców socjaldemokracji). Po skonfrontowaniu się z przebiegiem  rewolucji bolszewickiej część z nich dodatkowo utwierdziła się w swoich przekonaniach o słuszności drogi ewolucyjnej. Rok 1918, a także 1920 – kiedy to Polska powstrzymała bolszewików – zdecydowały o tym, że w Europie Zachodniej socjalizm zaczął być budowany drogą stopniowych reform, a nie w drodze gwałtownej zmiany systemu.
Pierwsza wojna światowa jest tutaj ważna jeszcze z innego powodu. To wtedy państwo zaczęło we wcześniej nigdy nie znany sposób ingerować w sprawy gospodarcze, organizując na potrzeby wojny system, który został ochrzony jako „socjalizm wojenny”. Państwo, które raz uzyskało taką władzę, nigdy się już z nią nie rozstało. W Niemczech proces ten był znacznie bardziej zaawansowany niż w innych państwach. Budziło to nadzieję niemieckich socjalistów na to, że proces budowy socjalizmu zostanie przyśpieszony. Entuzjastycznie na ten temat pisał także wielki przemysłowiec Walter Rathenau, który forsował koncepcję gospodarki uspołecznionej – nawet, jeśli formalnie socjalizmu proweniencji marksowskiej nie popierał. Nadzieję socjalistów budził jeszcze inny proces, a konkretnie postępująca kartelizacja i monopolizacja niemieckiej gospodarki. W przeciwieństwie do np. USA, kartele w Niemczech były legalne. Co więcej, były powszechnie uważane za narzędzie rozwoju gospodarczego, gdyż krępowały „anarchię wolnego rynku”. I wtedy w szeregach niemieckiej socjaldemokracji pojawił się projekt tzw. zorganizowanego kapitalizmu, który miał być stadium przejściowym do budowy socjalizmu.
Autorem tego projektu był Rudolf Hilferding, który wskazywał na wiele podobieństw między formą kapitalizmu, która wtedy w Niemczech się rozwijała, a socjalizmem. Pisał o sztywnym, autorytarnym kapitalizmie, w którym porządek zastąpił wolność, w którym monopol wydaje się być czymś bardziej naturalnym niż wolna konkurencja i któremu brakuje wielu elementów, które w innych państwach są uważane za części składowe kapitalizmu. Taki system uważał za najbardziej odporną na kryzys wersję kapitalizmu, która przede wszystkim charakteryzuje się wysokim stopniem upolitycznienia, co oznacza, że nie tylko zawiera w sobie duży potencjał socjalistyczny, lecz wręcz elementy socjalistyczne i dlatego pozwala na ewolucyjne, trwałe przejście do socjalizmu. Droga do socjalizmu wiedzie więc poprzez postępującą koncentrację, organizację i planowanie.
Ta sama myśl została wyrażone przez innego, równie ważnego działacza niemieckiej socjaldemokracji, wspomnianego już Fritza Naphtali. W swojej programowej pracy pt. „Demokracja gospodarcza” („Wirtschaftsdemokratie”, książka dostępna jest w języku niemieckim na stronie www.archive.org)  forsował koncepcję tytułowej demokracji gospodarczej, która sprowadzała się do socjalizacji środków produkcji, po to, by mogły być zarządzane w sposób demokratyczny przez proletariat. Indywidualna własność środków produkcji miała więc zostać zniesiona jako sprzeczna z ideałem prawdziwej demokracji. Droga do realizacji tego celu przypominała ideę „zorganizowanego kapitalizmu”, którą opisał Hilferding, a więc wiodła ona poprzez monopolizację gospodarki i powolne wypieranie wolnej, drobnej przedsiębiorczości. Zgodnie ze wspomnianą już dewizą, że kapitalizm można nagiąć, zanim się go złamie… Jak miało konketnie wyglądać takie powolne łamanie wolnej przedsiębiorczości? Poprzez popieranie praw „proletariackich”, tak żeby ambicje proletariatu zredukować do spraw związanych ze stosunkiem pracy albo roszczeń wobec państwa. Miało to odwrócić uwagę proletariatu od korzyści związanych z posiadaniem środków produkcji na własność.  Naphtali agitował więc, aby proletariat walczył o swoje prawo do współdecydowania w przedsiębiorstwach (Mitbestimmungsrecht),  do zawierania umów zbiorowych (Tarifverträge) i do rozbudowy ubezpieczeń społecznych. Propagował także ideę upaństwowienia wielu gałęzi przemysłu, tak by lepiej służyły proletariatowi. Związki zawodowe miały suksesywnie ograniczać, a na końcu zniszczyć, wolność rynków pracy, która rzekomo dla pracowników oznaczała najgorszą niewolę. Proces niszczenia tej wolności miał więc następować poprzez zorganizowaną współpracę robotników, zgodnie z hasłem: „poprzez demokratyzację gospodarki do socjalizmu!” Jednym słowem: proletariusz miał na zawsze pozostać proletariuszem, ale posiadającym pewne prawa zagwarantowane mu przez aparat państwowy.
Program nakreślony przez Naphtaliego był wcielany w życie w powojennych Niemczech. Rzeczywiście pracownikom dużych firm przyznano prawo do udziału w zarządzaniu przedsiębiorstwem (Mitbestimmungrecht), stworzono rozbudowany system układów zbiorowych – wynagrodzenie większości niemieckich pracowników jest uregulowane nie w indywidualnych umowach, ale w takich właśnie układach – w końcu rozbudowano system ubezpieczeń społecznych. Proces ten przebiegał równolegle z odbudową struktur niemieckiego „zorganizowanego kapitalizmu”, czyli m.in. centralizacji gospodarczej. I tak np. wydzielony z IG Farben BASF szybko znowu stał się największym koncernem chemicznym świata. Na marginesie warto wspomnieć, że sam Naphtali po emigracji z Niemiec kierował izraelskim robotniczym bankiem Hapoalim, ściśle powiązanym ze związkami zawodowymi, a jako wielokrotny minister w Izraelu, propagował m.in. ideę budowy kibuców.
Wysiłki na rzecz wzmacniania praw proletariatu w Niemczech przyniosły swojej rezultaty. Współczesne Niemcy nie są narodem drobnych przedsiębiorców, Niemcy chętnie pracują  dla np. wspomnianego już BASF, ciesząc się z licznych przywilejów pracowniczych, zapewniających im poczucie bezpieczeństwa socjalnego. Wielki kapitał potrzebuje proletariatu jako rąk do pracy a „demokratyzacja gospodarki” mu to gwarantuje. Na marginesie warto też dodać, że Niemcy są państwem z jednym z najniższych w Europie udziałem procentowym mieszkańców posiadających nieruchomości.
Po wywalczeniu praw „proletariackich” proces budowy socjalizmu nie został jednakże jeszcze zakończony. A ponieważ hasła pracownicze wyczerpały się, trzeba było znaleźć nowe. I tutaj pojawili się konsumenci. Ojcem nowej ideologii, ideologii konsumeryzmu, został jeden z przedstawicieli Szkoły Frankfurckiej, Herbert Marcuse, autor pracy „Człowiek jednowymiarowy”. Praca ta stanowi krytykę kapitalizmu nowego rodzaju. Produkcja kapitalistyczna przedstawiana jest jako narzędzie alienacji i zniewolenia człowieka. Droga do wolności miała wieść przez obalenie kapitalizmu tak, by produkcja nie służyła pomnażaniu kapitału, lecz zaspokajaniu autentycznych potrzeb człowieka. Jak jednak zdefiniować takie autentyczne potrzeby, tego Marcuse powiedzieć nie potrafił. Rewolucja 1968 była inspirowana głównie tymi właśnie ideami. Pierwotny radykalizm tej fali rewolucji szybko oklapł, budowa socjalizmu przeszła więc do stadium ewolucyjnego. Pojawiło się coraz więcej rzeczników ochrony konsumenta, którzy żądali, aby państwo chroniło konsumentów przed wyzyskiem ze strony „złych” przedsiębiorców. Ustawodawstwo konsumeckie zaczęło coraz bardziej ingerować w rynek, w międzyczasie rozrosło się do gigantycznych rozmiarów – przedsiębiorcy nie są już w stanie go ogarnąć, a przede wszystkim ci mali. Na szczeblu Unii Europejskiej proces ten nabrał rozpędu w czasie, gdy przez trzy kadencje na czele Komisji Europejskiej stał socjalista Jacques Delors. Co ciekawe, oficjalną doktryną, którą realizował, była budowa Wspólnot Europejskich jako espace organisé (przestrzeń zorganizowana). W dziedzinie ochrony konsumenta do najważniejszych jego współpracowników należeli eurobiurokrata Ludwig Krämer i niemiecki profesof prawa Norbert Reich (który swoją habilitację poświęcił socjalistycznym koncepcjom prawa cywilnego, które też stały się podstawą rozwiniętej przez niego koncepcji prawa ochrony konsumenta).
Zgodnie z ideologią konsumeryzmu obywatel ma być w pierwszym rzędzie konsumentem, czyli „świętą krową”, która nie musi brać za nic odpowiedzialności, bo państwo nad nim czuwa. Idea „niezakłóconej konsumpcji” stała się podstawą wielu niemieckich prawniczych naukowych rozpraw z zakresu ochrony konsumenta…  A jeśli przyjrzymy się, do czego sprowadza się ochrona konsumenta, to nie trudno dostrzec, że jest to często tylko pusta fasada – konsumentowi tylko wydaje się, że jest chroniony. Podobnie wygląda sprawa ochrony środowiska, a ostatnio także klimatu. Zakazuje się produkcji tradycyjnych żarówek, forsując produkcję energooszczędnych żarówek zawierających rtęć po tym, jak najpierw zabroniono używania termometrów rtęciowych…
Kapitalizm jest więc coraz bardziej „naginany” a wolna przedsiębiorczość jest wypierana wspólnymi siłami dużego kapitału i państwa. Czy kiedyś wkroczymy w etap pełnego socjalizmu, który zakłada nacjonalizację tych dużych? Na dzień dzisiejszy wydaje się być to wątpliwe. Wydaje się, że raczej będziemy tkwić w systemie opierającym  się na sojuszu biurokratów i dużego kapitału, utwierdzanym ideologicznie przez intelektualistów i działaczy społecznych walczących oczywiście o sprawiedliwość społeczną. A jednocześnie utrzymywanych przez duży kapitał. Czy twarzą tego układu stanie się kolejny były przewodniczący Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso, tym razem portugalski socjaldemokrata, który 20 miesięcy po ustąpieniu ze stanowiska szefa KE przyjął posadę doradcy w Goldman Sachs? Mianowano go tam również zewnętrznym dyrektorem działu biznesu międzynarodowego. A jak donosi prasa,  już będąc szefem Komisji Europejskiej kontaktował się z władzami banku Goldman Sachs, swojego obecnego pracodawcy.
Należy postawić pytanie o to jaką mamy alternatywę? Liberalizm klasyczny opierał się na dość darwinowsko pojętej zasadzie konkurencji i lekceważył problem koncentracji rynkowej i wypierania małych przez dużych. Taki projekt budził i budzi uzasadniony sprzeciw, bo nie bardzo wiadomo, w czym miałby być lepszy od projektów socjalistycznych czy też zorganizowanego kapitalizmu. W tych ostatnich proletariusz przynajmniej ma jakieś prawa. Należy więc sięgnąć do tych koncepcji, które autentycznie chcą promować wolną przedsiębiorczość i powszechną dystrybucję własności środków produkcji, jak np. dystrybucjonizm, koncepcje niektórych niemieckich ordoliberałów czy też przedstawicieli polskich przedwojennych środowisk narodowych. Chesterton, Belloc, Eucken, Röpke czy też Doboszyński marzyli o społeczeństwie wolnych ludzi, które zastąpi społeczeństwo sproletaryzowane. Kilkadziesiąt lat później sytuacja jest, niestety, taka sama, tylko współczesny proletariat chodzi w wyprasowanych koszulach i krawatach. Bo proletariuszem jest każdy, kto nie posiada własności środków produkcji. I nie zmieni tego faktu to, że się posiada wiele drogich dóbr konsumpcyjnych. Nawet, jeśli są to garnitury od Hugo Bossa.

AA, czyli antykomunistyczna amatorszczyzna

Podstawowym dogmatem polskiej prawicy „niepodległościowej” jest twierdzenie, że podstawową przyczyną niedomagań państwa polskiego jest brak dekomunizacji. Wszystkie bolączki państwa wynikają rzekomo z tego, że Polską rządzą ludzie, którzy nie są nieskazitelnie czyści etycznie i pod względem ortodoksji ideologicznej, gdyż skazili się współpracą z „komuną”. 
 
To ich kompromituje ostatecznie i po wsze czasy, na zasadzie: „raz komunista, na zawsze komunista”. Stąd oczywiście wynika krytyka układu z Magdalenki oraz żądania przeprowadzenia szerokiej lustracji funkcjonariuszy publicznych, księży, artystów, a pewnie też i innych grup zawodowych i społecznych.

Czego natomiast w tej narracji w ogóle nie ma? Oczywiście kwestii fachowych kadr – pod względem wiedzy i umiejętności. Prawica „niepodległościowa” zdaje się przyjmować założenie, że etyczna i ideologiczna ortodoksja zastępuje wiedzę, umiejętności i doświadczenie, gdyż sprawia, że ktoś „dobrze chce”. Problem polega na tym, że człowiek ma nie tylko wolę, lecz także i rozum, a dobre czyny wynikają nie tylko z dobrej woli, lecz także z właściwego osądu, jak również z faktycznych umiejętności wykonania podjętej decyzji. 

W kontekście najnowszej historii Polski należy więc zadać pytanie: czy ludzie, którzy pełnili w PRL ważne oraz mniej ważne funkcje, rzeczywiście są bezużyteczni dla III RP? Tak może twierdzić tylko i wyłącznie osoba kierująca się motywacjami ideologicznymi, bądź też osoba mająca dobre rozeznanie w sprawie, ale źle życząca Polsce i celowo i świadomie działająca na jej szkodę.

Po pierwsze, czy funkcjonariusze PRL rzeczywiście kierowali się przede wszystkimi motywacjami ideologicznymi, czyli ideologią komunistyczną, czy też socjalistyczną? Śmiem przypuszczać, że twierdzenie to jest prawdziwe tylko w stosunku do niewielkiej grupy. Co ciekawe, jest absolutnie prawdziwe w stosunku do wielu działaczy KOR, którzy walczyli o socjalizm, ale o „socjalizm z ludzką twarzą”, jak wyraził się Zbigniew Herbert na temat Adama Michnika. Dwóch głównych ideologów KOR w końcu wprost przyznawało się do socjalizmu. Jacek Kuroń walczył o trockistowski model państwa, natomiast Jan Józef Lipski – mason, który po 1989 reaktywował PPS – wielokrotnie pisał o tym, że walczy o socjalizm innego typu, czyli bez państwa totalitarnego. 

Jakimi motywacjami kierowała się więc większość funkcjonariuszy PRL? Oczywiście witalnymi, co jest jak najbardziej zrozumiałe. Ludzie chcieli mieć pracę, mieszkanie, jakoś się ustawić. W końcu nie każdy dostawał pieniądze z zagranicy, jak część działaczy Solidarności, powiązana z zachodnią masonerią, socjaldemokracją, chadecją, czy też neokonami. I czy rzeczywiście należy moralnie potępić tych, którzy chcieli w PRL założyć rodzinę, wyżywić ją i w miarę normalnie żyć? Z punktu widzenia ideologicznego antykomunizmu – tak. Problem polega jednak na tym, że etyka antykomunistyczna zna tylko jedno przykazanie: całkowita bezkompromisowość jeśli chodzi o współpracę z komunistami. Drugi problem polega na tym, że takiej etyki nie stosował nikt na świecie – to ideologia stworzona dla tubylców bloku wschodniego, dzięki której Zachód miał przejąć kontrolę nad resztą świata.

Należy bowiem zauważyć, że ci, którzy najwięcej pieniędzy wydawali na propagowanie tej ideologii na Wschodzie, sami bynajmniej jej nie wyznawali. I tak np. Helmut Schmidt, po tym jak RFN zerwał stosunki dyplomatyczne z ZSRR po zajęciu przez ten ostatni Afganistanu, jeździł po cichu do Moskwy i zawierał z Rosjanami lukratywne umowy na dostawy surowców. Natomiast służby specjalne RFN i NRD ściśle z sobą współpracowały, bowiem jak słusznie zauważył Rafał Brzeski, to że okupanci podzieli kraj na dwie części, nie oznaczało, że Niemiec będzie uważał Niemca żyjącego po drugiej stronie rzeki lub muru za wroga, lecz będzie podejmował skuteczne działania mające na celu połączenie podzielonego kraju.

Należy także wskazać na to, że instytucja, która w Polsce przez tysiąc lat była odpowiedzialna za kształtowanie kręgosłupa etycznego narodu Polskiego, czyli Kościół katolicki, sama również nie podzielała antykomunizmu ideologicznego! Kościół dobrze wie, że w Dekalogu nie ma przykazania: nie będziesz współpracownikiem państwa komunistycznego albo socjalistycznego. Natomiast znajdują się tam takie przykazania, jak nie kradnij, nie zabijaj, nie mów fałszywego imienia przeciwko bliźniemu swemu. I z przestrzegania tych właśnie przykazań Kościół rozliczał bądź też powinien był rozliczać funkcjonariuszy PRL.

Jednym słowem: etyka antykomunizmu ideologicznego została celowo spreparowana na Zachodzie jako rozsadnik Bloku Wschodniego oraz jako narzędzie sterowania państwami z tegoż bloku po dzień dzisiejszy.

Podsumowując powyższe rozważania należy stwierdzić, że w kwestii etyczności wielu funkcjonariuszy PRL podstawowym problemem nie było to, że współpracowali oni z „komuną”, lecz ich ogólna moralna demoralizacja, która była jedną z największych bolączek PRL. Okazało się, że „moralność socjalistyczna” nie uzupełniła luki powstałej po zniszczeniu „moralności burżuazyjnej”. Rzecz jednak w tym, że problem ten trapił właściwie całe społeczeństwo – nawet księża, którzy budowali Kościoły, musieli stosować metody „pozyskiwania” materiałów budowlanych, które nie zawsze wytrzymałyby krytykę z punktu widzenia zasad katolickiej etyki scholastycznej.

I tutaj przechodzimy do kolejnego problemu. Jeśli demoralizacja dotyczyła tak szerokich warstw społecznych, to skąd miały się rekrutować kadry mające rządzić III RP? Przekonanie, że wystarczy być antykomunistą, żeby być dobrym patriotą, jest kłamstwem założycielskim polskiego obozu „niepodległościowego”! Dobrym patriotą jest nie ten, kto chce dobrze, lecz ten, kto potrafi dostrzec, co w konkretnej sytuacji jest mniejszym złem!

A należy sobie postawić pytanie co było mniejszym złem w sytuacji, gdy zdemoralizowane społeczeństwo miało zacząć funkcjonować w zupełnie nowym układzie geopolitycznym, z inną ideologią – ideologią demokracji liberalnej, i w sytuacji konkurencji ekonomicznej z wysoko rozwiniętymi państwami Wspólnot Europejskich?

Można zadać sobie pytanie, co by było, gdyby władzę objęli przede wszystkim ci działacze Solidarności, którzy nigdy, w żaden sposób nie pełnili funkcji publicznych, gdyż pełnienie przez nich w przeszłości takich funkcji świadczyłoby o tym, że są „komunistami”? Czy tacy ludzie byliby w stanie przeprowadzić Polskę przez okres transformacji ustrojowej tak, żebyśmy nie padli łupem zachodnich banksterów, międzynarodowych korporacji i zachodnich agentur? Odpowiedź jest zupełnie jasna. 

Zwolennicy radykalnej prawicy „niepodległościowej” odrzucali i do dziś w większość odrzucają wszystko, co zostało wypracowane przez funkcjonariuszy PRL czy też nawet naukowców, jak choćby pracowników Instytutu Zachodniego, którzy bardzo przytomnie wskazywali na to, że konkurencji gospodarczej z Zachodem po prostu nie wytrzymamy i zostaniemy przezeń połknięci. 

Należy więc rozważyć inny scenariusz i wrócić do pytania: czy funkcjonariusze PRL rzeczywiście byli bezużyteczni dla III RP? Czy, mimo ich mniejszej lub większe demoralizacji, nie należało wykorzystać ich wiedzy i doświadczenia do budowania nowego systemu politycznego? Moim zdaniem można było i trzeba było. To był świetny moment do tego, żeby wykorzystać potencjał tych, którzy sami w PRL się dusili i nie mogli rozwinąć skrzydeł, bo mieli nad sobą rzeczywiście „komuszego głąba”. Jak można było ich wyselekcjonować? Poprzez system zadaniowy: rozwiążesz problem i poradzisz sobie z wykonaniem jakiegoś zadania, zostajesz, jak nie: wypadasz. Gdyby zastosować to rozwiązanie, mielibyśmy kadry wyselekcjonowane według klucza umiejętności, a nie „dojść”, czy też ideologicznej ortodoksji.

Na marginesie należy wskazać na to, że w PRL były proponowane rozwiązania problemu kadr, które miałyby uwolnić Polskę ze stanu zależności od Moskwy. Swoje rozwiązanie proponowała m.in. Liga Narodowo-Demokratyczna: budowanie patriotycznych kadr w oparciu o aparat państwowy PRL. Działacze Ligi dobrze rozumieli, że kadr nie da się wychować na „konspirze”, gdyż wiedza związana z kierowaniem państwem, jest wiedzą praktyczną, a więc musi, przynajmniej częściowo, zostać wypróbowana w praktyce. Należało tylko prowadzić intensywną pracę wychowawczą, tak by przeciwdziałać skutkom demoralizacji szerzącej się w społeczeństwie. 

A ponieważ PRL, najpóźniej od czasu Gierka, nie był już żadnym państwem totalitarnym, tylko autorytarnym, istniały praktyczne możliwości przeprowadzenia takiego zadania. Warunkiem było oczywiście odcięcie się od finansowanych przez Zachód działań opozycji i deklarowanie lojalności w stosunku do istniejącego państwa polskiego, co też działacze Ligi robili, a co wyznawcy antykomunizmu ideologicznego im dzisiaj zaciekle wypominają.

Co ciekawe, ci sami wyznawcy nie krytykują Solidarności – do której wielu z nich należało – za to, że nie rozwiązała problemu kadr. Z tego co wiem, to bł. ksiądz Popiełuszko był świadomy problemu i zainicjował działania mające na celu budowanie takich kadr. Jeśli tak było, to przypuszczalnie była to główna przyczyna jego śmierci, a nie antykomunizm jako taki. Tym bardziej, że są pewne poszlaki wskazujące na to, że w sprawę jego zabójstwa zaangażowane były służby niemieckie, a nie rosyjskie. Natomiast co zrobili działacze KOR dla budowania takich fachowych kadr? KOR kadr nie budował, lecz posługiwał się naiwnymi robotnikami w celu przejęcia władzy dla siebie. Co ciekawe, jest to motyw znany z budowy komunizmu: robotnicy jako narzędzie inteligenckich elit, dzięki którym te mogły przejąć władzę. Różnica do budowy socjalizmu jest jednakże taka, że w „wolnej Polsce” lud został wyrzucony z ich fabryk, a lumpenelity zgarnęły kasę za ich sprzedaż. 

Jednym słowem porozumienia z Magdalenki były absolutnie logicznym ciągiem procesów, które zostały zainicjowane w latach 70-tych, między innymi za sprawą nowej niemieckiej Ostpolitik. Niemiecka polityka wschodnia celowo, konsekwentnie i planowo wspierała opozycję antykomunistyczną w Polsce, i to nie tylko poprzez bezpośrednie finansowanie, ale fundowanie stypendiów, publikowanie artykułów w prasie niemieckiej czy wydawanie książek

Największą bolączką III RP nie jest brak rozliczenia się z „komuną”, tylko brak kadr, posiadających nie tylko odpowiednie morale, ale przede wszystkim wiedzę i umiejętności. W tej kwestii można było pójść w ślady Niemiec po II WŚ, gdzie de facto żadnej „grubej kreski”, czy też jak mawiają sami Niemcy „godziny 0”, po prostu nie było. Denazyfikacja jest mitem mającym na celu poprawienie wizerunku Niemiec, w rzeczywistości można mówić o ciągłości niemieckich kadr już od czasów państwa pruskiego. Także bowiem rewolucja z 1918 r. i obalenie monarchii ciągłości tej w żadnym stopniu nie przerwało. Socjaldemokraci wprawdzie obsadzili wiele stanowisk rządowych i administracyjnych, ale po pierwsze, wielu z nich już wcześniej było czynnych w służbie państwowej, a po drugie, po I WŚ nie przeprowadzili żadnych czystek kadrowych, lecz stopniowo obsadzali stanowiska swoimi ludźmi. Stąd Hitler, który mimo tego, że ze służby publicznej usunął osoby pochodzenia żydowskiego i część socjaldemokratycznej opozycji, dysponował odpowiednimi kadrami do realizowania swoich planów. 

Wracając do sytuacji Niemiec po II WŚ można oczywiście oburzać się moralnie tym, że takiej denazyfikacji nie było. Rzecz w tym, że w Niemczech opozycji praktycznie nie było, a zdecydowana większość społeczeństwa w ideologię narodowo-socjalistyczną rzeczywiście wierzyła – w przeciwieństwie do późnego PRL, w którym w komunizm mało kto wierzył. Państwo niemieckie, kierując się swoim interesem, zrobiło to, co rzeczywiście z punktu widzenia jego interesów było rozwiązaniem optymalnym.

Reasumując, należy stwierdzić, że podstawową przyczyną niedomagań obecnego państwa polskiego nie jest „brak rozliczenia się z komuną”, lecz brak fachowych kadr, reprezentujących wysoki poziom moralny. I bynajmniej nie z punktu widzenia etyki antykomunizmu ideologicznego, lecz z punktu widzenia zasad etyki cywilizacji łacińskiej. 

Magdalena Ziętek-Wielomska
Myśl Polska, nr 39-40 (25.09-2.10.2016)

Iranofobia jest rodzajem towaru

„Uważamy, że można być rozwiniętym ekonomicznie i zaawansowanym technologicznie, a zarazem zachować swoją kulturę i tradycję” – powiedział tygodnikowi Myśl Polska dr Seyed Mohammad Kazem Sajjadpour, profesor The School of International Relations w Teheranie, Dyrektor Departamentu Diplomacy and International Organization. Rozmawiają Agnieszka Piwar i Magdalena Ziętek-Wielomska.
 
Czy Iran akceptuje świat unilateralny, który wyłonił się po Zimnej Wojnie, z niekwestionowanym przywództwem Stanów Zjednoczonych?
- Mówiąc wprost, nie.

Jak Pan widzi rolę Iranu w alternatywnym systemie mulilateralnym (wielobiegunowym)? Czy Rosja, Chiny i Indie są strategicznymi partnerami Iranu do budowy alternatywnego porządku bezpieczeństwa światowego?
- Sądzę, że system międzynarodowy znajduje się w erze przeobrażeń. Ciągle jeszcze nie mamy nowego ustalonego systemu międzynarodowego i wszystko, co pomaga w różnicowaniu i demokratyzowaniu międzynarodowych sił, wszystko co jest wielobiegunowe, wieloinstytucjonalne – działa na korzyść świata i Iranu. Nie powinniśmy jednak zapominać, że ten świat ciągle jeszcze znajduje się w trakcie tworzenia. 

Ofensywa amerykańska przeciwko Iranowi odbywa się pod hasłami demokracji i obrony praw człowieka. Jak wygląda przestrzeganie demokracji i praw człowieka przez głównych islamskich sojuszników USA: Arabię Saudyjską, Bahrajn, Katar, Kuwejt, Zjednoczone Emiraty Arabskie i Turcję?
- Uważam, że to pytanie należy zadać Amerykanom. Podwójne standardy stosowane w tej polityce – nie tylko przez USA, ale też przez kraje europejskie i wszystkich sojuszników Stanów Zjednoczonych – są jasne. Jak zapewne Panie wiedzą, prawa człowieka to zagadnienie, które jest wykorzystywane dla celów politycznych. Sadzę, że racjonale prawa człowieka to jedna sprawa, a ich upolitycznienie, to zupełnie inna kwestia. USA wraz ze swoimi sojusznikami – nie wyłączając Europy – mają ciężki orzech do zgryzienia, by wyjaśnić dlaczego ich sprzymierzeńcy nie tylko nie są demokratyczni, ale dlaczego wręcz niektórzy z nich nawet nie mają konstytucji. 

Niedawno telewizja France24 podała, że w tym roku pielgrzymi z Iranu nie pojadą do Mekki, ponieważ Arabia Saudyjska nie może zapewnić szyitom bezpieczeństwa. Jaka jest istota konfliktu między Iranem a Arabią Saudyjską: czy chodzi o konflikt natury religijnej, czy też jest to spór polityczny o prymat jednego z tych państw na Bliskim Wschodzie?
- Przede wszystkim nie tkwimy w konflikcie i nie opowiadamy się za konfliktem. A przynajmniej Iran z pewnością nie optuje za konfliktem, jesteśmy wręcz za deeskalacją wszelkich sporów. W systemie saudyjskim znajdują się niektóre czynniki, które pragną bardziej agresywnych i konfrontacyjnych posunięć. Najważniejszym zagadnieniem dla Iranu jest bezpieczeństwo pielgrzymów i to bezpieczeństwo nie było zapewnione. Co więcej, gdyby nie daj Boże coś się stało, i gdyby irańscy pielgrzymi tam byli, stworzyłoby to pretekst do eskalacji. Sadzę, że Iran podjął bardzo mądrą decyzję, by nie dać pretekstu do zaognienia konfliktu i by zadbać o bezpieczeństwo swoich pielgrzymów. 

Arabia Saudyjska przedstawia siebie jako kraj wyrażający interesy wszystkich wyznawców Islamu. Czy Iran postrzega się jako państwo konkurencyjne dla tej hegemonii, czy też skupia się nie tyle na obronie wszystkich wyznawców Islamu, lecz szyitów?
- Nie, przede wszystkim sądzę, że jeśli czyta się nawet amerykańską i europejską prasę, to widać, że rodzaj islamu promowany przez Arabię Saudyjską jest radykalną, wahabicką wersją tej religii. Wersja, która dziś jest źródłem terroryzmu i globalnego radykalizmu, to nie jest wersja sunnicka, czy szyicka. Radykalni terrorystyczni aktywiści poprzez własną interpretację stworzyli sobie swoją wersję islamu. I sadzę, że to jest najważniejsza sprawa. Obecnie Arabia Saudyjska popiera grupy terrorystyczne w Syrii, Iraku i w całym Regionie Bliskiego Wschodu i nie ma to zawiązku z prawdziwym islamem. 

Czy Kurdowie są narodem, a więc – na podstawie Karty ONZ – mają prawo do samostanowienia i czy powinni mieć własne państwo? Jeśli tak, to w jakich granicach?
- Sądzę, że ta kwestia powinna być rozpatrywana, powiedzmy, z innymi zagadnieniami. Nie możemy mówić o tej sprawie ogólnie. Kurdowie są integralną częścią różnych państw w Regionie, a granice państw na Bliskim Wschodzie powinny być respektowane. A zatem, jeśli to rozpatrujemy, to granice nie mogą być zmienione. Co więcej, prawa Kurdów powinny być przestrzegane. W moim rozumieniu Kurdowie w Iranie są integralną częścią społecznych procesów politycznych – mają swoją prowincję, zwaną Kurdystanem, jedną z najlepiej rozwijających się i cieszą się lepszym położeniem w porównaniu do sytuacji Kurdów w innych państwach w Regionie. 

Jakie są cele Turcji na Bliskim Wschodzie? Trwała destabilizacja regionu czy utrzymanie trwałej supremacji przy pomocy mniejszości religijnych i ludów turkojęzycznych? Czy Turcja jest koniem trojańskim USA i Izraela?
- Sadzę, że Turcja jest bardzo ważnym graczem w Regionie, ale powoduje wiele wyzwań. Te wyzwania są ogromne, co zależy od jakości tych wyzwań i rodzaju spraw. Jest sprawa syryjska, jest sprawa kurdyjska, i są inne sprawy. Dla Iranu Turcja jest sąsiadem, jednak nie mamy dobrych stosunków i różnimy się w wielu sprawach. Zdecydowaliśmy jednak, że te różnice nie powinny powstrzymywać nas od współpracy. 

Czy Iran jest państwem teokratycznym, tak jak np. Izrael, który nie przewiduje instytucji ślubu cywilnego i osoby niewyznające judaizmu muszą zawierać związek małżeński np. na Cyprze? Jak wyglądają prawa ateistów i osób innych wyznań, w tych chrześcijan, w Iranie?
- W Iranie konstytucja gwarantuje, to co nazywamy prawami obywatelskimi. Dotyczy to bez wyjątku wszystkich Irańczyków. A zatem obywatelstwo jest podstawą, ale mamy również uznane przez państwo mniejszości religijne. Są żydzi, chrześcijanie pochodzenia ormiańskiego i syryjskiego, a Syryjczycy są nawet posłami do parlamentu, więc sytuacja w Iranie jest zupełnie inna.

W epoce ostatniego szacha wpływy amerykańskiej kultury na Iran były bardzo silne. Czy możliwa jest modernizacja kraju, stworzenie nowoczesnej gospodarki, industrializacja, przy zachowaniu tradycyjnej kultury i pobożności? A może rację mają Amerykanie, że nowoczesna gospodarka wymaga nadbudowy w postaci laickiego społeczeństwa o pluralistycznym i relatywistycznym światopoglądzie?
- Sądzę, że narracja amerykańska nie jest narracją uniwersalną, powszechną - więc można być nowoczesnym, ale nowoczesnym nie znaczy wcale świeckim, laickim. To zależy od sposobu w jaki interpretuje się świeckość i religijność. Uważamy, że można być rozwiniętym ekonomicznie i zaawansowanym technologicznie, a zarazem zachować swoją kulturę i tradycję. 

Czy Iran postrzega UE jako jednego partnera czy też jako twór, który dziś jest, jutro go może nie będzie, a prawdziwym partnerem dla Iranu są poszczególne państwa narodowe?
- W moim rozumieniu Unia Europejska jest instytucją, która istnieje, funkcjonuje i koordynuje, ale rezultat jej działania jest efektem porozumienia państw członkowskich. A zatem Unia Europejska nie jest czymś innym niż państwa członkowskie i sądzę, że państwa członkowskie koordynując jej pracami kierują się swoim własnym rozumieniem różnych spraw. Widzę jednak, że obecnie zarówno Unia Europejska jako całość, jak i poszczególne państwa są zainteresowane rozszerzeniem stosunków z Iranem, i co ważne, obecnie postrzegają lepiej Iran w porównaniu do tego, jak było w przeszłości; wydaje mi się, że poszukują lepszej przyszłości. 

Polska jest krajem katolickim i nasze społeczeństwo, jak Pan powiedział, wyróżnia się w porównaniu do państwa zachodnich przywiązaniem do rodziny i sprzeciwem wobec demoralizacji. Jak nam wiadomo, w Pańskim kraju też panuje wielkie przywiązanie do tradycyjnych wartości religijnych. Czy katolicy mogą przemawiać takim samym językiem jak szyici? Jeśli tak, na czym powinniśmy się koncentrować, a czego unikać?
- Wiem, że trwają badania pewnych naukowców amerykańskich na temat społeczności katolickiej i szyickiej. Oczywiście, wy jesteście inni ze względu na inną przynależność religijną, ale nie możemy ignorować dwóch faktów. Pierwszy to ten, że wśród wielkich religii – chrześcijaństwa, islamu i judaizmu – istnieje wiele społeczności. Druga sprawa dotyczy tego, że wśród tych różnych sekt i grup wyznaniowych istnieją interesujące podobieństwa pomiędzy katolikami i szyitami w sposobie w jaki odnoszą się oni do niektórych społecznych i zbiorowych uroczystości; jak postrzegają świętości, rzeczy i duchownych. I wreszcie to, co już zostało wspomniane w zadanym pytaniu, czyli wartości odnoszące się do rodziny i do tradycji. 

Jest również polska teoria Feliksa Konecznego, który twierdzi, że cywilizacje są strukturami nadrzędnymi w stosunku religii, i że religie są częścią tych cywilizacji. Ponadto, ta sama religia może w różny sposób funkcjonować w różnych cywilizacjach. A więc to nie religia jest najważniejsza, ale cywilizacja.
- To interesujący punkt widzenia, jednakowoż, sądzę, że bez względu na niektórych ekstremalnych propagatorów bezwyznaniowości na świecie – którzy próbują marginalizować religię w życiu społecznym – religia jest ciągle wszędzie istotnym czynnikiem. Katolicyzm i szyityzm podchodzą do niej w sposób poważny. 

Polska jest krajem, w którym w czasie II wojnie światowej zginęła większość ofiar holocaustu. Dlatego z dużym zdziwieniem w naszym kraju przyjmowane są informacje, że Iran organizuje konferencje rewidujące historię holocaustu. Niestety, polskie media nie podają żadnych szczegółów. Czy za tymi inicjatywami stoi przekonanie, że rzeczywiście holocaustu w ogóle nie było, jego historia została sfalsyfikowana, czy też o polityczne wykorzystanie historii do bieżących celów politycznych?
- Niestety, nie znam szczegółów tej konferencji. To nie była konferencja zorganizowana przez stronę rządową. Uważam jednak, że musimy umieć rozróżnić pomiędzy poszczególnymi narracjami, interpretacjami i upolitycznieniem tych spraw. Uważamy, że nawet jeśli jedna osoba zostaje niesprawiedliwie zabita, musimy to potępić. Więc, nie ignorujemy faktu, że niesprawiedliwość powinna być potępiona.

Prosimy Pana o zdefiniowanie stanowiska Iranu w stosunku do Syrii Asada?
- Nikt – nie wyłączając graczy religijnych – nie może decydować o losie innych nacji. Los Asada jest w rękach Syryjczyków i to nie jest niczyj interes, i nikt się w to nie powinien się wtrącać, włączając w to regionalnych graczy. 

A jeśli chodzi o tzw. Państwo Islamskie?
- To „coś”, to nie jest ani państwo, ani islamskie. Ono jest nieislamskie, ponieważ nie istnieje taki rodzaj islamu. To są grupy ludzi, którzy mają jakiś program. Ten twór jest bardzo daleki od cywilizowanego świata, od którego zresztą bardzo się różni.

A na koniec pytanie żartobliwe. W Polsce i w Rumunii powstaje tarcza antyrakietowa. Czy wierzy Pan w deklaracje amerykańskie, że tarcza skierowana jest przeciwko Iranowi i Korei Północnej? Ile setek rakiet dalekiego zasięgu posiada Iran, a które mogłyby w ruinę obrócić Paryż, Londyn i Nowy Jork?
- Sadzę, że odpowiedź jest zawarta w pytaniu. Iran nie jest dla nikogo zagrożeniem. Iran nie jest zagrożeniem dla swoich bezpośrednich sąsiadów. Proszę pozwolić, że powiem coś ważnego. Iran jest pod naciskiem różnych sił ofensywnych i graczy, ale potrafi i jest w stanie się bronić. I Iran jest jedynym państwem w Regionie, które zapewnia bezpieczeństwo, a jego system bezpieczeństwa jest typowo obronny. Budżet militarny Iranu - w porównaniu do budżetów sojuszników USA – jest tak nikły, że w ogóle nie ma czego porównywać. Dla przykładu – jeden z sojuszników Stanów Zjednoczonych ma trzeci co do wielkości budżet militarny na świecie w wysokości pomiędzy 82-90 miliardów dolarów rocznie. A zatem, skoro my nie stanowimy zagrożenia dla naszych sąsiadów - więc jak możemy być zagrożeniem dla oddalonych krajów? Muszę dodać, że oni używają Iranu jako wymówki, co można nazwać iranofobią. Iranofobia jest rodzajem towaru, którego niektórzy jeszcze używają, ale nie jest on już tak marketingowo nośny jak dawniej. To dlatego powiedziały Panie, że mają żartobliwe pytanie, ponieważ jeśli ktoś mówi, że Iran jest zagrożeniem, to naprawdę jest to żart. Niestety, niektórzy ludzie wciąż jeszcze w to wierzą. 

Dziękujemy za rozmowę.

Tłumaczenie: Urszula Truszkowska
Myśl Polska, nr 31-32 (31.07-7.08.2016)

Czy PiS jest politycznym reprezentantem cywilizacji łacińskiej?

Kto nie jest za PiS, ten jest za PO – mówią zwolennicy PiS. Zwolennicy PO twierdzą natomiast, że każdy kto ich nie popiera, popiera PiS. Dzięki temu zabiegowi podział polskiej sceny na zwolenników dwóch głównych partii – czy też sił politycznych, jeśli PO rozszerzymy o KOD – wydaje się być zabetonowany.
Co więcej, tuszuje on podstawowy fakt, że wspomniane stronnictwa prawie niczym się od siebie nie różnią. A podobieństwa te stają się nader wyraźne, jeśli spojrzy się na polską scenę polityczną przez pryzmat cywilizacji łacińskiej.
Cywilizacja łacińska zakłada prymat norm poznawczych nad ideologicznymi oraz norm etycznych nad prawnymi. Czy obydwa stronnictwa różnią się czymkolwiek w swoim stosunku do tak zdefiniowanego pojęcia cywilizacji łacińskiej? Wydaje się, że niczym. Obydwa hołdują myśleniu ideologicznemu oraz etatystycznemu. Jeśli chodzi o ideologię, jest to ideologia euro-atlantyzmu. Jeśli natomiast chodzi o etatyzm, żadne z nich nie walczy z rozrostem biurokracji, i to zarówno polskiej, jak i europejskiej.
Między obydwoma stronnictwami jest tylko jedna różnica: PO-KOD nie udaje tego kim jest, natomiast PiS stroi się w szatki prawicowo-katolickie, w co - niestety – wierzą ich wyborcy. Dlatego też przyjrzyjmy się bliżej kwestii tego, dlaczego PiS nie jest politycznym reprezentantem cywilizacji łacińskiej.
Zacznijmy od tego, że krytyka 8 lat rządów PO formułowana przez PiS oczywiście jest jak najbardziej słuszna. Państwo i naród znajdują się w opłakanym stanie, teza o wygaszaniu Polski, formułowana przez niektórych intelektualistów PiS, nie jest w żadnym stopniu przesadzona. PiS mówi rzeczy, które Polacy widzą na własne oczy, a których w oficjalnej propagandzie PO po prostu nie było, albo były to rzekomo tylko wymysły opozycji. I właśnie dzięki temu PiS cieszy się ciągle dużym poparciem społecznym. Rzecz w tym, że środki zaradcze, które proponuje PiS, z cywilizacją łacińską nie mają nic wspólnego.
Już sama nazwa partii wskazuje na jej etatystyczne ciągoty, co prawdopodobnie w dużej mierze wynika z etatystycznego światopoglądu prezesa J. Kaczyńskiego. Jak bowiem PiS chce walczyć z korupcją i prywatą, które są prawdziwym utrapieniem państwa polskiego? Oczywiście za pomocą środków prawnych, a nie poprzez zwiększanie motywacji etycznych w narodzie. Prawo ma ścigać i rozliczać wrogów państwa, czemu ma sprzyjać atmosfera podejrzliwości i rzucanie na prawo i lewo fałszywych oskarżeń. Co natomiast PiS robi w kierunku umocnienia norm etycznych? PiS robi dużo, ale w kierunku dokładnie przeciwnym.
Wystarczy spojrzeć na to, jak silne – to znaczy słabe – są normy etyczne w czołówce partii PiS. Czy bowiem ciągłe rzucanie oskarżeń w kierunku ciągle to nowych „agentów” czy to Rosji, czy też służb PRL jest do pogodzenia z etyką, szczególnie tą katolicką? Ósme przykazanie Boże stawia tę sprawę w sposób zupełnie jasny: „Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu”. W Katechizmie Kościoła Katolickiego natomiast czytamy, że przykazanie to „zabrania fałszowania prawdy w relacjach z drugim człowiekiem. Ten przepis moralny wypływa z powołania Ludu świętego, by był świadkiem swojego Boga, który jest prawdą i chce prawdy. Wykroczenia przeciw prawdzie – przez słowa lub czyny – wyrażają odmowę zobowiązania się do prawości moralnej; są poważną niewiernością Bogu i w tym sensie podważają podstawy Przymierza” (KKK 2464). Na marginesie należy stwierdzić, że problem z zachowaniem tego przykazaniu ma wielu polskich katolików, dla których antykomunizm stał się ideologią, a werdykty IPN są ważniejsze niż zasady ich własnej religii.
Ale nie tylko o rzucanie fałszywych oskarżeń chodzi. PiS jest takim samym specjalistą w sianiu nienawiści do członków własnego narodu, jak choćby media Michnikowe. Dziel i rządź – głosi stara zasada realpolityki. PiS ją opanował do perfekcji, tym samym depcząc podstawowy polityczny postulat cywilizacji łacińskiej, czyli dbałość o dobro wspólne. A dbałość o dobro wspólne wymaga szacunku dla innych, rozmawiania, wspólnego szukania najlepszych rozwiązań, ciągle mając przed oczami dobro państwa, a nie swoje partyjne interesy. A czy rzeczywiście wśród polityków czy członków innych partii politycznych nie ma prawdziwych patriotów, czy też ludzi, którzy naprawdę mają kompetencje do tego, by służyć własnemu państwu? Retoryka stosowana przez PiS to wyklucza, co świadczy, że partia ta hołduje innej, skrajnie niełacińskiej zasadzie prymatu interesu partyjnego nad interesem państwowym. A partia, jak wskazuje etymologiczne pochodzenie tego słowa, jest od tego, by dzielić, co się w sposób fundamentalny kłóci z zasadą dobra wspólnego.
Retoryka propaństwowa tak chętnie stosowana przez PiS służy w rzeczywistości niełacińskim celom. Państwo ma być silne – czytaj rozbudowane i scentralizowane – bo wtedy będą przyrastały etaty dla partyjnych kolesi. PiS ma sprawować pełną kontrolę nad aparatem państwowym, bo tylko wtedy, nie będzie musiał się dzielić stołkami z innymi. A program 500+? PiS idzie tutaj dokładnie tą samą drogą co Bismarck, który chciał szerokie masy społeczne uzależnić od państwa, a w efekcie uzależnił państwo od partyjnego rozdawnictwa pieniędzy podatników. A wystarczyło wprowadzić odpisy od podatków, na których skorzystałaby przede wszystkim klasa średnia, i które wymagają dużo mniejszych nakładów finansowych i administracyjnych niż program 500+.
Niestety, dezinformacja uprawiana przez propagandzistów PiS jest dodatkowo wzmacniana przez postawy wielu członków hierarchii Kościoła, co w gruncie rzeczy nie dziwi, jeśli się zważy na to, że sam Kościół katolicki w coraz mniejszym stopniu jest łaciński. Niestety, Kościół także ulega różnym współczesnym ideologiom, i w coraz mniejszym stopniu pełni rolę wychowawcy narodu, a jego przedstawiciele to często zwykli biurokraci, którzy walczą o najbardziej lukratywne stołeczki w kurii albo „lepsze” parafie.
Problem polega na tym, że ideał cywilizacji łacińskiej wydaje się być współcześnie trudny do wyobrażenia dla większości Polaków. Czy potrafią oni jeszcze sobie wyobrazić państwo zdecentralizowane, w którym mają realny wpływ na kształtowanie swojego najbliższego otoczenia? I oczywiście związaną z tym odpowiedzialność? Wydaje się, że nie. Polacy żyją ciągle mitem Piłsudskiego, który sam jeden miał zaprowadzić „porządek” w państwie – pogonić prywatę i zapewnić Polsce pozycję mocarstwową. Miejsce Piłsudskiego obecnie zajął PiS. Świadczyć to może o dominacji cywilizacji turańskiej i bizantyńskiej w polskim społeczeństwie. Problem polega na tym, że wyjątkowo często ci sami, którzy podtrzymują mit Piłsudskiego, jednocześnie wychwalają pod niebiosa demokrację szlachecką z jej ideą „złotej wolności”. Szlachta polska robiła wszystko, żeby przeciwdziałać powstaniu silnej władzy centralnej – bądźmy szczerzy, takiego Piłsudskiego przegnałaby w te pędy!
Wydaje się więc, że mamy w Polsce do czynienia z jakimś pęknięciem cywilizacyjnym – być może to jest właśnie największą tragedią współczesnej Polski? Nie jesteśmy konsekwentni: z jednej strony większa cześć Polaków czeka na silnego wodza niczym księcia na białym koniu (cywilizacja turańska), ale czy rzeczywiście jest taka skora to takiego podporządkowania się temuż wodzowi jak Niemcy podporządkowali się Hitlerowi? Z jednej strony marzymy o silnym państwie i praworządności (cywilizacja bizantyńska), ale czy jesteśmy w stanie traktować poważnie obowiązujące prawo? Lubimy niezależność i działanie na własną rękę i na własny rachunek (cywilizacja łacińska), ale czy rzeczywiście chcemy ponosić także pełną odpowiedzialność za skutki tego, co robimy? Na marginesie można wskazać na to, że ciekawą sprawą byłoby zbadanie normotypu cywilizacyjnego osób, które w Polsce „idą do polityki” – na oko wydaje się, że łacinnicy są tam niezwykłą rzadkością, co ostatecznie sprawia, że w polskiej polityce cywilizacji łacińskiej praktycznie nie ma.
Niestety, nie ma w Polsce żadnej znaczącej siły, która byłaby zainteresowana zaprowadzeniem cywilizacji łacińskiej. Jedyną drogą prowadzącą do osiągnięcia tego celu wydaje się być zbudowanie szerokiego ruch społecznego, stworzonego za pomocą metod sterowania pośredniego. Należy tylko znaleźć sposób, by propagować ideały cywilizacji łacińskiej w sposób interesujący i przekonujący, szczególnie dla ludzi młodych.
Żeby osiągnąć ten cel, trzeba przede wszystkim wyrywać Polaków ze szponów fałszywych ideologii poprzez rozbudzanie w nich motywacji poznawczych, tak by w coraz większym stopniu mogli samodzielnie chronić się przed manipulacją ze strony partyjnych cwaniaków, w tym także tych z PiS. 

Magdalena Ziętek-Wielomska
Myśl Polska, nr 27-28 (3-10.07.2016)